Drzewo na marginesie

tekst i zdjęcie Jarosław Jurkiewicz koszalin@gosc.pl

|

Gość Koszaliński 31/2012

publikacja 02.08.2012 00:00

Historia. Rozsiani po świecie potomkowie żydowskiego kupca Aschera Levy’ego stali się bliscy dzisiejszym mieszkańcom Połczyna-Zdroju – wszystko przez jedną książkę.

  2010 rok – Amnon Rimon z siostrą Nomi Rosenblum w amfiteatrze w Połczynie-Zdroju podpisują książkę „Miłość Niemożliwa” 2010 rok – Amnon Rimon z siostrą Nomi Rosenblum w amfiteatrze w Połczynie-Zdroju podpisują książkę „Miłość Niemożliwa”
Jarosław Jurkiewicz

Książka Romana Fristera „Miłość niemożliwa” jest o rodzinie mojej babci – rodzinie Levy, której członkowie, podejmując różne zmagania, próbowali być Żydami i Niemcami – pisała w 2010 r. Susana Stumpf do swoich przyjaciół w USA po wizycie w Połczynie-Zdroju. Roman Frister zainteresował się losami rodziny po tym, jak kupił starą walizkę na pchlim targu w Izraelu. W środku znalazł dokumenty i fotografie, które były pamiątką po praprapradziadkach Susany. To skłoniło go do dalszych poszukiwań.

Nie zapomnij, że jesteś Żydem

Jest 1835 r. – Ascher Levy, mój prapraprapradziadek, przeprowadził się do Połczyna i założył dobrze prosperujący biznes – objaśnia Susana. Jako Żyd Ascher początkowo był traktowany z nieufnością. Wkrótce jednak został uznany za pełnoprawnego obywatela miasta, otrzymał nawet mandat radnego. Handlował zbożem, sprzedawał drewno z tartaków, miał udziały w przedsiębiorstwach kolejowych i fabryce zapałek pod Koszalinem. Kiedy pod koniec życia przekazywał firmę jednemu z synów, Bernhardowi, dał mu przestrogę: „Pamiętaj zawsze, że jesteś dumnym, równouprawnionym obywatelem Prus. I nie zapomnij nigdy, że jesteś Żydem. Nawet jeśli przemilczysz swoje pochodzenie, zawsze znajdzie się ktoś, kto ci je przypomni”. Jeden z synów Bernharda Levy’ego, Leo, studiował chemię na uniwersytecie w Heidelbergu, by następnie z powodzeniem prowadzić interes rodzinny. Leo Levy, pobożny Żyd, do końca starał się być lojalnym obywatelem państwa niemieckiego. Nawet kiedy naziści przejęli władzę w Niemczech, wciąż wierzył, że Adolfa Hitlera zmiecie miotła historii. I z godnością znosił kolejne ciosy: odebranie zakładów wapienniczych w Grzmiącej i gospodarstwa w Buślarkach, a potem przejęcie tartaku w Kołaczu. Jesienią 1938 r. towarzyszył swojej trzeciej córce Evie w drodze do Palestyny. Sam, mimo ostrzeżeń najbliższych, wrócił do Połczyna, do końca uważając Niemcy za swoją ojczyznę. Podczas kryształowej nocy, 10 listopada 1938 r., Leo został zamordowany w swoim domu przez nazistowskich bojówkarzy.

Gdzie jest tamto miasto?

Grażyna Stando uwielbia książki. Kiedy „Miłość niemożliwa” ukazała się po polsku, pracowała w połczyńskiej księgarni, mieszczącej się w kamienicy o kilka kroków od miejsca, w którym – jak wszystko na to wskazuje – było niegdyś biuro firmy Levych. – Ta książka nie pozwalała mi zasnąć – wspomina. – To historia ludzi, którzy żyli w Połczynie przed nami i budowali miasto. Mniej więcej w tym samym czasie ktoś na portalu Nasza Klasa założył galerię zdjęć miasta. W ten sposób można było podążać ścieżkami rodziny Levych i wyobrazić sobie Połczyn z ich czasów. Oto Kaisersbad (dzisiejsze sanatorium „Gryf”, które na początku XX w. uchodziło za największe żydowskie uzdrowisko w Europie i miało kuchnię koszerną aż do 1933 r. Oto park z pomnikiem grajka, stawem złotego karpia i sanatorium miejskim (dziś „Podhale”). Oto droga do sanatorium „Borkowo”, czyli Luisenbad. Inny świadek epoki – stuletni dworzec kolejowy. Kiedy w ostatnich latach XIX w. otwarto połączenie do Świdwina, Połczyn zyskał nowe okno na świat.

Kolej miała ogromne znaczenie dla rodziny Levych. Zapewniała transport zboża, drewna, nawozów, łatwiejszy kontakt z rodziną i partnerami w interesach. Nazistowskie władze, by podciąć skrzydła interesom Levych, kazały rozebrać bocznicę kolejową prowadzącą do ich tartaku w podpołczyńskim Kołaczu. Tartak przetrwał, dziś jest częścią dużej spółki. Przed wejściem stoi lokomobila, którą kupił jeszcze Ascher Levy. A sam dworzec kolejowy w Poł- czynie został poważnie zniszczony podczas pożaru w połowie lipca tego roku.

To książka o mnie!

Andrzej Kuligowski obserwuje historię Połczyna z drugiego krańca Polski. Od 30 lat mieszka w Żorach na Śląsku. – Ale Połczyn to moje rodzinne miasto. Tam się wychowałem, tam dorastałem. To, czego się nauczyłem poznając dokładnie miasto, a zwłaszcza park, pozostało we mnie do dziś – zapewnia, dodając, że przynajmniej raz w roku stara się być w Połczynie, a każdy dzień zaczyna od galerii na Naszej Klasie. Po książkę Fristera sięgnął półtora roku temu i pochłonął ją w dwa dni. Tak jak Grażyna Stando wracał do niej potem jeszcze wiele razy. – Członkowie rodziny Levych chodzili tymi samymi ulicami, co ja, i odjeżdżali z tego samego dworca, z którego ja odjeżdżałem, wędrowali tymi samymi alejkami parkowymi, którymi ja spacerowałem – opowiada. Przestudiował „Miłość niemożliwą” tak dokładnie, że aż znalazł w niej kilka nieścisłości. – Frister napisał na przykład, że Leo Levy poślubił Elsę w 1913 roku, gdy skończył 30 lat, podczas gdy wiek ten osiągnął w 1911 roku. A może to tylko błąd w druku? – usprawiedliwia. Elżbieta Lemańska od ponad 20 lat mieszka w Niemczech. Ale i dla niej rodzinny Połczyn-Zdrój pozostał miastem numer jeden. Kiedy po raz drugi zaczęła czytać „Miłość niemożliwą”, odruchowo chwyciła po długopis. Nie szukała błędów, jak Andrzej Kuligowski. Robiła zapiski, by nie gubić się w gąszczu imion i koligacji. A potem zaczęła kreślić drzewo genealogiczne rodziny Levych. Kilka razy zresztą mocno się przy tym zdziwiła, bo linie powiązań rodzinnych dziwnie się krzyżowały. – Przypadki małżeństw między kuzynami nie były w tej rodzinie czymś nadzwyczajnym – zauważa. Lemańska od dwóch lat skrupulatnie śledzi w internecie i literaturze losy kolejnych pokoleń rodziny i systematycznie uzupełnia drzewo genealogiczne. Tu widać, jak z odejściem niektórych osób odchodziła w przeszłość część rodu. Ale w Połczynie wiele rzeczy, które mają historyczną wartość, jest związanych z tym rodem. Levy dysponował on przecież kapitałem i udzielał pożyczek na budowę. – Kiedy w 1852 r. Karl Fuhrmann chciał kupić browar Seringa, po pożyczkę udał się właśnie do Aschera Levy’ego. Gdy natomiast budowano istniejący do dziś szpital (powstawał jako sanatorium – filia berlińskiej Bethanii), rodzina Levych wyłożyła 250 talarów. Potężny budynek rozbudowanego w latach dwudziestych minionego wieku browaru z warzelnią, magazynami, budynkami biurowymi i dawnym domem właściciela, wciąż góruje nad miastem. Szpital mieści się w tym samym budynku, co za czasów Aschera i Bernharda.

Domu nie ma, jest kiosk

Ale pierwszą zagadką było to, w którym miejscu stał najpierw dom rodzinny, a potem biuro Levych. Niektórzy wskazują budynek, który stoi do dziś w śródmieściu – u zbiegu ulic 5 Marca i Parkowej, w pobliżu restauracji Parkowa (to dawna Café Zoll, która miała tych samych właścicieli, co kawiarenka w parku Zell am See). Inni twierdzą, że dom stał bliżej centrum, u zbiegu z obecną ulicą Kościuszki. Ludzie spierali się też o to, gdzie znajdował się drugi, bardziej okazały dom bohaterów opowieści Fristera. Bernhard Levy w 1899 r. kupił tu całe piętro. Zdjęcie kamienicy wydrukowano w książce. W tle widać kominy browaru, więc niektórzy lokowali ten budynek blisko zakładów piwowarskich. – Kolega próbował nawet wdrapać się na dach pobliskiego sanatorium „Marta”, żeby porównać obecny widok okolicy z tym, ze starego zdjęcia – śmieje się Kuligowski. – Ale wyrośnięte drzewa zasłaniały panoramę. Kuligowski jest przekonany, że dom stał w miejscu, w którym po wojnie dobudowano skrzydło do upaństwowionego sanatorium „Poznanianka” (wówczas Cecilienbad). Znalazł ten budynek na starej mapie miasta. Pewnie gdzieś tutaj blisko 74 lata temu bojówkarze SA zastrzelili doktora Leo Levy’ego.

Do kraju dziadków

Amnon Rimon był pierwszym członkiem rodziny Levych, który po wojnie przyjechał do Połczyna. W 1991 roku przez tydzień przebywał w Sopocie. Wynajął auto i na kilka godzin wybrał się do Połczyna. Wiele słyszał o miasteczku od matki, Evy, którą ojciec Leo rok przed wybuchem wojny odwiózł na Bliski Wschód. Zmarła sześć lat temu w Izraelu, ale dwie jej sędziwe siostry nadal tam mieszkają (udało mi się nawiązać z nimi kontakt). Amnon Rimon przez kilka ostatnich lat mieszkał w Berlinie i był szefem instytucji zajmującej się sprzedażą izraelskich obligacji State of Israel Bonds w Niemczech, Szwajcarii i Austrii. To właśnie on w 2010 roku przygotował i zorganizował kolejny przyjazd do Połczyna potomków Levych. Odwiedził miasto z żoną Riną i mieszkającą w USA siostrą Nomi Rosenblum. Była też wspomniana kuzynka Susana Stumpf i jej córka Inez. „Pokochałam tę książkę i bardziej teraz rozumiem moją babcię” – pisała Susana do swoich przyjaciół z Los Angeles zaraz po przyjeździe do Polski. Była zaskoczona, że Połczyn tak niewiele zmienił się od czasów, gdy żyli tu jej przodkowie, nawet mieszkańców jest mniej więcej tylu co wtedy. Kiedy przyjechali do miasta, burmistrz poprosiła, żeby przyszli na spotkanie z mieszkańcami w amfiteatrze w parku zdrojowym – w tym samym parku, przed wejściem do którego blisko 80 lat temu Leo Levy ujrzał napis: „psom i Żydom wstęp jest wzbroniony”… „Kiedy nas przedstawiano, bałam się, że będę musiała wejść na scenę” – relacjonowała Susana. Wokół amfiteatru stały stoiska handlowe, było też stoisko z książką Fristera. Ludzie prosili o autografy, robili im zdjęcia. „Czułam się jak celebrytka”. Potem przyjezdni jeszcze obejrzeli miasto, spacerowali ulicami, przy których stały rodzinne domy. Miejsca, w którym mógł być cmentarz żydowski i gdzie spoczęli ich przodkowie, nie znaleźli.

Z nowym nazwiskiem

Chłodne popołudnie, kawiarnia hotelu Holiday Inn we Frankfurcie nad Menem. Elżbieta Lemańska bez trudu wśród hotelowych gości rozpoznaje Amnona Rimona. Widziała jego zdjęcie w internecie. Wcześniej kontaktowali się telefonicznie. – Kiedy do mnie zadzwonił, zapomniałam języka w buzi. Nie mogłam uwierzyć, że rozmawiam z potomkiem rodu, który był tak ważny dla Połczyna. Powiedziała mu o swojej pasji śledzenia losów rodziny. Bała się, że Rimon będzie oburzony tym, że ktoś obcy grzebie w biografii jego bliskich. – A on bardzo się ucieszył. Mówił, że musi tą wiadomością podzielić się z ciotką Hannah w Izraelu. Opowiedział o swoich dwóch synach Orim i Ranim. O ich żonach i dzieciach. – Wynotowałam imiona. Moje drzewo sięga już dziewiątego pokolenia Levych! – mówi z dumą pani Elżbieta. Skrzętnie wynotowała też to, co Amnon Rimon opowiedział o siostrze z USA oraz o jej córce Einat. I pochwaliła się tym, co udało się jej ustalić od ostatniej rozmowy. Mężczyzna uśmiechnął się: – Wiesz już chyba więcej o mojej rodzinie niż ja sam. Elżbieta Lemańska co kilka miesięcy odwiedza Połczyn. Wkrótce być może wybierze się tam z Amnonem Rimonem. Będą razem szukać miejsca po byłym cmentarzu żydowskim, na którym najprawdopodobniej spoczął dziadek Rimona zamordowany podczas nocy kryształowej. – On bardzo chciałby stanąć przy tym grobie. Z Żor przyjedzie też Andrzej Kuligowski. Pomoże dotrzeć na cmentarz. Był tam kilka miesięcy temu. To dobry kilometr za miastem. Dawny kirkut porastają krzaki. Kuligowski znalazł resztki macew. Ktoś palił świeczki. To chrześcijański zwyczaj. Miejscowi też chcą pokochać tę ziemię.•