Ludzi trzeba ratować

Karolina Pawłowska

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 37/2013

dodane 12.09.2013 00:00

Z proboszczowskim błogosławieństwem, uzbrojeni w słowo Boże, od drzwi do drzwi szli z kerygmatem. Przede wszystkim do tych, którzy sami nie trafią do Kościoła. 


Z błogosławieństwem księdza proboszcza Jerzego Urbańskiego pół setki ewangelizatorów wyruszyło do mieszkańców parafii Z błogosławieństwem księdza proboszcza Jerzego Urbańskiego pół setki ewangelizatorów wyruszyło do mieszkańców parafii
Karolina Pawłowska /GN

Sobota, 7 września. Na plebanii słupskiej parafii Najświętszego Serca Jezusowego, jak w sztabie polowym. Wszędzie pudła z ulotkami, a prawie 50 ewangelizatorów pochyla się nad planem miasta. A potem Pismo Święte w rękę i modlitwa na drogę. 
– Bo bez niej nie ma po co w ogóle wychodzić – mówią zgodnie ludzie ze słupskiej Szkoły Nowej Ewangelizacji. Doświadczeni w bojach ewangelizatorzy z plaż w białych koszulkach też przyzywają Bożej pomocy. Oni będą robić „Boży ferment” na ulicach. „Czerwoni” ruszą do mieszkań. 
– I mówcie od razu, że przysyła was ksiądz proboszcz, żeby was ze świadkami Jehowy nie pomylili – pół żartem, pół serio przypominają sobie nawzajem ewangelizatorzy.


To daje efekty


O pomyłkę nie trudno, bo chodzący po domach katolicy dla większości mieszkańców parafii to nowość. – Ksiądz nie da rady zrobić wszystkiego sam, więc jego zadaniem jest zaproszenie ludzi, którzy pomogą, doradzą. Nie wyobrażam sobie normalnego działania parafii bez świeckich np. kiedy trzeba iść do innych z Dobrą Nowiną. Ludzie potrzebują świadków, swoich sąsiadów, którzy mają takie same problemy. Autentyczność przekazu jest niezmiernie ważna – przyznaje ks. Jerzy Urbański, proboszcz wspólnoty, do której idą ewangelizatorzy. 
– Po pierwszej akcji, którą przeprowadziliśmy w tej parafii w lutym, więcej drzwi się przed księżmi otwierało, także tych, które dotychczas były zamknięte na głucho. Kiedy przychodzimy do kogoś do domu, mówimy, że przysyła nas ich proboszcz, bo… się o nich martwi. Nie o kopertę z ofiarą, ale o ich dobro duchowe – dodaje ks. Dariusz Rataj, szef SNE im. św. Krzysztofa. 


Dobra Nowina i detoks 


Stukają, mówią „Bóg cię kocha”, a co będzie dalej – nie wiadomo. Dlatego zanim nacisną klamkę, przyzywają Bożej pomocy. Bo może być różnie. – „Spiderman” też mnie kocha – mówi mężczyzna zanim zatrzaśnie drzwi przed nosami ewangelizatorek. To jedna z tych „dowcipniejszych” odzywek. 
Zdarzają się i tacy mieszkańcy, którzy z zapałem dają szczegółowe instrukcje (z uwzględnieniem anatomii), co ewangelizatorzy mają sobie z tą nowiną zrobić. 
– On i tak pana kocha! A ja się pomodlę za pana! – odkrzykuje dziarsko Ania. 
Że „Czeczenia”, jak nazywają obrazowo tę część miasta słupszczanie, będzie trudna, wiedzieli od razu. – Ale że aż tak, to się nie spodziewałam. Pierwszy raz aż takie bluzgi poleciały – kręci głową doświadczona ewangelizatorka. A przecież z niejednego ewangelizacyjnego pieca razem z mężem chleb jedli. 
– Ja tam właśnie do takich ludzi lubię chodzić. Oni naprawdę potrzebują Dobrej Nowiny. Wiesz, co widać w oczach tych ludzi, kiedy powiesz im, że Bóg ich kocha? Że się o nich troszczy, że nie zważa na nic? Pierwszy raz to słyszą. Bywa, że pierwszy raz ktoś się z nimi i nad nimi modli – mówi Ania. 
Więc stukają. Rozdają ulotki i zapraszają na wielkie spotkanie rekolekcyjne. Zaglądają na podwórka i modlą się z tymi, których tam zastaną. I mówią każdemu „Bóg cię kocha”. Działa? Działa! Nawet w komórce, gdzie zmęczeni tygodniem ciężkiej pracy od rana „luzują” się półlitrówką panowie. 
Renia przyznaje, że ma trochę cykora. – Całą noc się zastanawiałam, czy przyjść. Bo co ja tym ludziom powiem? Za mało wiem… – dzieli się rozterkami wszystkich debiutujących ewangelizatorów. 
Za chwilę będzie musiała znaleźć odpowiednie słowa. Dużo słów, które wypełnią cztery godziny spędzone na modlitwie w pierwszym z mieszkań, do których zostają zaproszone ewangelizatorki i wyposażona w zupełnie bezużyteczny aparat dziennikarka. Razem z 33-latkiem w delirium czekamy na pogotowie, przekonujemy sanitariuszy o konieczności detoksu i modlimy się nad młodym mężczyzną o siły do zmiany życia i zaufanie Jezusowi. 


Narzędzia Pana Boga


– Nie wiem, jak będzie potem – przyznaje Ania, kiedy upewniamy się, że Krzysztof zostanie na szpitalnym oddziale. – Ale często dostaję informację, co dzieje się z tymi, do których poszliśmy. Przychodzą na modlitwy, zmieniają swoje życie, zrywają z nałogami, żyją z Bogiem. Takie osoby są też w naszej Szkole Nowej Ewangelizacji. Dzisiaj idą do innych, dają świadectwo swojego życia – tłumaczy cierpliwie. 
Jak Janusz, którego „Czeczenia” nie zaskoczy. – Nie ma żartów, trzeba ludzi ratować – mówi poważnie. Kiedyś też spotkał na swojej drodze ewangelizatorów. I Jezusa. Teraz chce być Jego narzędziem. – Jak ktoś spotka Jezusa, to nie będzie w stanie zatrzymać tego tylko dla siebie. Musi iść i podzielić się tym, co otrzymał z innymi. Ja muszę ewangelizować. Mnie też ktoś tak w życiu pomógł, zaprowadził do Jezusa. Byłem w takiej samej sytuacji, jak większość ludzi, do których dzisiaj szedłem. Więc mówię im: Jezus wyzwolił mnie z alkoholizmu, ciebie też uzdrowi – wyjaśnia. 
Razem z koleżanką Basią dzielą się tym, co dzisiaj przeżyli: łzami wzruszenia, szczerością modlitwy, ale i zamkniętymi drzwiami i sercami. – Ludzie różnie reagują. Jeden pan mi powiedział: po co mi twoja Dobra Nowina, jak ja nie mam co do garnka włożyć. Może zrobiłoby mi się głupio, gdyby nie to, że w jego mieszkaniu są meble, o jakich mogę tylko pomarzyć. I ja naprawdę przeżyłam w swoim życiu prawdziwy głód – mówi Basia. 
– Ale spotyka się też wspaniałych ludzi, o których w życiu byśmy się nie dowiedzieli. Jak ta starsza pani, która jest rewelacyjną ewangelizatorką i świadkiem wiary dla swoich sąsiadów. Albo ten pan, który podzielił się z potrzebującymi spadkiem – dodają obydwoje. 


Dobry zasiew


Po siedmiu godzinach stukania od drzwi do drzwi nie widać zmęczenia po ewangelizatorach. Na gościnnej plebanii czeka gorąca zupa i bigos. – Nie mogłam zrobić sobie większego prezentu na urodziny! Dostałam więcej niż sama dałam – przyznaje z entuzjazmem Iwona-jubilatka. – Pragnienie modlitwy tych ludzi jest niesamowite! Pójście w takie miejsca uczy też pokory i wdzięczności. Moje problemy czy zmartwienia są niczym w porównaniu z tym, co poznaję. Wieczorem klęknę przed Panem Bogiem i… z serca podziękuję Mu za wszystko, co mam. Za to, że jest ze mną. Bo są ludzie, którzy nie mają naprawdę nic – dodaje. 
Cieszy się też proboszcz wspólnoty. – Trzeba szukać nowych form, robić „Boży ferment”. Żeby przyprowadzić ludzi do kościoła, trzeba po nich wyjść. Czy zobaczymy gołym okiem efekt? Nie wiem. Ale wierzę, że ten zasiew nie trafi tylko na ugór – kiwa głową ks. Jerzy.