Halo, Stalin na linii

Jacek Cegła

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 49/2013

publikacja 05.12.2013 00:00

Ustka ma nową atrakcję – interaktywny bunkier historii. Multimedialną ekspozycję stworzyli miejscowi pasjonaci.

 Twierdza Ustka jest jedną z ciekawszych atrakcji militarnych w naszej diecezji  Twierdza Ustka jest jedną z ciekawszych atrakcji militarnych w naszej diecezji
zdjęcia Jacek Cegła /GN

Znajdujące się po zachodniej stronie Ustki i sąsiadujące z portem bunkry w 1937 roku zbudowała hitlerowska marynarka wojenna. Wojsko niemieckie obsadzało je jednak krótko: w 1939 roku, gdy III Rzesza gotowała się do wojny z Polską, i w 1945, gdy Armia Radziecka zajmowała Pomorze Środkowe.

Niemcy wycofali się jednak bez walki. Fortyfikacje zajęli czerwonoarmiści i do końca wojny czuwali w nich, by odeprzeć ewentualny niemiecki desant. Po wojnie stały bezużyteczne. Żelbetowe konstrukcje popadły w ruinę, powoli zasypywał je piach z wydm. – W ubiegłym roku postawiliśmy wszystko na jedną kartę: wzięliśmy kredyt i napisaliśmy projekt, na który pozyskaliśmy 300 tys. zł dotacji unijnej – mówi Marcin Barnowski, ustecki historyk, który wspólnie ze swoją żoną Joanną stworzył kompleks Twierdza Ustka.

Efekty ich pracy są niesamowite. Samo przejście przez bunkry to ogromne przeżycie. Są najeżone czujnikami, które w niespodziewanych momentach uruchamiają efekty specjalne. Oto nagle w mroku zapala się czerwona lampka i tuż przy niej widzimy niemieckiego żołnierza z otwartą buzią, krzyczącego: „Achtung! Gas!”. Inny żołnierz, do złudzenia przypominający żywego, siedzi w węźle łączności.

– Są też telefony z epoki – pokazuje nam Przemysław Nycz, jeden z przewodników Twierdzy. – Podnosząc słuchawki, można tu usłyszeć Hitlera i Stalina, a także polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. W bunkrach znajduje się również galeria podświetlanych, szklanych tablic z wizerunkami znanych bohaterów. Otwiera ją postać komandora porucznika Franciszka Dąbrowskiego, legendarnego obrońcy Westerplatte, a po wojnie pierwszego dowódcy polskiego garnizonu w Ustce. Jest też Mieczysław Kościelniak, związany z regionem słupskim wybitny malarz i grafik, w czasie wojny więzień obozu koncentracyjnego w Auschwitz i świadek na procesie beatyfikacyjnym św. Maksymiliana Marii Kolbego.

– Jego główne przesłanie sprowadzało się do prostego zdania: nie wolno nam nigdy przestawać dostrzegać człowieka w drugim człowieku. Ten człowiek może być inny, mieć inne poglądy, być innej rasy i innej wiary. Lecz gdy przestaniemy widzieć w nim człowieka, stajemy się automatycznie gotowi do popełnienia zbrodni – tłumaczy Marcin Barnowski. Joanna Barnowska: – Za motto wybraliśmy sobie myśl wyrażoną w 1844 roku przez księdza Piotra Ściegiennego. Kiedyś uczono o nim w szkołach, teraz jest już trochę zapomniany, a szkoda. Ta myśl brzmi tak: „Rządy każdego narodu miliony rocznie wydają na najdoskonalsze narzędzia wojenno-mordercze, na utrzymanie wojska, na uzdolnienie go w sztuce mordowania niewinnych ludzi, co nieobliczalne szkody moralne, religijne i materialne społeczeństwu przynosi, a tysięcy nawet żałują na utrzymanie szkoły i nauczycieli, na książki naukowe, na zachęcanie i wynagradzanie wynalazków maszyn fabrycznych i rolniczych, korzyść i pożytek społeczeństwu przynoszących”.

Poniemieckie bunkry są najlepszym dowodem na trafność myśli duchownego. Kosztowały tysiące marek i aż do 2012 roku nie było z nich żadnego pożytku. – Dlatego też chcemy, aby zamiast wojnie, walce i zabijaniu służyły poznawaniu historii, wzajemnemu zrozumieniu i porozumieniu między ludźmi, których ojcowie, dziadowie i pradziadowie niegdyś musieli ze sobą walczyć – tłumaczy małżeństwo pasjonatów.