Pan tu jest i uzdrawia

Karolina Pawłowska

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 09/2014

publikacja 27.02.2014 00:00

Rekolekcje z o. Johnem Bashoborą. Słupsk, centrum miasta, hala sportowa. Uczestnicy rekolekcji nie mają wątpliwości: to miejsce zesłania Ducha Świętego.

Ludzie przychodzą na spotkania z o. Johnem, bo wierzą, że działa przez niego Jezus Ludzie przychodzą na spotkania z o. Johnem, bo wierzą, że działa przez niego Jezus
Karolina Pawłowska /GN

Zajęte są wszystkie miejsca na trybunach i ustawionych ciasno krzesełkach na płycie boiska. 2,5 tysiąca osób skanduje głośno imię Jezusa w rytm muzyki zespołu Armia Dzieci. Wyciągają wysoko ręce lub rozkładają je w modlitewnym geście. Nie tylko nastolatki radośnie podskakują i tańczą. Tak jest wszędzie, gdzie pojawia się o. John Bashobora, charyzmatyczny rekolekcjonista z Ugandy.

To nie „ściema”

Przez cały weekend będzie nauczać w Słupsku. To prawdziwy maraton głoszenia i modlitwy. Nie brakowało jednak chętnych, którzy chcą w nim brać udział. Kolejne dni, choć nauki będą już tylko jednodniowe, mają być równie intensywne: Kołobrzeg, Szczecinek, Piła. Wszędzie czekają na o. Johna tłumy. – Czekają na Jezusa i Jego moc – precyzuje Ewa. Trzydziestoparolatka jest ze Słupska. Nie chce podawać nazwiska, ale nie ukrywa, że sama również czeka na cud. Tym razem nie dla siebie. – Mój mąż jest uzależniony – mówi krótko. Ona też miała problem z alkoholem. O o. Bashoborze słyszała, że uzdrawia ludzi, a nawet wskrzesza zmarłych. Pomyślała, że to lipa, jak z bioenergoterapeutami, ale pojechała na rekolekcje do Gdańska, żeby – jak mówi – przekonać się na własne oczy, że to „ściema”. – „Nie bierze” mnie ten klimat wielkich spotkań modlitewnych, nie czułam się tam dobrze, więc stwierdziłam, że jednak miałam rację. Nie wiem, jak to się stało, że stanęłam w kolejce do konfesjonału. U spowiedzi nie byłam kilkanaście lat, od bierzmowania. I co? I otrzymałam to, o co prosiłam, a nawet jeszcze więcej. Teraz wracam do Kościoła. Wiem, że to nie o. John czy inny rekolekcjonista mógł sprawić. To mógł zrobić tylko Jezus – wyjaśnia. Ojciec John mówi o konkretach. O nawróceniu, udziale we Mszy św., lekturze Pisma Świętego. I o tym, że przez sakramenty jesteśmy dziećmi Bożymi. Nic innego niż to, co powtarzają niemal do znudzenia duszpasterze we wszystkich kościołach. – Może na takich spotkaniach bardziej czuć wspólnotę, a dzięki temu obecność Jezusa staje się bardziej wyraźna, wręcz namacalna? – pani Irena zastanawia się nad motywem swojego przyjazdu do Słupska. Jej nie trzeba pytać o „fenomen o. Bashobory”. – Otrzymałam specjalne zaproszenie od Pana Jezusa – dodaje z rozbrajającym uśmiechem.

Niech bóle odejdą!

Ojciec John prosi o trwanie w modlitewnym milczeniu. Wydaje się, że cichną nawet małe dzieci. – Zamknij oczy, pozwól Mu działać, aby uzdrowił te chwile, w których nie doświadczyłeś miłości, w których zostałeś rozzłoszczony, zraniony. Niech On uzdrowi twoje wszelkie rozczarowanie, wszelkie choroby – mówi rekolekcjonista. – Jezu, wejdź do mojego serca. Zabierz wszelki grzech, przemień mnie swoją drogocenną krwią. Zabierz wszystkie złe myśli, wszelkie złe nauczanie, które wprowadzało zamęt w moim umyśle. Uzdrów moje ciało z każdej choroby, na którą cierpię, którą odziedziczyłem. Zabierz alkoholizm, niemoralność seksualną, wszystkie skłonności do nienawiści i kłamstw. Napełnij mnie miłością, tylko i wyłącznie Twoją miłością, bym mógł ją przekazywać innym ludziom – prosi, a tłum przyłącza się do jego modlitwy. Na komendę księdza ludzie kładą ręce na głowach swoich sąsiadów. 2,5 tysiąca osób zaplata się w jeden łańcuch. Ojciec Bashobora mówi o ustępujących lękach, depresjach, wyzwoleniu od innych chorób i uzależnień. – Niech wyjdą kaszle, niech wyjdzie gniew, niech wyjdzie lęk, nadciśnienie, rak! Cukrzyca niech odejdzie! Bóle w ciele niech odejdą! W imię Jezusa! – modli się głośno. Skupiona twarz rekolekcjonisty jest dobrze widoczna na wielkim telebimie. – Wszystko, co nie jest Boże, niech zacznie wychodzić. Wytrząśnie się z naszych umysłów, z naszych ciał. Wszystko, co nie pochodzi od Ducha Świętego, niech wyjdzie przez nasze usta i nos jak oddech, wyjdzie przez oczy jak woda – mówi z mocą. Z prawej strony rozlega się przeciągły krzyk, a raczej wycie nienaturalnym głosem. Na trybuny spieszą wolontariusze ze Szkoły Nowej Ewangelizacji, udzielają pomocy, wynoszą na zewnątrz bez wzbudzania niepotrzebnej sensacji. – Jestem błogosławiony! Szatanie jesteś kłamcą, nie jestem potępiony! Jestem błogosławionym dzieckiem Bożym. Jezu Chryste, przyjmuję Cię teraz jako mego Zbawcę od grzechów, od mocy Złego, od chorób. Przyjdź Panie Jezu! Niech lęk odejdzie z serca, a chromi zaczną chodzić! Niech przyjdzie pokój i radość! – woła rekolekcjonista, a w odpowiedzi na jego słowa halę wypełniają okrzyki radości. Niektórzy płaczą, inni histerycznie się śmieją. – Niech łańcuchy diabła się zerwą. Przyjmujemy Jezusa Chrystusa! Jeszcze więcej Panie! To śmiech dzieci Bożych, doświadczenie nieba. Zaczynam widzieć anioły, które są wokół nas, święci się nam pojawiają! – mówi o. John. Wysoko pod sufit leci powtarzane nieustannie „gloria… gloria… gloria…”, skupiony tłum modli się językami.

Mocne uderzenie

– Porywa Jezus, który przez niego działa. Dwa lata temu o. John na rekolekcjach w Pile błogosławił wszystkim parom. Mnie i męża tak pobłogosławił, że miesiąc później poczęła się nasza córeczka. Mamy już dwoje dzieci, nie planowaliśmy kolejnego, a jednak Pan Bóg chciał inaczej – śmieje się Ula Lipska, pokazując z dumą na jedną z najmłodszych uczestniczek rekolekcji, 9-miesięczną Laurę. Razem z mężem i pociechą przyjechali z Dębnicy Kaszubskiej. – Wydaje mi się, że to takie „mocne uderzenie”. Przyzwyczailiśmy się do Kościoła smutnego, nawet jeśli uwielbiającego, to strasznie na poważnie. Te śpiewy, ta radość są porywające. Odkąd pierwszy raz doświadczyłam tego podczas podobnych rekolekcji, także i tą „zwykłą” Mszę niedzielną przeżywam zupełnie inaczej. Inaczej też patrzę na życie. Zawsze próbowałam kontrolować każdą dziedzinę, teraz wiem, że powinnam zawierzyć bardziej Bogu niż sobie – dzieli się wrażeniami. Głoszeniu o. Johna bardzo często towarzyszą liczne nawrócenia i uzdrowienia, także te fizyczne. Tych, którzy mają okazję z nim porozmawiać, zdumiewa jednak bardziej jego pokora i nieustanne zawierzenie Bogu. – To jest człowiek, który naprawdę żyje na co dzień słowem Boga, Jezusem Chrystusem. Jest radykalny w tym, co mówi, ale pełen miłości. Pamiętam taką chwilę pod koniec ubiegłorocznych rekolekcji, gdy o. John, bardzo już zmęczony głoszeniem, powiedział, że stara się być dla każdego, żeby przypadkiem nie odtrącić tego, kto rozpaczliwie potrzebuje pomocy. To się czuje – mówi ks. Dariusz Rataj, opiekun duchowy Szkoły Nowej Ewangelizacji Wspólnota św. Krzysztofa, która przygotowała spotkanie w Słupsku. – Nawet jeśli ci ludzie przyszli po znaki, to nie ma w tym jeszcze nic nagannego. Za Jezusem też szły tłumy, oczekując widzialnych znaków, uzdrowień. Ojciec John cały czas powtarza, że to nie on działa, ale Bóg sprawia cuda. Myślę, że znaki zewnętrzne też są umocnieniem duchowym. Ci, którzy są blisko Pana Jezusa, nie potrzebują spektakularnych doświadczeń, bo oni otrzymują te znaki codziennie. Te rekolekcje kładą nacisk na umocnienie wiary i uzdrowienie wewnętrzne – dodaje. Duszpasterz cieszy się, że – inaczej niż w ubiegłym roku – uczestnikami rekolekcji są w większości mieszkańcy Słupska i okolicznych miejscowości. To, jak mówi, nadaje sens wysiłkowi organizacyjnemu i nadzieję, że głosicieli słowa Bożego będzie coraz więcej.

Iść na ulice

Zanim o. John opuści halę, wiele osób będzie jeszcze prosić go o błogosławieństwo. I o cud. – Jezus, jeśli zachce, dokonuje cudów. Ale tak, jak i za czasów, gdy chodził po ziemi, tak i teraz największe cuda dokonują się w ludzkich sercach. Ci, co nie znają Jezusa, myślą, że jeśli On przychodzi, to dzieje się zaraz coś spektakularnego, widzianego na zewnątrz. Może, ale nie musi się dziać. To Jego wola. My ani na to specjalnie nie czekamy, ani nie prowokujemy. Zewnętrzne znaki to tylko powłoka tego, co najistotniejsze: głębi spotkania, przemiany wnętrza – mówi bp Edward Dajczak, który przewodniczył Mszy św. na rozpoczęcie słupskich rekolekcji. Zdaniem pasterza diecezji, wielkie spotkania rekolekcyjne są zachętą i pomocą dla diecezjan, by odważnie głosić swoją wiarę. – W jednym z wywiadów zadano mi na koniec pytanie, czy ten olbrzym, czyli laikat diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, jest już obudzony. Roześmiałem się i powiedziałem: „budzi się”. To właśnie jest budzenie ludzi do wiary: radosnej, odważnej, dającej świadectwo. Bo chodzi o to, żeby – doświadczając głębiej Jezusa – umieć się Nim dzielić. Trzeba się odważyć i wyjść na ulicę. Ojciec święty Franciszek tak pięknie powiedział, że woli Kościół wybrudzony od wychodzenia na ulicę niż taki ugładzony, ale nie wychodzący poza przestrzeń swoich świątyń. Ponieważ do tej przestrzeni zbyt wiele osób już nie przychodzi, trzeba do nich wyjść – przekonuje, powołując się na swoje woodstockowe doświadczenia. – Trzeba iść z miłością. Dzisiaj Woodstock to ulice miast naszej diecezji, ulice, na których są ludzie, którzy nie znają Jezusa, mają szczelnie zamknięte drzwi serca. Jezus jest darem, który dostaliśmy, więc się nim dzielmy – prosi bp Dajczak.