Daje mi to siłę

Katarzyna Matejek

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 26/2016

publikacja 23.06.2016 00:00

Do skrzatuskiego sanktuarium przybyły grupy osób niepełnosprawnych wraz z opiekunami.

Adoracja to dla nich ufne spojrzenie. Adoracja to dla nich ufne spojrzenie.
Katarzyna Matejek /Foto Gość

Tej soboty w skrzatuskim sanktuarium jakoś cicho. Owszem, znów – jak niemal w każdą wiosenną sobotę – świątynię wypełnili pielgrzymi, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że wnieśli ze sobą jakiś spokój. Co prawda co chwila słychać czyjś przeszywający ciszę jęk, ale może to nie jęk, tylko śpiew? Może aplauz? A może to czyjaś „niepełnosprawna” cisza, znak, że jest dobrze, spokojnie? Ks. Wacław Grądalski miał więc ułatwione zadanie. Nie było trudno wprowadzić atmosferę modlitewnego skupienia. W niedługiej konferencji opowiedział o miłującym Bogu. O tym, że On na każdego patrzy jak na najpiękniejszą, jedyną osobę, na swoje dziecko. – Spotkanie z Jezusem, który jest z nami tak blisko w Komunii św., jest po to, byśmy uwierzyli, że On jest miłosierdziem. Miłością, która pochyliła się nad nami i nas przytula do serca – mówił. – Jeśli czasem Mu powiemy, że czujemy się bezradni, to wtedy najłatwiej doświadczyć tego, że On nas przytula – dodał.

Tę bliskość niepełnosprawni od razu dostrzegli w zbliżającej się do nich monstrancji, gdy rekolekcjonista przechodził z nią między ławkami. Ufne spojrzenia zdawały się naprawdę widzieć w białej hostii Bożą obecność. Ktoś wstał nieśmiało i podniósłszy dłoń, wyciągnął ku niej rękę. Widok adorujących, a potem wielbiących Boga niepełnosprawnych był poruszający. Także dla ks. Tomasza Rody, dyrektora Caritas, będącej organizatorem pielgrzymki. – Podczas modlitwy oni jakby widzieli inną rzeczywistość. Wzruszyło mnie, kiedy wyciągali ręce, by dotknąć Boga w monstrancji. To była dla mnie lekcja pokory, ale i więzi z Chrystusem. I to pokazuje pełnię człowieczeństwa. Nie mierzy się go tym, jaka jest jego sprawność, ale poprzez miłość. To ludzie z Wałcza, Piły, Trzcianki, Wielenia, Leżenicy, Złocieńca, Sławna, Bobolic, Koszalina. Jest wśród nich Łukasz Byrzykowski ze Sławna. To młody mężczyzna upośledzony umysłowo, choć jak zaznacza, raczej tak w środku, bo tego aż tak bardzo nie widać. Mówi, że wiara jest dla niego ważna, a Pan Bóg to bardzo bliska osoba. – Bóg pomaga ludziom. Zawsze lepiej czuję się po modlitwie. Chce mi się wtedy bardziej żyć – wyjaśnia. Przyznaje co prawda, że nie zawsze z tych spotkań korzysta, bo bywa, że w niedzielę „ma leniuszka” i nie idzie do kościoła. Ale stara się chodzić. Pan Łukasz przyjechał tu w 9-osobowej grupie. Wszyscy uczęszczają na warsztaty terapii zajęciowej. Wciąż się za nimi rozgląda. O, są! Już ich zagarnia ramieniem. Koniecznie chce ich przedstawić: to Marek, a to pan Władziu, kierownik. – Żyjemy na co dzień z Bogiem, uczestniczymy razem we Mszach św., kościelnych uroczystościach – wyjaśnia kierownik WTZ Włodzimierz Śledź.

– Dzięki częstemu kontaktowi z Bogiem uczestnicy terapii zajęciowej są pogodnymi ludźmi mimo swojego kalectwa. Przewodniczący Mszy św. bp Krzysztof Włodarczyk powiedział pielgrzymom w homilii o miłosierdziu, które nie jest nastrojem, lecz postawą. – Kochać kogoś to nie znaczy robić coś dla niego. Ale to pomóc mu odkryć jego piękno, niepowtarzalność – powiedział i zalecił, by praktykowali miłosierdzie poprzez dobre uczynki, choćby tak małe jak podniesienie igły z podłogi. Słuchała tego Dorota Klopotar, podopieczna bobolickiego DPS-u. Najbardziej, jak mówi, wzmacnia ją Eucharystia. Długo namyśla się, zanim wyjaśni dlaczego. – Daje mi to siłę. We wszystkich trudnościach i radościach. Żebym umiała się dzielić ze wszystkimi. To, że pielgrzymka do Skrzatusza nie jest dla niej zwykłą wycieczką, potwierdza terapeuta zajęciowy Ewa Boczek. Mówi, że 22-latka miała wcześniej lęki. Bała się wszystkiego. Ciemności również. Zmieniło się to dzięki spotkaniom modlitewnym w bobolickim kościele. – Niektóre z naszych podopiecznych nawet tego wszystkiego nie rozumieją, ale takie spotkania są im bardzo potrzebne. Mówią, że czują się lepiej po przyjściu do Pana Jezusa, gdy mogą wyznać Mu swoje grzechy i słabości i poprosić o to, by być lepszymi. Terapeutka zauważa, że niepełnosprawni nieco inaczej podchodzą do praktyk religijnych niż jest to ogólnie przyjęte. I że sama wiele się od nich nauczyła. – Są bardziej otwarci. Nie boją się niczego. Mówią prosto z serca. Ufają Bogu. No i śpiewają z serca. Tu, w Skrzatuszu, na nutę podaną przez scholę ks. Arkadiusza Oslisloka, czyli z przytupem. Toteż ręce wszystkich idą w górę i słychać gromki śpiew. A w nim ciszę, jakiś spokój, wciąż te same, co na początku spotkania.