Misjonarz z tylnych ławek

Karolina Pawłowska

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 7/2019

dodane 14.02.2019 00:00

Drogowskazem była dla niego św. Matka Teresa z Kalkuty. Jego terenem misyjnym – jedno z białogardzkich osiedli.

▲	Ze swoją duchową przewodniczką. ▲ Ze swoją duchową przewodniczką.
Karolina Pawłowska /Foto Gość

Drobnego, choć obdarzonego stalowym charakterem pana Janka doskonale znali nie tylko parafianie od św. Jadwigi, gdzie niestrudzenie organizował kolejne grupy modlitewne. Był nieocenionym animatorem, ewangelizatorem i organizatorem pielgrzymek. Przez blisko 40 lat propagowania Odnowy w Duchu Świętym, prowadzenia seminariów i spotkań modlitewnych dał się poznać diecezjanom. Wielu z nich przyjechało do Białogardu, by towarzyszyć panu Janowi w ostatniej drodze. Nie wszyscy zmieścili się w niewielkim kościele św. Jerzego. Część z przybyłych uczestniczyła we Mszy św. pogrzebowej poza murami świątyni.

– Żegnamy go w miejscu, które naznaczył swoją obecnością i troską, gdzie był swego rodzaju świeckim apostołem. Gromadzimy się, żeby podziękować za to, że był z nami, że tak wiele dobra dokonał – mówił przewodniczący liturgii pogrzebowej ks. infułat Antoni Kloska. Jak przyznają ci, którzy znali Jana Zagrabskiego, żył on bardzo skromnie, „w tylnych ławkach”. – Nigdy nie chciał się afiszować, nawet w kościele codziennie siadał zawsze z tyłu, pod chórem. Był ubogi nie tylko w duchu, ale też materialnie. Niewiele od życia chciał i potrzebował. Mieliśmy nawet kłopot, co podarować mu na imieniny, bo wiadomo było, że zaraz odda to komuś, kto jego zdaniem potrzebuje tego jeszcze bardziej – wspomina swojego parafianina ks. Eugeniusz Kaczor, proboszcz białogardzkiej parafii św. Jadwigi. Nie posiadał wiele, ale był cichym darczyńcą parafii, wspomożycielem wielu wspólnot zakonnych, szczególnym przyjacielem słupskich klarysek i karmelitanek z Bornego Sulinowa.

Msze św. a butelki

Pan Jan był także dobrodziejem wielu odrzuconych społecznie. Jak sam mówił, natchnienie do działalności czerpał od Matki Teresy z Kalkuty, z którą miał okazję się spotkać. Terenem misyjnym Jana Zagrabskiego było jedno z białogardzkich osiedli. W jego malutkim mieszkaniu niejedna osoba zagubiona, z połamanym życiorysem znalazła bezpieczne schronienie. – Myślę, że Pan Bóg posyła mnie do takich ludzi, a ja muszę im pomagać. Przy moich możliwościach fizycznych czy finansowych nie dałoby się tego zrobić bez Pana Boga, ale On mnie nigdy nie zostawia. Znajdują się pieniądze – pod wycieraczką czy w kieszeni – przyznał w jednej z rozmów.

– Jego dom był otwarty dla wszystkich. Zbierał z ulicy bezdomnych, głodnych, zagubionych. Każdego nakarmił, z każdym potrzebującym dzielił się wszystkim, co miał, często nie zostawiając dla siebie nic – przyznają przyjaciele ze wspólnoty Jezus Ukrzyżowany. Razem przychodzili z opłatkiem do bezdomnych na dworzec kolejowy. Przez dziesięciolecia zbierali butelki i puszki, by zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczyć na zamawianie Mszy św. – Ta „działalność” Jana była już legendarna. Prosił o Msze św. przede wszystkim wynagradzające Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi, ale też w przeróżnych intencjach: za Kościół, za kapłanów, o powołania, za różne osoby, w ważne rocznice. Czasami aż się człowiek dziwił, skąd mu do głowy taka intencja przyszła – uśmiecha się ks. Kaczor. Sprawy powierzone Bogu przez pana Jana będą w parafii św. Jadwigi jeszcze długo omadlane, bo przewidująco, zdając sobie sprawę z powagi swojej choroby, zamówił intencje na zapas.

Panience na dobranoc

Za swoją działalność w 2012 roku został uhonorowany nagrodą im. kard. nom. Ignacego Jeża „Radość płynie z nadziei”. – Bóg działa wielkie rzeczy, trzeba się tylko zdać na Niego – mówił wzruszony, odbierając nagrodę. Choć wyniszczająca organizm choroba powodowała ogromne cierpienie, pan Jan nie przestawał ewangelizować. – Kiedy już wiedział, że ten ostatni rok żyje „na kredyt”, powtarzał ciągle, że Pan dał mu pokój serca, że nie czuje lęku. Dziękował Bogu, że jeszcze żyje, wbrew lekarskim orzeczeniom i diagnozom. Ostatni rok był lekcją dla nas wszystkich: znoszenia cierpienia, wytrwałej modlitwy, ufności w Bożą opiekę – mówi ks. Kaczor. Jan Zagrabski był wielkim czcicielem Matki Bożej. Zmarł w szczecineckim hospicjum 2 lutego, w święto Matki Bożej Gromnicznej, które w tym roku przypadło w pierwszą sobotę miesiąca. Na cmentarz odprowadziły go dźwięki ulubionego utworu: „Panience na dobranoc”.