Stawka większa niż szycie

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 24/2019

publikacja 13.06.2019 00:00

Karlińska Dobra Marka przez rok działalności nie tylko wyrobiła sobie dobrą markę, ale i udowodniła, że „socjalna” nie znaczy „gorsza”. Wyciągnęła też z domów dziesiątki kobiet, dając im szansę na zmianę.

▲	Zatrudnionych jest tu 5 osób, ale z możliwości szkolenia się korzysta ich znacznie więcej. ▲ Zatrudnionych jest tu 5 osób, ale z możliwości szkolenia się korzysta ich znacznie więcej.
Karolina Pawłowska

Otwierając drzwi na parterze jednej ze starych karlińskich kamienic, trafia się do magazynu rzeczy ładnych. Wśród kolorowych tkanin znaleźć można fikuśne poduszeczki, zabawki, legowiska dla zwierzaków i kokony dla niemowląt. No i – jeśli akurat nie trzeba załatwiać tysiąca innych spraw – szefową spółdzielni. – Dla naszych babć szycie było czymś naturalnym, dla mam może już nieco mniej, ale przynajmniej wiedziały, jak obsługiwać maszynę do szycia. My zazwyczaj już zupełnie o szyciu nie mamy pojęcia. Tymczasem staje się to coraz modniejsze. Chcemy mieć rzeczy oryginalne, jeśli nie uszyte własnoręcznie, to przynajmniej przerobione. A jeśli do tego szycie może stać się szansą na zmianę czegoś w swoim życiu... – tłumaczy Joanna Pałka, prezes spółdzielni socjalnej Dobra Marka.

Maszyna terapeutyczna

Na etacie jest pięć osób, ale przez szwalnię przewija się znacznie więcej pań. To przede wszystkim uczestniczki szkoleń. Są kursantki prywatne i takie, które skierowanie na kurs otrzymały z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej czy Urzędu Pracy. – Z zawodu jestem tapicerem i nie spodziewałam się, że tak dobrze mi pójdzie z maszyną do szycia – śmieje się Małgosia Sieniuć. Razem z dyplomem ukończenia kursu otrzymała też pochwałę i całkiem realną obietnicę zatrudnienia w spółdzielni. – Niespecjalnie marzył mi się kurs krawiecki. Myślałam raczej o opiekunie medycznym, bo przez pół roku opiekowałam się ojcem po amputacji nogi. Jestem wolontariuszem w zakładzie opieki w Białogardzie, ale zdecydowałam się wziąć udział i nie żałuję – opowiada.

Kilkumiesięczne szkolenie obejmowało zdecydowanie więcej niż kurs kroju i szycia. – Zajęcia z psychologiem, pedagogiem, doradcą zawodowym – wylicza Małgosia i dodaje z przekonaniem: − Najważniejsze, co uzyskałam, to wiara w siebie. A tej bardzo było jej potrzeba, gdy została bez męża, pracy i perspektyw. – Ten kurs był dla mnie jak terapia. Przede wszystkim musiałam wyjść do ludzi. Ale i nauczyłam się czegoś nowego. Wczoraj w ciągu jednego dnia uszyłam sukienkę! Poszyłam sobie i dzieciom mnóstwo rzeczy, mam też pierwsze zamówienia. A może z czasem pomyślę o jakimś własnym biznesie? Przede wszystkim wzrosło moje poczucie wartości – mówi. I takie jest również zadanie Dobrej Marki.

Zmiana myślenia

Spółdzielnia socjalna to trochę przedsiębiorstwo, a trochę organizacja pozarządowa. Różni się od zwykłej firmy tym, że część jej członków musi rekrutować się spośród osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. A na terenie niewielkiej gminy zagrożenie bezrobociem i wykluczeniem to bardzo realna kwestia. – Główny akcent przy realizowanych przez nas projektach nie jest położony na wyszkoleniu krawcowej. Bardziej chodzi o zaktywizowanie, skłonienie do wyjścia z domu, zdobycie nowych umiejętności, które można wykorzystać na różnych polach, czy zmianę sposobu myślenia. Może warto pieniądze otrzymywane z zasiłku zainwestować w maszynę do szycia i zamiast siedzieć z założonymi rękoma wykorzystać czas choćby do szycia ubrań dzieciom? Albo spróbować swoich sił w pracy chałupniczej? Panie, które się tu spotykają, wzajemnie bardzo mocno się dopingują i inspirują. Także na zupełnie innych niż krawieckie polach – tłumaczy Asia.

Jest także doradcą zawodowym, wie, jak trudne jest wejście na rynek pracy. – Z jednej strony uczymy zawodu, z drugiej – bycia pracownikiem, nabywania, wydawałoby się, oczywistych nawyków: że wstaje się rano do pracy, że pracuje się osiem godzin, że odpowiada się za materiał. Dla osób, które pojawiają się w spółdzielni, nie zawsze jest to proste. Dlatego jestem zwolenniczką przyjmowania najpierw na część etatu, co pozwala na łagodniejsze wejście w rytm pracy i zrealizowanie założonego planu. U nas też się pracuje, wcale nie mniej niż gdzie indziej, ale bez rygoru czasu, bo szyje się na akord – tłumaczy prezes Dobrej Marki. Bardzo często kurs rozpoczęty w szwalni owocuje zatrudnieniem w zupełnie innej branży, ale tu sukcesem jest wypuszczenie pracownika na rynek pracy.

Ruszyć wieś

Mistrzem kursów jest Wanda Pawelec. Zdaniem Asi jest ona jak diament, który przez lata pozostał nieoszlifowany. – Jakiś mały talent w paluszkach mam, więc przez całe życie robiłam coś ładnego. Zwykle dla rodziny, znajomych. Jeśli chodzi o szycie, to raz w życiu siadłam do maszyny i uszyłam sobie spódnicę na bal maturalny. Potem już zawsze szyłam ręcznie – śmieje się. Propozycja ze spółdzielni spadła jej niemal jak z nieba. Po zmaganiach z chorobą nowotworową pani Wanda nie pracowała, ale bez wahania podjęła wyzwanie. Najbardziej lubi niekonwencjonalne zlecenia: ozdobne poduszki, lalki, fikuśne torebki oraz moment, kiedy jej kursantki kończą pierwsze prace. Z dumą prezentuje wystawę cudeniek wychodzących spod ich maszyn. – Niektóre panie mają nielekko w życiu. Trochę są pogubione, trochę bezradne. Cieszę się, że to, czego się nauczą, może im też pomóc w nowym spojrzeniu: możesz uszyć coś ładnego dla dzieci, zmienić wystrój mieszkania niewielkim kosztem, zrobić cokolwiek, co da początek zmianie – tłumaczy.

Sama dojeżdża z Pobłocia Wielkiego, ale wie, jak łatwo kilka kilometrów może zmienić się w barierę nie do pokonania. – Na wsiach często jest nie tylko bieda materialna, ale też mentalna. Przygnębienie i marazm zatrzymują kobiety w domu. Zależy mi na tym, żeby trochę je rozbudzić. Bo życie nie może mijać na ławce pod blokiem – kiwa głową.

Nie na pół gwizdka

Dobra Marka uszyje wszystko, co podpowie kreatywność i czego potrzebuje rynek. Asia odżegnuje się zarówno od skojarzeń z PRL-em, jak i od założenia, że spółdzielnia może liczyć na specjalne traktowanie. – Nie pracujemy na pół gwizdka, nie mamy forów. Jesteśmy takim samym podmiotem gospodarczym jak wszystkie inne firmy na rynku. Pracujemy jak zwykłe przedsiębiorstwo: pozyskujemy kontrahentów, realizujemy zamówienia, sprzedajemy. Jeśli uszyjemy kiepski towar, nikt go od nas nie kupi. Nie jesteśmy nastawieni na wielkie zyski, ale pracownicy muszą wypracować swoje pensje, trzeba opłacić rachunki – tłumaczy. Po roku działalności (zakończonym na niedużym plusie) pani prezes marzy się poszerzenie oferty. Spółdzielnia, która nie tylko uszyje poduszkę, ale też stworzy przestrzeń artystyczno-kulturalną. – Chciałabym, żeby spółdzielnia była swego rodzaju centrum działalności twórczej. Są Koła Gospodyń Wiejskich, w których powstają świetne rzeczy, są panie, które siedzą w domu z małym dzieckiem, albo nie mają możliwości podjęcia stałej pracy, a robią prawdziwe cudeńka. One nie znajdą zbytu dla swoich prac, a my mamy możliwość pośredniczenia i znajdowania dla nich kontrahentów. Drzwi spółdzielni są cały czas otwarte – zaprasza.