Miejsce, które daje szansę

Karolina Pawłowska

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 25/2019

dodane 20.06.2019 00:00

O pobycie w placówce wychowawczej najczęściej chciałoby się zapomnieć, wymazać z pamięci. Do Trzcińca byli wychowankowie wracają co roku. – Bo to nie ośrodek, tylko dom – od razu prostują myślenie.

▲	Powstała społeczność byłych podopiecznych, która systematycznie się spotyka. ▲ Powstała społeczność byłych podopiecznych, która systematycznie się spotyka.
Karolina Pawłowska /FOTO GOŚ

Tutaj zwykle nie trafia się w nagrodę. – Jak to nie? Dla nas to była nagroda. A przynajmniej tak się okazało po latach – śmieje się Marek. Przyjeżdża co roku. Przy wieczornym grillu wspominają, jak było, opowiadają, co się zmieniło. Do ośrodka przywożą żony i dzieci. W niedzielę będzie ich jeszcze więcej. Będą przekonywać chłopców, że to miejsce to nie koniec świata, ale początek. – Ktoś mógłby powiedzieć: „byłeś w ośrodku, to z ciebie już nic nie będzie”. Przyjeżdżamy i pokazujemy: mamy rodziny, wychowujemy dzieci, pracujemy. Nawet jeśli różnie się układa, nie skończyliśmy najgorzej – tłumaczy Marek. Sławek jeździ ciężarówką, jak mówi, męczy się z własną działalnością gospodarczą. – Można gdybać, gdzie byłbym dzisiaj bez ośrodka, ale tu nauczyłem się życia, stawiania celów i cieszenia się tym, co udaje się osiągnąć – przyznaje.

A gwizdać umiesz?

Do Trzcińca, niewielkiej podczaplineckiej wioski, chłopcy trafiają z całej Polski. Z postanowienia sądu za pogłębiającą się demoralizację, wagary, konflikt z prawem. Mieszkańcy Domu Młodzieży to zbuntowane nastolatki, o krok od poprawczaka. Kręgosłup moralny mają zwichnięty, nadwerężony, a czasami w ogóle go brak. Księża salezjanie próbują go nastawiać. A mają w tym niemałą praktykę. Do założeń tego typu ośrodków o rodzinnej atmosferze, z kształceniem zawodowym i rozwijającym pasję dokładają system prewencyjny swojego założyciela. – Kiedy ks. Bosko przeprowadzał wywiad adaptacyjny i słyszał, że chłopiec nic nie ma: ani rodziny, ani szkoły, ani umiejętności, i odpowiedź na wszystkie pytania brzmi „nie”, w końcu pytał: a gwizdać umiesz? Tu najczęściej padała odpowiedź twierdząca. „Więc od gwizdania zaczniemy, bo w tym jesteś dobry” – mówił ks. Bosko. My też staramy się znaleźć coś, od czego będzie można zacząć – tłumaczy ks. Wiesław Psionka, dyrektor domu zakonnego, ośrodka i szkoły.

Słowem kluczem jest tu asystencja, czyli towarzyszenie młodym. – W systemie represyjnym ogłaszamy regulamin i czekamy, aż zostanie złamany, żeby potem móc spisywać przewinienia. W systemie prewencyjnym cały czas towarzyszymy podopiecznym, żeby nie mieli szansy źle zrobić – mówi ks. Wiesław. Dlatego w Trzcińcu próżno szukać pokoju wychowawców. Swojego gabinetu nie ma też wicedyrektor do spraw wychowawczych. Stolik i fotele stoją na korytarzu. Chłopcy cały czas mają do niego niczym nie ograniczony dostęp. – Mogą też korzystać z mojego biura, pod warunkiem że zostawią to miejsce w takim stanie, w jakim je zastali: książki wrócą na regał, baterie z pilota od telewizora nie wyparują. I to działa – mówi Marcin Kapelan.

Okulary

Założenie jest proste: ma być jak w domu. Tym prawdziwym, dla niektórych pierwszym. – Raz przyjechał chłopak i mówi, że jest pierwszy raz od dwóch miesięcy na świeżym powietrzu. Jeszcze tego samego dnia stwierdził, że nie czuje się jak w ośrodku, tylko jak w internacie. Chłopcy odpowiedzieli mu: za miesiąc będziesz czuł się jak w domu – mówi ks. Wiesław. Historii, w których to środowisko było głównym problemem trzcinieckich podopiecznych, jest bez liku. – Trafił do nas chłopak, u którego dopiero tutaj w ośrodku wykryto bardzo poważną wadę wzroku. Tego, że właściwie nic nie widział, nie zdiagnozowano ani w domu, ani w szkole. Wystarczyło mu założyć okulary korekcyjne i okazało się, że to całkiem niezły uczeń, świetnie sobie radzi, nabrał pewności i wiary w siebie. Po trzech miesiącach sąd uznał, że może wracać do domu, nie ma podstaw do trzymania go w ośrodku. Trafił do nas… po okulary – opowiada duszpasterz.

Zbudować dom

Żaneta to jedyna dziewczyna w blisko trzydziestoletniej historii Domu Młodzieży. Do Trzcińca trafiła razem z braćmi. Po śmierci mamy nie było nikogo, kto chciałby zająć się czworgiem nastolatków. – A ks. Kazimierz zgodził się przyjąć nas wszystkich, żeby nas nie rozdzielono. Dał nam prawdziwy dom. A potem dał mi pierwszą pracę w ośrodkowej kuchni – uśmiecha się, wspominając pierwszego dyrektora placówki. Dla zjeżdżających się do Trzcińca byłych wychowanków zmarły osiem lat temu salezjanin był jak ojciec. – Zawsze, gdy podjeżdżam pod pałac, widzę w oknie ks. Kazimierza. Jakby cały czas tam był, spoglądał, kto przyjechał, i cieszył się z gości – mówi Marek.

Pałac ma swoją pogmatwaną historię. W przeszłości urzędowali tu działacze Hitlerjugend, mieściło się wojsko, działały szkoły czaplineckie, siostry franciszkanki z państwową placówką dla dzieci głęboko upośledzonych, w końcu – PGR. W zabytkowej, ale zdewastowanej ruinie blisko trzydzieści lat temu Zofia Langowska i ks. Kazimierz Lewandowski zobaczyli miejsce na dom dla trudnej młodzieży. Razem z pierwszymi wychowankami przywracali go do życia. – Gdy tu przyjechaliśmy, nie było tynków, brakowało okien. Ruina. Wszystko robiliśmy razem. Zostawiliśmy tu kawał siebie, jakąś część serca – kiwa głową Wojtek. Paradoksalnie pobyt w ośrodku był dla niego najlepszym czasem. – Nie byłem idealny, do szkoły miałem naprawdę pod górkę. Tu też walczyłem z nauczycielami w szkole. Ale gdyby ktoś mi powiedział, że mogę się cofnąć w czasie i coś zmienić, to na pewno nie byłby to ten etap życia. Różnych rzeczy żałuję, ale nie tego – zapewnia.

Dać zawód i szansę

Dzisiaj w Trzcińcu jest ponad 70 wychowanków mieszkających w dwóch internatach. Ośrodek to szansa, żeby przed osiągnięciem pełnoletniości, która daje wolność od sądowych postanowień, jak najwięcej w zbuntowanej głowie się poukładało. Wychowankowie kończą obowiązkową szkołę. Podczas warsztatów poznają swoje talenty i planują dalszą edukację lub pracę.

Wielu korzysta z oferowanych przez ośrodek kursów. Od ubiegłego roku mają też możliwość kształcenia się w czteroprofilowej szkole branżowej. – Jesteśmy jedynym ośrodkiem, w którym jest tak bogata oferta. Kształcimy w czterech zawodach: stolarz, kucharz, mechanik samochodowy i – jako jedyni w Polsce – lakiernik samochodowy. Zwłaszcza ten ostatni kierunek cieszy się dużym zainteresowaniem i, jak się okazuje, chłopcy mają do tego dryg – cieszy się ks. Wiesław.

Po ukończeniu 18. roku życia sąd nie może zatrzymać chłopaka w MOW-ie. Ale dla tych, którzy chcą zostać i dokończyć szkołę, miejsce w Trzcińcu zawsze się znajdzie. – W tym roku mieliśmy jednego chłopaka, w tym zapowiada się, że zostanie dwóch. Poczuli, że są u siebie, że to ich dom. Czasami lepszy niż ten pierwszy. Tu jest co jeść, zawsze jest opieka i zainteresowanie, jest możliwość nauczenia się czegoś – tłumaczy dyrektor. Inne zaniedbania to te w sferze duchowej. Szybko okazuje się, że chłopcy mają zaległości nie tylko w nauce, ale też w życiu sakramentalnym. Co roku około trzydziestu idzie do bierzmowania, kilku indywidualnie przygotowuje się do chrztu i I Komunii Świętej. – W Niedzielę Miłosierdzia zostało w ośrodku chyba tylko piętnastu wychowanków. Ksiądz zaproponował spowiedź. Skorzystali wszyscy i wszyscy przyszli do Komunii Świętej. Jeszcze kilka lat temu wstanie z ławki podczas Mszy św. i pójście do Komunii było trochę obciachowe. Teraz, razem z wychowawcami i dyrektorami, idzie ponad połowa – mówi ks. Wiesław.

„Tato” zamiast „wawco”

Wychodzenie, a raczej wyciąganie na prostą to zorganizowane działanie całego sztabu specjalistów: księży, wychowawców i nauczycieli, zespołu diagnostyczno-resocjalizacyjnego psychologów, terapeutów, pedagogów. Trudno tu nawet mówić o pracy. – Szukamy struny, która naprawdę fajnie zabrzmi. Czasami to trwa tygodnie, miesiące. Ale czasami chłopaki nie chcą, żeby na nich zagrać – kiwa głową Marcin Kapelan. Efekty najszybciej zmierzyć na ucho. – Kiedy chłopcy przychodzą do ośrodka, mówią do nas „wawco”, a między sobą wychowawców określają slangowym słowem „zeksy”. Nie trzeba dużo czasu, żeby „wawco” zmieniło się w „panie Marcinie”, „pani Agnieszko”. Czasami nawet zdrobniale, na przykład „księże Wiesiu”, co brzmi dość zabawnie, kiedy na mnie spojrzeć – śmieje się ks. Wiesław. – Ale zwracają się do dyrektora także: „ojcze”. To raczej rzadko spotykane w tego typu ośrodkach – mówi Marcin. A niekiedy „wawco” zmienia się w… „tato”.

Dla niektórych chłopców wychowawcy stają się drugą rodziną. Jak Ewa i Władysław Wosiowie, którzy poświęcili chłopcom właściwie całe życie, są w ośrodku od początku jego istnienia. W ubiegłym roku ich praca została nagrodzona medalem Salesiani Merentibus, nadawanym osobom fizycznym i instytucjom za szczególne zasługi na rzecz Towarzystwa Salezjańskiego Inspektorii pw. św. Wojciecha w Pile i pomoc w realizacji przez nią posłannictwa salezjańskiego. – Tu nauczono mnie tego, czego nie nauczyli mnie rodzice. To, jaki jestem dzisiaj, to przede wszystkim zasługa wychowawców. Trzeba im oddać wielki szacunek – nie ma wątpliwości Marek.

Wyjść na prostą

W Trzcińcu łamie się stereotypy. – Sądy kierują chłopaków do placówki, żeby ich odizolować. My natomiast kierujemy się myślą, że są tu po to, żeby coś dostać: szansę na naukę, zdobycie zawodu, zmianę życia. Mogą spotkać ludzi, którzy rzeczywiście chcą im pomóc – mówi Tomasz Sak, wicedyrektor ds. ośrodka. Jak toczą się ich losy? Dokładnych statystyk nikt nie prowadzi. Widać tyle, ile pokaże życie. Jedni z szansy skorzystają, inni marzą jedynie o tym, żeby przeczekać. Bywa i tak, że chłopcy boją się wyjść z ośrodka. – Ostatnio jeden z chłopaków zaczął się dziwnie zachowywać. Okazało się, że tak reaguje, bo się boi. Za chwilę wychodzi z ośrodka i nie wie, co z nim dalej będzie. W domu nie znajdzie tego, co miał tutaj, jeśli w ogóle będzie miał dokąd wrócić – przyznaje wicedyrektor.

To on wymyślił zjazd byłych podopiecznych. – Dostałem zadanie, żeby zebrać informacje o byłych wychowankach, co się z nimi teraz dzieje, co robią. Nie było wtedy portali społecznościowych, można było co najwyżej wysłać ankietę, której nikomu nie chciało się wypełniać. Mieliśmy kilka kontaktów telefonicznych i od nich zaczęliśmy. Pomyśleliśmy, żeby zaprosić tych parę osób na spotkanie – opowiada Tomasz Sak. Przyjechały cztery osoby. Ale społeczność zaczęła się tworzyć. Do facebookowej grupy należy ponad 600 osób. Od trzech lat sobotni zjazd łączy się z niedzielnym Festynem Radości i w Trzcińcu pojawia się grupa około 20 gości. – Z roku na rok byłych wychowanków przyjeżdża coraz więcej. Przywożą swoje rodziny, opowiadają, pytają o swoich wychowawców, chcą się z nimi spotkać, powspominać. A dla naszych chłopców to świadectwo, że można wyjść z ośrodka na prostą – dodaje.•