Zobowiązanie na następne cztery wieki

Karolina Pawłowska

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 27/2019

dodane 04.07.2019 00:00

– Człowiek potrzebuje korzeni, żeby wiedzieć, kim jest, i skrzydeł, które pozwolą mu wznosić się jeszcze wyżej, ku większemu dobru i pięknu. Historia tej parafii to korzenie. Ważne, żebyśmy wiedzieli, że nie jesteśmy znikąd i z szacunkiem pochylili się nad tymi, którzy przez wieki zabiegali na tej ziemi o Boże sprawy – mówił bp Edward Dajczak.

Rocznicowym uroczystościom przewodniczył biskup koszalińsko-kołobrzeski. Rocznicowym uroczystościom przewodniczył biskup koszalińsko-kołobrzeski.
Karolina Pawłowska /Foto Gość

W kościele Świętej Rodziny hierarcha przewodniczył jubileuszowej Mszy św. – dziękczynieniu za cztery wieki wspólnoty parafialnej. W homilii przypominał, że wspólnota kościelna jest wielkim „my”. – Mamy tendencję do budowania własnej wiary, do mierzenia Kościoła swoją miarą i żądania, by był taki, jak sobie wymyślimy. Jest zupełnie odwrotnie. To we wspólnocie uczymy się Ewangelii i Chrystusa – podkreślał biskup.

Polski kościół na pograniczu

Choć sam kościół parafialny pw. Świętej Rodziny liczy niewiele ponad 100 lat, parafia, w której posługują księża salezjanie, jest spadkobierczynią i kontynuatorką wcześniejszej wspólnoty. Ze źródeł kościelnych – poznańskich ksiąg konsystorskich – wynika, że kościół parafialny w Pile pod wezwaniem Świętych Wojciecha, Stanisława i Marcina był fundowany już przed 1449 r.; miało to związek z pierwszą lokacją miasta. Jubileuszową datę wyznacza moment, w którym Zygmunt III Waza i jego żona Konstancja wydali dokumenty zezwalające na budowę nowej świątyni, w miejsce starego kościoła. Prace ruszyły zimą 1619 r. i choć nieukończony kościół spłonął podczas wielkiego pożaru miasta w 1626 r., już dwa lata później mury świątyni pod nowym wezwaniem – Najświętszej Maryi Panny i św. Jana Chrzciciela – były gotowe. Ponad wiek później, 1 listopada 1755 r., ochrzczony tu został najsławniejszy pilanin – Stanisław Staszic. Kościołowi patronowali już wówczas św. Janowie – Chrzciciel i Ewangelista, roztaczając swoją opiekę nad tym miejscem i całym miastem do 1945 roku.

Historia sprawiła, że królewskie miasto Piła znalazło się w pruskich granicach. W XIX w., pomimo germanizacji, znaczny odsetek parafian jednak stanowili Polacy. Kościół Świętych Janów był dla nich miejscem nie tylko wyznawania wiary, ale i polskości. Z powodu dużej liczby Polaków wśród wiernych oraz polskich organizacji istniejących przy kościele pilska świątynia była nawet nazywana „polskim kościołem”. – Parafia jest po to, by zachować przez wieki najważniejsze wartości. Tu, w Pile, ta rzeczywistość niosła rzeczy zasadnicze, fundament człowieka. Nasi bracia i siostry mieli w Kościele jedyną ostoję i jedyny fundament. Tu szukały ratunku rodziny, które uczyły dzieci nie tylko Boga, ale i polskości. Świątynia Świętych Janów jest jak fundament. Historia spowodowała, że nie ma po niej śladu. Została jednak, mam nadzieję, w sercach – mówił bp Dajczak.

Radość i zobowiązanie

Podczas walk o Piłę w lutym 1945 r. kościół Świętych Janów został poważnie uszkodzony. Dach i sklepienia zostały zniszczone, a wnętrze wypalone. Przez następne 30 lat snuto różne plany związane z ruinami świątyni. Ostatecznie wysadzono je w powietrze, a na pokościelnym placu stanął hotel. Spuścizna po pilskich świętych Janach jednak nie zginęła.

Dekret bp. Mariana Gołębiewskiego z 2001 r. potwierdził, że parafia Świętej Rodziny jest kontynuatorką powstałej w 1619 r. parafii. „Na większą chwałę Bogu, Matce Najświętszej, św. Józefowi i św. Janom – patronom miasta” – napisali na pamiątkowej tablicy parafianie ze Świętej Rodziny. Przy okazji jubileuszu dziękowali też proboszczowi, który kończy swoją posługę w Pile.

Ksiądz Zbigniew Hul przyznaje, że jego upływająca kadencja w Pile obfitowała w radosne wydarzenia. – 500 lat Piły, stulecie kościoła Świętej Rodziny, teraz 400 lat parafii. Wydaje się, że te dziewięć lat proboszczowania było świętowaniem jubileuszy. Ale pracy także nie brakowało. Bez zaangażowania całej wspólnoty niczego nie udałoby się stworzyć, zbudować, zorganizować – mówi salezjanin.

Do świętowania przygotowywali się przez ostatnie cztery lata. – Jubileusze są po to, żeby się radować, dziękować Bogu za to, co było, wyciągać wnioski dla lepszego funkcjonowania w przyszłości. Świętowanie rozwija skrzydła, ale i zobowiązuje na następne 400 lat – dodaje duszpasterz.