Istnieją mimo „likwidacji”

Karolina Pawłowska

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 43/2019

publikacja 24.10.2019 00:00

– Po czym można poznać dawny cmentarz? Po trzech rzeczach: nagrobkach, jeśli są, bluszczu i… śmieciach. Po śmieciach! To wstrząsające, ale prawdziwe – mówi ks. Rafał Figiel, inicjator akcji w Wilczkowie.

W pierwszym etapie prac ochotnicy uprzątnęli z terenu cmentarnego odpadki. W pierwszym etapie prac ochotnicy uprzątnęli z terenu cmentarnego odpadki.
Karolina Pawłowska /Foto Gość

Szczątki dawnych mieszkańców wsi leżą kilkaset metrów za ostatnimi zabudowaniami, pod drzewami tworzącymi malowniczą kępę. Prowadzi do nich brukowana kocimi łbami droga. Trwalsza niż pamięć i szacunek.

Bo to Niemcy

Przedwojenny cmentarz niemal znikł z powierzchni ziemi. Bez współrzędnych z GPS łatwo go przeoczyć. – Miejscowi wiedzą. Nawet jak na spacer się idzie, to też „w stronę cmentarza”. Ale to wszystko – mówi Małgorzata Janiszewska, zakasując rękawy do pracy. Razem z panią sołtys przyszło kilkoro mieszkańców wsi. – Zapytałam: „A co by było, gdyby te groby były nasze? Gdybym przyjechała na grób pradziadków i zamiast tablicy zobaczyła góry śmieci? Jakbyśmy się czuli?”. Odpowiedź była jedna: „Ale to Niemcy”. To ciekawe, że tu groby Niemców przeszkadzają, ale już jeżdżenie do Niemiec do pracy żadnych sprzeciwów nie budzi – klaruje swoje poglądy na historyczne zaszłości.

Większość uczestników sobotniego sprzątania to jednak ochotnicy zwerbowani na Facebooku. – Po czym można poznać dawny cmentarz? Po trzech rzeczach: nagrobkach, jeśli są, bluszczu i… śmieciach. Po śmieciach! To wstrząsające, ale prawdziwe – mówi ks. Rafał Figiel, inicjator akcji porządkowania ewangelickiego cmentarza w Wilczkowie. A właściwie tego, co po nim pozostało. – To nie jest problem tylko tej wsi, ale bardzo wielu miejscowości na Pomorzu Zachodnim. Do lat 80. ubiegłego wieku cmentarze poniemieckie były systematycznie niszczone. Władze pisały w dokumentach, że cmentarz jest zlikwidowany i przekonanie o tym ugruntowało się. Tymczasem zlikwidowane zostały krzyże, kamienne płyty, ale nie ciała. One dalej są pod ziemią. Są więc i cmentarze – mówi wikariusz świdwińskiej parafii pw. św. Michała Archanioła.

Miejsce święte

Pan Jan do Wilczkowa przyjechał z rodzicami zaraz po wojnie. – Tu, od tego starego kasztana była brama wejściowa. Dalej szła alejka. Druga biegła w poprzek – mężczyzna ruchem ręki kreśli mapę cmentarza. Rozmieszcza murowane grobowce, ustawia okalające groby metalowe płotki i grube łańcuchy. – Razem z krzyżami pewnie na złom poszły. A kamienne cokoliki na ogrodzenia – przyznaje, zapełniając kolejny worek szklaną stłuczką, puszkami, plastikowymi butelkami. Przy drodze rośnie okazała sterta. Efekty eksploracji i dziwią, i wstrząsają. Obok czterech opon i czaszki dzika jest i wyciągnięty z pozostałości grobowca dziecięcy nocnik.

– Wierzymy w zmartwychwstanie ciała. W naszej kulturze, świadomości, wierze cmentarz to miejsce święte, wyjątkowe. Bez względu na historię czy etniczność – mówi, kręcąc głową, ks. Rafał. Na koniec niespodzianka. Wydobyta spod śmieci i bluszczu tablica jest cała. Szybka kwerenda internetowa sprawia, że jeden z dawnych mieszkańców przestaje być anonimowy.

Wolontariusze na cmentarz w Wilczkowie jeszcze wrócą. Miejsce oznaczone zostanie także specjalną tabliczką. Takie tabliczki ks. Rafał chce rozmieszczać przy okolicznych zapomnianych nekropoliach. – Młodzież, a nawet osoby dorosłe często nie mają nawet świadomości, że tuż obok jest cmentarz. Taka tabliczka informuje tych, którzy nie wiedzą, przypomina tym, którym było to obojętne, a może i skłoni do zastanowienia się kogoś, kto będzie chciał wyrzucić w tym miejscu swoje śmieci? To znak, że jakaś opieka jest nad tym sprawowana – dodaje świdwiński duszpasterz.