Z obiadem i Ewangelią na polu minowym

O sytuacji w Donbasie po niemal sześciu latach konfliktu zbrojnego opowiada kołobrzeska szarytka s. Katarzyna Mierzejewska, wolontariuszka w miejscowości Pionierskie k. Mariupola.

Siostra Katarzyna była jedną z szarytek, które pomagały w centrum Arka. Siostra Katarzyna była jedną z szarytek, które pomagały w centrum Arka.
ks. Wojciech Parfianowicz /Foto Gość

Ks. Wojciech Parfianowicz: O Donbasie słychać coraz rzadziej. Chyba trochę przyzwyczailiśmy się do tego, że tam jest wojna. Siostra dopiero co stamtąd wróciła.

S. Katarzyna Mierzejewska: Tak, spędziłam sześć tygodni w tzw. strefie ATO, kilkanaście kilometrów od linii frontu. Pojechałyśmy tam na zaproszenie Episkopatu Ukrainy i organizacji Chrześcijańska Służba Poratunku. Pracowałyśmy w Chrześcijańskim Centrum dla Dzieci „Arka”, prowadzonym w miejscowości Pionierskie przez małżeństwo Wołodię i Oksanę Zawadzkich.

Proszę powiedzieć coś więcej o tym miejscu.

Pionierskie leży nad Morzem Azowskim. Przed wojną był tam duży kurort wypoczynkowy.

Pewnie po turystyce pozostało niewiele.

Przypomina o niej tylko piękna przyroda. Poza tym wszędzie widać porzucone domy ze śladami po kulach. Jest to dziś miejsce opustoszałe i smutne. Czasami rozweselają je nieco biegające wszędzie dzieci – choć są to już niestety dzieci wojny.

Wojna jest tam naprawdę blisko?

Ona ciągle trwa. Kilkanaście kilometrów dalej jest linia frontu. Wieczorami słychać wybuchy, serie z karabinów, wystrzały z dział. Niektóre dzieci, przyzwyczajone do tego, potrafiły nawet rozróżniać rodzaje broni, inne przychodziły się przytulić. Przy dźwiękach wojny klęczałyśmy też przed Najświętszym Sakramentem podczas naszych wieczornych modlitw. To dziwne uczucie, kiedy się pomyśli, że tuż obok giną ludzie.

Bała się Siostra?

Po pierwsze, dotarło do mnie, że to nie jest film ani reportaż, tylko coś, co dzieje się naprawdę. Nie bałam się. Miałam głowę zajętą ludźmi. Pomyślałam, że ja przyjechałam tam tylko na chwilę, a oni tam zostają. Był jednak moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że życie jest kruche. Pewnego dnia poszłam pomodlić się na cmentarz. Postanowiłam potem pójść nieco dalej. Nagle usłyszałam krzyk: „Jesteś na polu minowym!”.

Co się robi, gdy człowiek znajdzie się nagle na polu minowym?

Chyba wyparłam to i po prostu wycofałam się tą samą drogą.

Na czym polegała praca sióstr w Centrum?

Ta instytucja pomaga ludziom, którym nie udało się opuścić tego miejsca albo którzy nie chcieli tego robić. Zajmowałyśmy się dziećmi, które przychodziły do Centrum, żeby coś zjeść, pobawić się albo pouczyć. Odwiedzałyśmy też domy ludzi ubogich, starszych, zawoziłyśmy im posiłki. Starałyśmy się też ewangelizować.

Chodziłyście z obiadem i Ewangelią?

Tak, brałyśmy ze sobą Pismo Święte.

Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji ludzie mają raczej pilniejsze potrzeby niż rozmowy o Bogu.

Pamiętam nasze wieczorne wyjścia do pani, która miała siedmioro dzieci. Ona siadała przy stole i rozmawiałyśmy o Piśmie Świętym. Najstarsze dzieci podsłuchiwały, a te młodsze biegały wkoło i zaczepiały mamę, żeby już się nimi zajęła. To mnie bardzo poruszyło i zrozumiałam, że ubogich najpierw trzeba wesprzeć materialnie, żeby byli w stanie słuchać o Bogu.

Jednak ciepła zupa nie wystarczy.

Ci ludzie bardzo potrzebują Boga, ale mają ogromne zaniedbania, jeśli chodzi o wiedzę o Nim. Ateizacja z czasów komunizmu zrobiła wielkie spustoszenie. Nawet niektórzy starsi ludzie dopiero z nami uczyli się „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”. Jednak głęboko w środku coś w nich pozostało. Mają nawet stare, poprzepisywane ręcznie modlitewniki. Chcą rozmawiać o Bogu, czytać Pismo Święte. Zadają głębokie pytania. Niektórzy mówią, że nie wierzą, ale są otwarci. Jest tam ogromne pole do ewangelizacji.

Co Siostrze dał ten wyjazd?

Mogłam się sprawdzić i poczuć, jak to jest pomagać w naprawdę trudnych warunkach, których u nas w Polsce na szczęście doświadczyć nie można. Nie ma jednak znaczenia, gdzie jesteśmy i komu służymy, byle w drugim człowieku widzieć Chrystusa, robiąc to szczerze i z czystych pobudek. Zobaczyłam też, że ludzie mieszkający niedaleko linii frontu mimo wszystko starają się normalnie żyć. Dzieci i młodzież mają takie same potrzeby jak u nas. Zakochują się, chcą gdzieś pojechać, coś zobaczyć. Tamtejsi mieszkańcy czują się silni i dumni. Nie chcą być postrzegani jako ofiary, choć doceniają wszelką pomoc. Cieszą się z tego, co jest, dzielą się tym, co mają. Wielokrotnie tego doświadczyłyśmy. Wróciłam ubogacona.•