Z Koszalina na Samos

Katarzyna Matejek

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 12/2020

publikacja 19.03.2020 00:00

Bożonarodzeniowa „Pusta choinka” dotarła wraz z delegacją Caritas do obozu dla uchodźców i migrantów na greckiej wyspie. Akcja będzie kontynuowana.

▲	Największym problemem jest pobyt w obozowych warunkach dzieci, zwłaszcza sierot. ▲ Największym problemem jest pobyt w obozowych warunkach dzieci, zwłaszcza sierot.
Archiwum Caritas DKK

Wizyta poruszyła szefa organizacji. – Wracamy z obozów dla migrantów, a przede wszystkim dla osób takich jak my, które osiedliły się na greckich wyspach Samos i Lesbos. Jesteśmy poruszeni i zasmuceni warunkami, w jakich mieszkają i funkcjonują, prosząc świat o sprawiedliwość społeczną – mówi ks. Tomasz Roda, dyrektor Caritas Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej, który wraz z bp. Krzysztofem Zadarką, delegatem KEP ds. imigracji, oraz delegacją Caritas Polska odwiedził od 4 do 8 marca obóz dla uchodźców i migrantów na greckim archipelagu, by zbadać sytuację i potrzeby przebywających tam ludzi.

Zimno i mokro

Caritas od 2018 roku realizuje program pomocy dla migrantów w obozach na Samos i Lesbos. Jest to możliwe m.in. dzięki polskiemu kapłanowi ks. Ryszardowi Taraszkiewiczowi, który posługuje w katolickiej parafii na Samos. Mieszkańcy obozu – wśród których jest sporo katolików – są jego parafianami. To głównie uchodźcy i migranci z tzw. czarnej Afryki, z krajów języka francuskiego, Afganistanu, Pakistanu.

Obóz przeznaczony początkowo dla 800 osób, obecnie liczy ich 2 tys., a kolejne 5 tys. koczuje wokół niego w prymitywnych warunkach. Co prawda żywienie, choć nie najlepszej jakości, jest tu zapewnione, jak również podstawowe warunki higieniczne: zewnętrzne prysznice, toalety przenośne typu toi-toi. Jednak ludzie, w tym rodziny z małymi dziećmi, mieszkają w kontenerach lub prowizorycznych namiotach, marzną i mokną wśród pluskiew, karaluchów, szczurów i węży. Na Lesbos przebywa 21 tys. osób, w nieco lepszych warunkach.

Dotrzeć do swoich

Migranci systematycznie napływają do obozu, który właściwie ma tylko status punktu rejestracyjnego, czyli hotspotu, skąd odbywa się ich relokacja w głąb Grecji. Są tu rejestrowani, otrzymują dokumenty i czekają na możliwość przemieszczenia się do właściwych obozów.

Jednak przedłużające się procedury sprawiają, że pobyt trwa tu niekiedy nawet 6–12 miesięcy. Próba stworzenia drugiego hotspotu, który usprawniłby organizację rejestracyjną, spotkała się z protestami Greków, którym coraz bardziej doskwiera tak bliska ich domostwom obecność tysięcy obcych. Atmosfera jest coraz bardziej napięta, toteż jego budowa została wstrzymana.

Migranci zakładają z góry, że będą musieli wegetować w obozowych warunkach całe miesiące, jeśli nie lata. Ich celem nie jest Grecja, lecz kraje Europy Zachodniej, gdzie żyją ich rodziny, funkcjonują ich społeczności, głównie Francja, Belgia, Wielka Brytania, Niemcy, Szwecja. Nikt nie wymienia Polski jako kraju docelowego.

Największym problemem greckich obozów są żyjące w trudnych warunkach dzieci, zwłaszcza te, które stały się sierotami w wyniku rozłączenia z rodziną w trakcie wędrówki. Jest ich 3 tysiące. Z pomocą maluchom przychodzą różne organizacje zajmujące się animacją zajęć sportowych, oświatowych czy kulturalnych.

Zabawa w wojnę

Dla koszalinian wizyta na wyspie Samos, leżącej tuż przy wybrzeżu Turcji, była zarazem okazją do spotkania z beneficjentami akcji charytatywnej „Pusta choinka”, którą w minione Boże Narodzenie przeprowadzono w Koszalinie, dedykując dzieciom żyjącym w przeludnionym obozie. Koszalinianie zafundowali im paczki higieniczne oraz świąteczny obiad dla 200 osób.

– Przy okazji wizyty na Samos przekazaliśmy katolickiej parafii opiekującej się społecznością katolików z obozu 4 tys. euro zebrane podczas „Pustej choinki”. Chcemy kontynuować tę akcję przez cały rok, a najbliższą okazją do tego będzie Dzień Dziecka – zapowiada ks. Tomasz Roda. – Dzieci są przyszłością każdej społeczności, dlatego tak ważne jest zatroszczenie się nie tylko o najpilniejsze potrzeby, jak środki higieniczne czy bielizna, ale też o edukację.

– Przekonaliśmy się, jak ważna była ta akcja, którą podjęliśmy w Koszalinie. Zobaczyliśmy też marzenia tych dzieci: zamiast roweru wózek sklepowy, którym się nawzajem przewożą, czy po prostu zbieranie kamyczków, za co dostają 1 euro od tych, którzy kamykami chcą obsypać zapiaszczone wejście do swego namiotu – mówi dyrektor CDKK. Obraz uzupełnia bardziej dramatycznym obrazem: zabawą małych Syryjczyków w wojnę, zestrzeliwujących się nawzajem.

Popielec z braćmi

Delegacja Caritas razem z uchodźcami uczestniczyła w obchodach Środy Popielcowej, która odbywa się tam tydzień później niż w Polsce. – Byłem bardzo wzruszony, bo spotkaliśmy się wówczas z ludźmi z Konga, Kamerunu, Sierra Leone czy Gabonu jako bracia i siostry, w wymiarze wiary – mówi ks. Roda.

Chrześcijanie ci pomimo swojego losu pogłębiają swoją wiarę, umacniając tym nadzieję na lepsze życie. Wnoszą też do greckiej parafii swoją kulturę, muzykę. A także spontaniczność i udzielającą się innym radość. – To wszystko jest nie do opisania – mówi ks. Roda. – Europejska dyskusja o korytarzach humanitarnych, o przyjmowaniu i adaptacji tych osób staje się miałka, dopóki nie wejdzie się w buty tych ludzi, skazanych bezczynnością tych, którzy mogą im pomóc, na wegetację i brak godnej przyszłości.

Ksiądz Roda przekonuje, że exodusu uchodźców i migrantów nie da się właściwie ocenić z perspektywy setek czy tysięcy kilometrów. – Ci ludzie uciekają ze swoich ojczyzn z różnych powodów: i w zagrożeniu życia, i w poczuciu, że w Europie jest po prostu lepszy świat. Ale od razu zderzają się z rzeczywistością obozu, w którym poziom życia jest drastycznie niższy niż w miejscu, z którego uciekli.

Rozczulający dar

– Nie można przejść obojętnie obok dramatu kogokolwiek z nich, skoro ten człowiek już opuścił swój dom i jest w drodze. To przecież taki sam człowiek jak ja – mówi dyrektor Caritas DKK i wspomina poruszające reakcje mieszkańców obozu obdarowanych przez delegację z Polski czapkami i szalikami (ze względu na zimne noce o tej porze roku w tamtym regionie). – Pewien mężczyzna przyszedł do nas ze łzami w oczach, żeby podziękować za szalik, którym przypomnieliśmy mu o jego mamie i imieninowym prezencie od niej. Poczuł się w Kościele jak chrześcijanin otoczony braćmi.

Nie tylko dary, ale przede wszystkim modlitwa i słowo wsparcia są dla chrześcijan mieszkających w obozach umocnieniem. Ksiądz Roda przywołuje wspomnienia ich gościnności: zaproszenia w przestrzeń ich „domów”, tj. prowizorycznych namiotów obłożonych folią, na filiżankę napoju czy podpłomyk.

– Dziś, w kontekście tych chrześcijan, których spotkałem, z którymi się modliłem, którzy tak samo jak ja czują i marzą, widzę potrzebę wsparcia tych ludzi, pochodzących z innego krańca świata czy kultury – wyznaje dyrektor Caritas.

Miliony

Wojna w Syrii pochłonęła już blisko pół miliona ofiar, ponad 5,5 mln ludzi uciekło do sąsiednich państw, a kolejne 6 mln przemieszcza się w granicach kraju. Kryzys uchodźczy jest ściśle powiązany z wojną w Syrii. Według ośrodka badań REACH Initiative, 39 proc. osób, które podjęły ucieczkę w ostatnich miesiącach, mieszka w namiotach, prowizorycznych schronach lub pod gołym niebem. Ci, których domy nie zostały zburzone, z powodu wojennych zniszczeń mają utrudniony dostęp do wody i elektryczności. Wiele szpitali i około 300 szkół zawiesiło funkcjonowanie ze względu na nieustanne zagrożenie.

Polacy od ponad 3 lat ofiarnie wspierają Syryjczyków poprzez udział w programie „Rodzina Rodzinie” realizowanym przez Caritas Polska. Wartość pomocy przekazanej w tym czasie to 54 mln złotych. •