Najpierw wyparłam wszystko

Katarzyna Matejek

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 39/2020

publikacja 24.09.2020 00:00

W Kołobrzegu zabrzmiało epitafium rockowe oparte na poezji zesłańców na Sybir.

„Smoła” własną muzyką i tekstami wywiezionych opowiedział dramatyczne dzieje Golgoty Wschodu. „Smoła” własną muzyką i tekstami wywiezionych opowiedział dramatyczne dzieje Golgoty Wschodu.
Katarzyna Matejek /Foto Gość

Koncert pt. „Noc narasta od wschodu” w wykonaniu Norberta „Smoły” Smolińskiego, lidera zespołu Contra Mundum, zabrzmiał 16 września w RCK w Kołobrzegu. Poezja Beaty Obertyńskiej, Zdzisława Broncla i Anny Rudawcowej skłoniła artystę do skomponowania muzyki, która stałaby się tłem dla obrazów tułaczki i wygnania Polaków przez władze radzieckie w lutym i kwietniu 1940 roku.

– Zależało mi, żeby muzyka opowiedziała tamten świat: mroczny, wietrzny. W rytmice słychać nieustanny turkot kół pociągu – „Smoła” wyjaśnia arkana kompozycji. – Słychać sowieckie rozkazy na stacji, szczekające psy, płynące rzeki i mroźny buran wiejący między utworami. Słychać otwierające się cele i wrony, które kraczą nad tym wszystkim.

Epicką opowieść dopełniły zdjęcia deportacji, polskich rodzin i bohaterów narodowych, a uzupełniła je narracja Haliny Łabonarskiej na podstawie pamiętników Beaty Obertyńskiej.

Wokaliście, jak na wszystkich koncertach, towarzyszyła szturmówka po ojcu. To dla niego symbol wartości patriotycznych, jakie wyniósł z rodzinnego domu. Jak mówi, jest wrażliwcem, którego porusza polska historia i patriotyczna pieśń.

– Kiedy razem z producentem pracowaliśmy w studiu nad tą płytą, zdarzało nam się płakać nad utworami. Tak weszliśmy w ten temat, że wręcz jechaliśmy tymi bydlęcymi wagonami – wspomina N. Smoliński. – Mamy świadomość, że ten koncert jest naszym obowiązkiem, ukłonem wdzięczności za poświęcenie i ofiarę naszych przodków, jakie złożyli dla ojczyzny na obcej, złowrogiej ziemi – podsumował lider Contra Mundum.

Mleko od dziadka

Inicjatorem koncertu, zorganizowanego przy wsparciu Urzędu Miasta, jest stowarzyszenie Katolicka Inicjatywa Kulturalna. – Zależy nam, żeby takie historyczne rocznice zaznaczone były także w kulturze Kołobrzegu – powiedział Jacek Pechman z KIK. – Pamięć o Golgocie Wschodu należy do naszej tożsamości narodowej, której nie wolno nam zapomnieć. To jest zarazem świadectwo głębokiej wiary wysiedlonych Polaków, których – jak wynika z ich świadectw – przy życiu i przy nadziei, że wrócą do Polski, trzymała właśnie wiara w Boga i miłość do ojczyzny.

Na widowni zasiedli członkowie Związku Sybiraków. Jego prezes Wanda Przybylska bardziej zapamiętała wywózkę do Kazachstanu, którą przeżyła jako czterolatka, niż powrót z zesłania po sześciu latach. Tę dramatyczną drogę przebyła z bratem i mamą. – W wagonie, którym jechaliśmy, były głównie kobiety, bo przecież to były rodziny żołnierzy zamordowanych w Katyniu – mówi także o własnym ojcu, rozkazem katyńskim zamordowanym w Bykowni na Ukrainie. – Na peronie zdążyliśmy jeszcze zobaczyć przez okno dziadka, który niósł nam mleko w kance. Enkawudzista nie puścił go do nas, kopnął kankę, mleko się rozlało. To było nasze ostatnie spotkanie. Tak straciłam i ojca, i dziadka. Dalsze sześć lat i trzy miesiące to była walka o przeżycie – mówi pani Wanda.

Wspominanie tamtych chwil wydaje jej się tym ważniejsze, że na długi czas wyparła wspomnienia. – Wyparłam wszystko. Cieszyłam się tym lepszym światem. Ale w miarę, jak zaczęłam się starzeć, to wszystko sobie przypomniałam – przyznaje 85-latka.

Nie było tematu

Nie wszyscy sybiracy są gotowi na wspomnienia. – To wygląda różnie u różnych osób. Część z nich przeżywa to traumatycznie. Natomiast część, zwłaszcza ci młodsi, którzy spędzili tam dzieciństwo, odczuwa rodzaj nostalgii za Syberią – mówi Daniel Lipski, wiceprezes kołobrzeskiego Związku Sybiraków.

Historia deportacji jego rodziny stała się ważną częścią jego życiorysu, odkąd dowiedział się o niej, a było to dopiero w połowie lat 70. Właśnie te systemowe przemilczenia na temat stalinowskich zsyłek są według niego powodem silnych emocji sybiraków. – Całe lata nie było tego tematu, nie było Związku Sybiraków, nie było pamięci tych złych doświadczeń. Kiedy zaczęły być jawne, ludzie zaczęli je sobie przypominać – mówi.

Tym chętniej dał się przed laty namówić swojej nauczycielce Wandzie Przybylskiej na wspieranie tego środowiska. – Bardzo się w to wciągnąłem, ponieważ ci starsi zacni ludzie potrzebują pomocy pod każdym względem: i organizacyjnym, i zwykłym, ludzkim.