Ciasto trzeba dobrze ugnieść

Ks. Wojciech Parfianowicz

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 41/2020

publikacja 08.10.2020 00:00

O życiu zakonnym w zgromadzeniu obrządku wschodniego opowiada s. Anatolia Magura ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic NMP w Koszalinie.

▲	Siostra Anatolia w kaplicy domu zakonnego przy ul. Zwycięstwa w Koszalinie. ▲ Siostra Anatolia w kaplicy domu zakonnego przy ul. Zwycięstwa w Koszalinie.
ks. Wojciech Parfianowicz /Foto Gość

Ks. Wojciech Parfianowicz: Pewnie nie wszyscy mieszkańcy Koszalina zdają sobie sprawę z tego, że w ich mieście żyją siostry obrządku wschodniego, a dokładnie bizantyjsko-ukraińskiego.

S. Anatolia Magura: Na pierwszy rzut oka niczym się nie różnimy. Dopiero gdy wchodzimy do kościoła i robimy inaczej znak krzyża, wtedy ktoś może się zorientować.

Wchodzicie do kościoła, nie tylko do cerkwi greckokatolickiej. Nasze wspólnoty pozostają bowiem w jedności.

Tak, zresztą przez wiele lat pracowałyśmy w parafii św. Wojciecha, gdzie katechizowałyśmy dzieci obrządku łacińskiego.

Jak wygląda wasze życie w ceglanym domu przy ul. Zwycięstwa?

Pewnie podobnie jak w każdym innym domu zakonnym.

Tylko nazewnictwo jest jakby trochę inne.

Owszem. Rano na przykład mamy czasosłow, czyli brewiarz. Pierwsza modlitwa to utrenia, czyli jutrznia. Odmawiamy też wspólnie Anioł Pański oraz weczirnię, czyli nieszpory. Przez cały dzień mamy sporo zajęć. Jeździmy do szkół, punktów nauczania, cerkwi. Mamy ogródek. Pracujemy w domu, gdzie wszystko trzeba zrobić: ugotować, posprzątać, wyprać. Odwiedzamy chorych i samotnych w domach. Organizujemy różne spotkania przy naszej parafii, na przykład dla migrantów z Ukrainy.

Jednak w Waszym domu dzieje się coś wyjątkowego, z czego nie każdy zdaje sobie sprawę. Nie chodzi o kaplicę, ale o kuchnię.

Wypiekamy prosforki, czyli hostie, których używa się w czasie Mszy św. U nas wyglądają one trochę inaczej niż w Kościele łacińskim, ale tak samo wypiekane są z czystej pszennej mąki.

To swoiste „przygotowanie darów” odbywa się tak po prostu w tej kuchni, gdzie gotuje się także obiad?

Nie do końca „tak po prostu”. To niezwykłe zadanie, rytuał, do którego podchodzimy w odpowiedni sposób, ubrane na biało. Owszem, piec jest ten sam, ale wszystkie inne narzędzia są używane tylko i wyłącznie do pieczenia prosforek: stolnica, ściereczki, nożyki. Najpierw przez godzinę ciasto się ugniata, potem kolejną godzinę ono rośnie i godzinę się piecze. Ugniata się je tak długo, żeby było zwarte, nie pulchne. Po wyjęciu z pieca ciasto przez dwa dni musi odstać. Dopiero wtedy się je kroi specjalnymi przyrządami liturgicznymi.

Dużo takich prosforek potrzeba, aby wystarczyło w Waszej cerkwi?

Przed pandemią trzeba było je piec bardzo często. Teraz wystarczy raz na miesiąc.

Nawet to pokazuje, jakie spustoszenie także na polu wiary wywołał koronawirus. Oby ten piec całkiem nie wygasł.

Tak, to bardzo smutne, ale nie tracimy nadziei.

Siostra świętuje właśnie 50. rocznicę swoich ślubów zakonnych. Droga powołania jest trochę takim ugniataniem ciasta. Potrzeba czasu, żeby wszystko nabrało właściwego kształtu. Jak to powołanie kształtowało się u Siostry?

Pochodzę z Mazur, gdzie po wojnie moi rodzice zostali przesiedleni. Nigdy nie myślałam, że będę siostrą zakonną. Kiedy jednak moja koleżanka wstąpiła do naszego nowicjatu w Warszawie, chciałam ją odwiedzić – pojechałam i… już zostałam.

Jak to się stało?

Pociągnęło mnie to, że spotkałam tam sporo młodych dziewcząt, które były takie radosne. Poza tym pracowała tam przecudowna mistrzyni. Jej rola była bardzo ważna. Mama płakała, przyjeżdżała, chciała, żebym wróciła, ale ja zostałam.

Jednak na atmosferze i osobie mistrzyni nie da się oprzeć drogi powołania…

To nie wystarczy. Przed ślubami miałam głębokie rozterki. Zastanawiałam się, czy podołam, bo niewierności w ogóle nie brałam pod uwagę. W tym czasie mistrzyni zachorowała i zmarła. To był dla mnie wielki cios.

Pan Bóg poprowadził bardziej ku sobie?

Śmierć siostry mistrzyni miała dla mnie wielkie znaczenie w utwierdzeniu mojego powołania. Zobaczyłam, że jej już nie ma, a moje powołanie nadal jest. Pan Bóg to prowadził. Jeszcze bowiem przed śmiercią mistrzyni zrezygnowały dwie koleżanki, więc nawet w rodzinie myśleli, że i ja wrócę.

Siostra nie wróciła i nadal trwa. Jakie było to pół wieku?

Bardzo intensywne. Pan Bóg mnie przez wszystkie trudne momenty przeprowadzał. Piękne jest życie wspólne. Przychodzę do domu i mam z kim podzielić się swoim życiem. Bardzo cenię tradycje wschodnie, święta i to, że mogę całym sercem oddać się innym.• wojciech.parfianowicz@gosc.pl