Patroni pierwszej pomocy

Karolina Pawłowska

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 45/2020

publikacja 05.11.2020 00:00

Świętych obcowanie to nie tylko pobożna formułka z pacierza, ale rzeczywistość serc otwartych na Boże działanie. Jeśli wierzysz, korzystaj i daj sobie pomóc.

Andrzej Konieczko wyprasza łaski za wstawiennictwem czcigodnego sługi Bożego Wenantengo Katarzyńca. Andrzej Konieczko wyprasza łaski za wstawiennictwem czcigodnego sługi Bożego Wenantengo Katarzyńca.
Archiwum Andrzeja Konieczki

Tylko w Bogu jest źródło życia i od Niego otrzymujemy każdą łaskę. To do Niego się modlimy i od Niego oczekujemy ratunku. Ale wierzymy też, że nasi bracia i siostry, którzy są zbawieni, chętnie przychodzą nam z pomocą, modląc się razem z nami. W przeróżnych sprawach.

Urszula czuwająca

Karolina Szarłata-Woźniak nie potrzebuje długo szukać w pamięci. – Dwie historie, które wydarzyły się w tym roku, nie pozostawiają wątpliwości, że mamy przyjaciół w niebie – mówi kołobrzeska katechetka. Świętą Urszulę Ledóchowską wybrała na patronkę swoich studiów. – Nieraz prosiłam o wsparcie przy trudnych egzaminach, zawierzałam jej sprawy rodzinne, domowe. Jak przyjaciółce. I czułam jej pomoc – przyznaje. Jak tego dnia, gdy dowiedziała się o wypadku syna. – Samochód potrącił go, gdy wracał rowerem do domu. Uderzenie nie było bardzo silne, jednak na tyle duże, że wyrzuciło go razem z rowerem na środek ruchliwej ulicy. Nadjeżdżający samochód zatrzymał się tuż przed nim, na rowerowym kole. Dla pewności pojechaliśmy do Koszalina na prześwietlenie. Okazało się, że nic, zupełnie nic mu się nie stało. Kiedy wracaliśmy do domu, Jacek zapytał: „mamo, a ty nie miałaś być dzisiaj w Koszalinie?”. Odpowiedziałam, że tak, bo to był ostatni dzień nowenny za wstawiennictwem św. Urszuli. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że do wypadku doszło w tym czasie, gdy w kościele Ducha Świętego trwała modlitwa za jej wstawiennictwem – opowiada Karolina.

Święty Jacek na zakrętach

O swojej opiece dał znać tego lata i św. Jacek, patronujący jej mężowi i synowi. − Wyjechaliśmy spóźnieni. Na zakrętach Szwajcarii Połczyńskiej mąż stracił panowanie nad kierownicą. Pamiętam, jak skosiliśmy znak, staczaliśmy się po skarpie i widziałam przed nami drzewo – wspomina. Do dziś nie wiedzą, jak to się stało, że uderzyli w nie bokiem. I że z samochodu do kasacji wszyscy wyszli bez szwanku. – To było 17 sierpnia, we wspomnienie św. Jacka Odrowąża. Tak było w naszym życiu, że i ja, i mąż obchodziliśmy imieniny tak, jak to wyznaczał kalendarz, a nie zgodnie ze wspomnieniem liturgicznym naszych patronów. Tego dnia dziwiliśmy się nawet, że Jacek odbiera SMS-owe życzenia z zapewnieniem o modlitwie o wstawiennictwo świętego patrona. Teraz już wiemy, jak wielką moc ma modlitwa przyjaciół na ziemi i opieka przyjaciół w niebie − przyznaje kobieta. Dwa dni po wypadku, kiedy próbowali przypomnieć sobie, co się wydarzyło, Jacek opowiadał Karolinie: „kiedy zboczyliśmy z tej drogi, skosiliśmy znak i złapałaś obiema rękami za kierownicę…”. – Ale ja nie złapałam za kierownicę. Nie mogłam. W jednej ręce trzymałam kurczowo telefon, a drugą uderzyłam w konsolę. To z pewnością nie były moje ręce – zapewnia.

Franciszkanin na budowie

Andrzej Konieczko bez kozery przyznaje, że przynajmniej połowa zdanych w życiu egzaminów to zasługa św. Józefa z Kupertynu. – Przez to nie mogę uchodzić za eksperta w dziedzinach, w których mam dyplomy, i nie pracuję w zawodzie – przyznaje ze śmiechem. Latający patron studentów „załatwił” mu nie tylko wpisy do indeksu. – Zaciągam u niego dług permanentnie i w każdej dziedzinie. Egzaminów zdawać już nie zamierzam, więc proszę go o pomoc w sytuacjach, kiedy nie bardzo wiem, co powiedzieć. Zwłaszcza w sytuacjach newralgicznych, kiedy od tego, co powiem, będzie dużo zależało. Podsuwał choćby to jedno konkretne zdanie, które zapadało potem mojemu rozmówcy w pamięć. Nie mam wątpliwości, że miał swój udział w tym, że zdobyłem serce mojej żony. Bardzo prosiłem go o pomoc w tej sprawie – opowiada koszalinianin. Swojego drugiego niebieskiego przyjaciela Andrzej zatrudnił na budowie domu. Czcigodny sługa Boży Wenanty Katarzyniec słynie z tego, że pomaga w sprawach finansowych. – Po ludzku całe to przedsięwzięcie byłoby niemożliwe: w czasie pandemii, kryzysu, niepewnej sytuacji na rynku pracy, bez zabezpieczonych środków nawet na stan surowy. Gdybym miał powiedzieć, kto tu jest prawdziwym kierownikiem budowy, to bez wahania wskazałbym na Wenantego. Tak jak jestem pewien, że ten franciszkanin walczy o to, bym mógł zbudować swój dom i w niebie – mówi Andrzej.

Towarzysz Paweł

Dla Mirka Filiczkowskiego przyjaźń ze św. Pawłem to bardziej stała obecność niż cudowne zdarzenia. – Poznaliśmy się z okazji bierzmowania. Choć wybór patrona był bardziej przypadkowy niż celowy. Po prostu: trzeba było wybrać jakieś imię, a Paweł dobrze brzmiało. No i mój najlepszy kolega też ma tak na imię. Ja specjalnie do tego wagi nie przykładałem, ale myślę, że św. Paweł do mnie już tak – przyznaje ze śmiechem. Nie ma wątpliwości, że odtąd Apostoł Narodów dbał, żeby jego życie zmierzało we właściwym kierunku. – Miałem swoją drogę do Damaszku, chociaż w moim wypadku prowadziła ona do Rzymu, na Światowe Dni Młodzieży. Ale dostałem potężny „strzał”, po którym spadły łuski z moich oczu – mówi i opowiada o nie najlepszym towarzystwie, w którym się obracał, ciążącej przeszłości i zdumieniu, jak dużo go z patronem łączy. – Odkrywając św. Pawła, odkrywałem, że święci nie zawsze od początku byli święci. Zdarzali się i tacy zbóje. Można być nawet wrogiem, mieć zatwardziałe serce, a Pan Bóg zrobi wszystko, żeby wyrwać cię z sideł – przyznaje. – Teraz listy Pawłowe są dla mnie drogowskazem. Czytam je cały czas, w różnych sytuacjach. Znajduję tam konkretne odpowiedzi na pytania, które rodzą się, gdy patrzę na świat i Kościół, rozwiązania moich problemów, pomoc w walce ze słabościami. Więc idziemy dalej razem – kiwa głową Mirek.

Święci nieogarnięci

− Najbardziej lubię świętych, których ludzie mieli za głupców. Jan Maria Vianney, św. Józef z Kupertynu, św. Filip Neri. Pokochałam ich, a oni pomagają mi kochać moich synów, męża i samą siebie – mówi Monika Małocha. – Mam lęk przed wielkimi świętymi, jak o. Pio czy św. Jan Paweł II. Przed wysokimi autorytetami, mającymi tajemne poznanie Boga i świata. Boję się, że za nic im nie sprostam. Za duży dystans nas dzieli. Natomiast taki święty, zanurzony w człowieczeństwie, ze wszystkimi jego aspektami, jest mi bliższy – przyznaje, opowiadając o ziemskich problemach, z jakimi borykali się jej święci – głupcy w oczach świata. Im powierzyła nawarstwiające się problemy, sypiące się małżeństwo, a przede wszystkim opiekę nad synami z diagnozami ze spektrum autyzmu. – Pamiętam, jak płacząc, wracałam na rowerze z przedszkola, do którego odwiozłam najmłodszego syna. I tych moich świętych, jednego po drugim, wzywałam na pomoc. To nie były pobożne koronki i nowenny, ja po prostu wyłam. Mówiłam im: „was też nikt nie rozumiał, was też świat miał za głupich, dobrze wiecie, jak to jest. Znaleźliście drogę, teraz pomóżcie moim dzieciom. Ich też świat nie rozumie, bo oni nie rozumieją świata”. I mam konkretne dowody na to, że oni otoczyli ich opieką – opowiada koszalińska psycholog.

Święci przyjaciele i dla niej mają coś ważnego. – Łatwo sama staję się surowym sędzią, wydaję kategoryczne wyroki. Ci święci zawsze mnie zatrzymują. Pokazują mi, że wszystko może się okazać czymś innym, niż na to wygląda. Każdy, o kim w tej chwili myślę z lekceważeniem, z wyższością, kim pogardzam, może być kimś wyjątkowym, niesamowitym – mówi i ze wzruszeniem wzdycha do rodziców swoich świętych. – Rodziców dzieci sprawiających problemy, niemądrych według świata, odbiegających od tego, co uważa się za normę, niepasujące do schematów. Na które oni patrzyli Bożymi oczami. Patrząc na nasze dzieci, powinniśmy w nich widzieć świętość – nie ma wątpliwości. Kilka dni później podsyła wyjątkowe zdjęcie z krótkim komentarzem: − Jest jeszcze święta, o której nie wspomniałam. Maleńka Łucja Karolina Małocha − moja największa orędowniczka w niebie. Myślę, że to będzie najlepsza ilustracja: każdy święty kiedyś tak wyglądał. •