Powrót do kraju dziadków

Karolina Pawłowska

|

Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 50/2020

publikacja 10.12.2020 00:00

Kolejna rodzina repatriantów znalazła nowy dom w mieście nad Radwią i Parsętą. W trzypokojowym, wyremontowanym i w pełni wyposażonym mieszkaniu na piętrze kamienicy w centrum miasta zamieszkało młode małżeństwo z dwójką małych dzieci.

►	Zgodnie z tradycją, burmistrz przywitał nowych mieszkańców miasta bochenkiem chleba. ► Zgodnie z tradycją, burmistrz przywitał nowych mieszkańców miasta bochenkiem chleba.
Karolina Pawłowska /Foto Gość

Pani Ksenia w drzwiach wita gości polskim „Dzień dobry”. To na razie właściwie wszystko, co potrafi powiedzieć w języku dziadków, ale sporo rozumie. – Nasza babcia przekazywała nam polskie tradycje i język. Z czasem słowa się jednak zniekształcały, wylatywały z głowy. Najlepiej po polsku znała modlitwy, bo kiedy wywozili ich do Kazachstanu, udało się zabrać modlitewniki. Tam był najczystszy polski język – opowiada Nadia Ostrowska, cioteczna siostra pani Kseni, która od czterech lat mieszka w Koszalinie.

Bydlęcymi wagonami w nieznane

Dziadkowie Kseni Wasilew i Nadii Ostrowskiej byli dziećmi, gdy zostali zesłani z rodzicami do Kazachstanu. W 1936 roku z wówczas polskiego Żytomierza ruszyli bydlęcymi wagonami w długą drogę w nieznane. Wypędzono ich z domów, nie pozwalając zabrać właściwie niczego. Wielu ze współpasażerów nie przeżyło tej podróży. Ci, którzy mieli szczęście, osiedlili się w powstałej na bazie przesiedleńców wsi Oktiabr, dziś noszącej nazwę Nura.

Wśród wielu pasażerów tamtego pociągu byli i dziadkowie nowej mieszkanki Karlina. Choć Kazachowie pomagali mówiącym niezrozumiałym dla nich językiem przybyszom, Polakom żyło się bardzo trudno. – Długo nie mogli się przyznawać do tego, kim są. W dokumentach nie można było podawać narodowości. Byli prześladowani. To kraj muzułmański, więc zbierali się po kryjomu w domach, żeby się modlić. Dopiero w 1956 roku, po 20 latach, mogli starać się o wpisanie do dokumentów narodowości polskiej – pani Nadia opowiada rodzinną historię, bez problemów posługując się językiem polskim. Szlifowała go jeszcze, studiując w Poznaniu. – Do Koszalina przyjechała niemal cała nasza rodzina. Teraz będziemy mieć Ksenię niedaleko, w Karlinie. Żałuję jedynie, że dziadkowie nie dożyli tej chwili – dodaje kobieta.

Dobre miejsce

W przyszłym roku w mieście osiedli się także mama pani Kseni. – Niedługo Karlino stanie się centrum repatriacji z Kazachstanu – żartuje Waldemar Miśko, karliński burmistrz, ciesząc się, że wracający do kraju przodków Polacy znajdują w mieście dobre miejsce do życia. Pierwsi repatrianci z Kazachstanu osiedlili się tu już kilkanaście lat temu. Kolejni pojawili się w ostatnich latach. – W ubiegłym roku przyjechały dwie rodziny. Za chwilę, w styczniu, pojawią się jeszcze dwie. A na przyszły rok przygotowujemy mieszkania dla czterech rodzin – wyjaśnia włodarz miasta. Ci, którzy osiedlili się w Karlinie, szybko zapuszczają tam korzenie. Znajdują pracę, znajdują przyjaciół wśród sąsiadów, pomagają sobie wzajemnie. Od razu zadeklarowali też pomoc najnowszym mieszkańcom.

Na razie pani Ksenia jeszcze nie zdążyła wybrać się na spacer po mieście. Pierwsze dni w Polsce spędziła u rodziny w Koszalinie i na rozpakowywaniu. Czeka też na przyjazd męża, zamykającego ostatnie sprawy w Kazachstanie. Ale z zachwytem ogląda swoje nowe mieszkanie. W trzypokojowym, gruntownie wyremontowanym lokalu w kamienicy nie brakuje niczego. Są meble, sprzęt RTV i AGD, nawet firany, obrusy, talerze, obrazki na ścianach. Urzędnicy zadbali o każdy najmniejszy szczegół, dzięki któremu rodzina Wasilewów poczuje się jak w domu. Nowi mieszkańcy oprócz mieszkania dostają też „anioła stróża” – opiekuna, który pomoże w załatwieniu wszelkich formalnych spraw i organizacji życia w Polsce. – Spotkamy się jeszcze z dyrekcją szkoły i żłobka, żeby ustalić, w jaki sposób pomóc dziewczynkom najlepiej zaaklimatyzować się w nowym miejscu, i poszukamy nauczyciela języka polskiego, żeby pani Ksenia jak najszybciej mogła się swobodnie komunikować – zapewnia burmistrz miasta.