• facebook
  • rss
  • Historia pewnej sutanny

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 39/2012

    dodane 27.09.2012 00:00

    Urodził się w Słupsku. W szkole nie był orłem. Bardzo chciał nosić sutannę. Nie dane mu jednak było sprawować Eucharystii. Złożył inną ofiarę... z własnego życia.

    Łucję Pańkę spotykamy w mieszkaniu na 7. piętrze, w bloku z wielkiej płyty na jednym z bydgoskich osiedli. Ma 88 lat i wciąż żywą pamięć o swoim rodzonym bracie. Wchodząc do pokoju, wskazuje na obraz nad łóżkiem i mówi: – Mój Bronek. Córka pani Łucji, Krystyna, czasami dopowiada coś o „wujku Bronku”. Dla nas to spotkanie z historią bł. Bronisława Kostkowskiego, kleryka pochodzącego ze Słupska z ul. Wileńskiej 17.

    Sutanna, która stała się suknią

    Widok matki opłakującej śmierć dziecka porusza nawet najtwardsze serca. Może dlatego wielu artystów stworzyło tzw. pietę, czyli wizerunek Maryi trzymającej na kolanach martwego Jezusa. Marianna Kostkowska, matka bł. Bronisława, dostała niewielką kartkę z suchym komunikatem w języku niemieckim: więzień Kostkowski Bronisław, ur. 11 marca 1915, zmarł 27 września 1942. Pani Łucja trzyma w ręku pożółkłą już kartkę z Dachau. Pamięta dzień, w którym ją doręczono. – Pracowałyśmy z siostrą w fabryce makaronów w Bydgoszczy. Tamtego dnia mama przyszła do nas do pracy. Strasznie płakała. Dosłownie wyrywała sobie włosy z rozpaczy. Trudno ją było uspokoić – opowiada. Do informacji o śmierci dołączono jeszcze listę rzeczy zmarłego. Między innymi pozostała po nim sutanna. – Kiedy ją przysłali, mama prosiła, żeby uszyć z niej suknię do jej trumny – wspomina pani Łucja. Tak też została pochowana. – Teraz nawet małe skrawki to byłyby relikwie, ale kto by wtedy przypuszczał, że tak to się potoczy – mówi pani Łucja.

    Piłka nożna, pomidorówka i... sutanna

    – Jak Bronek przyjeżdżał z seminarium na wakacje, schodzili się do nas jego koledzy. Graliśmy w „Człowieku, nie irytuj się”. Chodził też na mecze, bo bardzo lubił piłkę nożną. A ze mną to żartował, chciał się „boksować” – wspomina z uśmiechem pani Łucja. – Lubił zupę pomidorową, ale pomidorów nie. Tego nigdy nie mogłam zrozumieć – dodaje. Bronisław często odwiedzał rodzinę na wsi. Pamięta to Zofia Sikorska, jego bliska kuzynka mieszkająca dziś w Szczecinie. Niestety, nie może z nami rozmawiać. Ma już 85 lat i słabe zdrowie. Trzy lata temu była w Słupsku. Jej słowa spisał wtedy ks. Marcin Benk z diecezji bydgoskiej, autor pracy o błogosławionym. – Pomagał podczas żniw. Jak zbierali zboże, prowadził konia za lejce. Lubił też łowić ryby i miał poczucie humoru – wspomina pani Zofia. – Byłam wtedy przed I Komunią św. Chodziliśmy razem 3 km do kościoła. On dużo się modlił – opowiada. – Było widać, że był dobrze wychowany, grzeczny i pobożny, zawsze przykładny w zachowaniu, a także w sposobie ubioru – zeznawał w czasie procesu beatyfikacyjnego nieżyjący już abp Kazimierz Majdański, który był z Bronisławem w Dachau. Swoją drogę do kapłaństwa młody kleryk traktował bardzo poważnie. – Właściwie zawsze nosił sutannę – przypomina sobie pani Łucja.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół