Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Ludzi trzeba ratować

Z proboszczowskim błogosławieństwem, uzbrojeni w słowo Boże, od drzwi do drzwi szli z kerygmatem. Przede wszystkim do tych, którzy sami nie trafią do Kościoła. 


Sobota, 7 września. Na plebanii słupskiej parafii Najświętszego Serca Jezusowego, jak w sztabie polowym. Wszędzie pudła z ulotkami, a prawie 50 ewangelizatorów pochyla się nad planem miasta. A potem Pismo Święte w rękę i modlitwa na drogę. 
– Bo bez niej nie ma po co w ogóle wychodzić – mówią zgodnie ludzie ze słupskiej Szkoły Nowej Ewangelizacji. Doświadczeni w bojach ewangelizatorzy z plaż w białych koszulkach też przyzywają Bożej pomocy. Oni będą robić „Boży ferment” na ulicach. „Czerwoni” ruszą do mieszkań. 
– I mówcie od razu, że przysyła was ksiądz proboszcz, żeby was ze świadkami Jehowy nie pomylili – pół żartem, pół serio przypominają sobie nawzajem ewangelizatorzy.


To daje efekty


O pomyłkę nie trudno, bo chodzący po domach katolicy dla większości mieszkańców parafii to nowość. – Ksiądz nie da rady zrobić wszystkiego sam, więc jego zadaniem jest zaproszenie ludzi, którzy pomogą, doradzą. Nie wyobrażam sobie normalnego działania parafii bez świeckich np. kiedy trzeba iść do innych z Dobrą Nowiną. Ludzie potrzebują świadków, swoich sąsiadów, którzy mają takie same problemy. Autentyczność przekazu jest niezmiernie ważna – przyznaje ks. Jerzy Urbański, proboszcz wspólnoty, do której idą ewangelizatorzy. 
– Po pierwszej akcji, którą przeprowadziliśmy w tej parafii w lutym, więcej drzwi się przed księżmi otwierało, także tych, które dotychczas były zamknięte na głucho. Kiedy przychodzimy do kogoś do domu, mówimy, że przysyła nas ich proboszcz, bo… się o nich martwi. Nie o kopertę z ofiarą, ale o ich dobro duchowe – dodaje ks. Dariusz Rataj, szef SNE im. św. Krzysztofa. 


« 1 2 3 4 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy