• facebook
  • rss
  • Od Urszuli do Urszuli

    ks. Wojciech Parfianowicz


    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 43/2013

    dodane 24.10.2013 00:00

    Św. Urszula Ledóchowska. W tym roku minęło
10 lat od jej kanonizacji i 17 lat od wydarzenia,
które ją przypieczętowało. To chłopak z Koszalina
przekonał świat o tym, że ona jest już w niebie.


    Urszula umiera w Rzymie w roku 1939. Po 57. latach pojawia się w Ożarowie koło Warszawy, aby ocalić od śmierci pewnego 14-latka z Koszalina. Ten po kilkunastu latach ląduje w dalekim Sapporo, gdzie spotyka swoją przyszłą żonę Yumiko. Wtedy święta wkracza do akcji po raz drugi.


    Ocalenie pierwsze


    Historia uratowania życia Daniela Gajewskiego jest znana. Koszalińskie, nieco opóźnione obchody 10-lecia kanonizacji św. Urszuli, przypomniały zdarzenia z sierpnia 1996 roku. 
Rodzice Daniela, od lat zaprzyjaźnieni z urszulankami, postanowili, że spędzi on część wakacji pod opieką sióstr w Ożarowie. 
– Kosiłem trawę przy domu kosiarką elektryczną. Kiedy rozłączałem przedłużacz, poraził mnie prąd. Poczułem mrowienie na całym ciele i szybko upadłem. Zacząłem się dusić i nagle zrozumiałem, że umieram. Nie mogłem nic zrobić. Przeszło mi przez myśl, że rodzice będą załamani. Zacząłem się modlić. Kątem oka zauważyłem, jak z domu wybiega postać w habicie. Usłyszałem wyraźny głos: „co się dzieje, co ci jest?”. Powiedziałem: „Poraził mnie prąd, niech siostra mi pomoże”. Zaczęła mnie odciągać za nogi i wtedy straciłem przytomność – wspomina Daniel Gajewski.
Gdy się ocknął, ze spaloną do kości ręką, z przekrwionymi oczami, pobiegł do kaplicy. Tam po chwili przyszała s. Maria Płonka. Daniel był przekonany, że to ona uratowała mu życie. – Zapytała, co mi się stało. Odpowiedziałem, że przecież wie, że poraził mnie prąd. Zdziwiło mnie, że pyta. Kiedy w szpitalu podziękowałem jej za ocalenie, ona wyraźnie zaznaczyła, że zobaczyła mnie dopiero w kaplicy – relacjonuje. – Wtedy zaczęliśmy powoli rozumieć, że tam musiało się wydarzyć coś nadzwyczajnego – mówi Urszula Gajewska, mama Daniela.
Sprawa z prywatnej staje się coraz bardziej publiczna. Przypadek zauważa w końcu Kongregacja ds. Kanonizacyjnych. Gajewscy starają się jednak podchodzić do całego szumu spokojnie.
– Gdy do Warszawy przyjechali monsiniorzy z Watykanu, żeby nas przepytywać, pojechaliśmy tam z żoną, z Danielem i... z psem. Po prostu nie mieliśmy go z kim zostawić – wspomina z uśmiechem Janusz Gajewski, ojciec. 
– Jakoś nie miałem świadomości, że to sprawa tak ważna dla całego Kościoła. W ogóle nie myślałem w tych kategoriach. Może Pan Bóg mi to dał, żebym nie popadł w jakąś pychę – przyznaje.
W procesie kanonizacyjnym decydująca staje się nie wizja Daniela w czasie porażenia, ale modlitwa przez wstawiennictwo św. Urszuli. Okazuje się, że mama powierzyła go świętej już w dniu jego chrztu, który niemal zbiegł się z jej beatyfikacją w 1983 roku. Oddała go także pod jej opiekę przed feralnym pobytem w Ożarowie.
Święta wciąż nie opuszcza swego „protegowanego” i sprawa uratowania życia zyskuje nieoczekiwany ciąg dalszy.


    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół