• facebook
  • rss
  • Czy można dobrze umrzeć?

    dodane 14.11.2013 00:00

    Śmierć. W różny sposób odchodzimy z tego świata. Czasem nagle i niespodziewanie, innym razem 
po długiej chorobie. Czy DA się 
do tego przygotować?


    Był grudniowy wieczór. Na drodze ślisko i niebezpiecznie. Ks. Andrzej Hryckowian, proboszcz parafii św. Wojciecha w Koszalinie, wracał tego dnia z wykładów w Szczecinku. – Byłem już niedaleko Koszalina, w okolicach Mostowa. W pewnym momencie postanowiłem skręcić na skrzyżowaniu, inaczej niż zawsze, bo wydawało mi się, że to będzie doskonały skrót do domu – mówi. 


    „Mama miała rację!” 


    Po przejechaniu kilkuset metrów zorientował się, że się pomylił. – Błędem było to, że zjechałem z głównej drogi w taką, która była wąska, śliska i słabo odśnieżona – opowiada. Zatrzymał się i chciał zawrócić, ale cały czas coś mu w tym przeszkadzało – najpierw przejeżdżające samochody, potem okazało się, że jest za mało miejsca, więc stwierdził, że pojedzie dalej. – Zły byłem na siebie, że tak bez sensu skręciłem, ale wiedziałem, że sam jestem sobie winny – wspomina. 
Kilkaset metrów dalej natknął się na wypadek. Była już policja, oczekiwano na przyjazd karetki pogotowia, bo jedna osoba była ciężko ranna. – Zatrzymałem samochód, zapytałem policjanta, czy mogę pomóc. Pozwolił mi porozmawiać z rannym, dopóki nie przyjedzie lekarz – opowiada ks. Hryckowian. 
To był młody mężczyzna w wieku 30–40 lat. – Jak mnie zobaczył, zaczął powtarzać słowa: „Mama miała rację”. Na początku myślałem, że majaczy z bólu, że nie jest do końca świadomy. Powtarzał je bez przerwy, a ja chciałem tylko spytać, czy go wyspowiadać. W pewnym momencie zapytałem, w czym mama miała rację. Usłyszałem: „Powiedziała, że jak będę obchodził 9 pierwszych piątków miesiąca, to nie umrę bez pojednania z Bogiem”. Zdążyłem go wyspowiadać. Zmarł, zanim przyjechała karetka – mówi kapłan, nie kryjąc wzruszenia. 
W podobnej sytuacji znalazł się ks. Ryszard Ryngwelski, proboszcz parafii pw. św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny w Pile. 
– 13 lat temu na ulicach Sławna starsza kobieta na moich oczach wtargnęła nagle na jezdnię. Spowodowała wypadek z udziałem trzech samochodów. Jeden z nich spłonął. Zatrzymaliśmy się i podszedłem do poszkodowanych. Sprawczyni wypadku była mocno poturbowana. Udzieliłem jej rozgrzeszenia. Jak się okazało, następnego dnia zmarła na skutek odniesionych obrażeń – wspomina. 
W miejscach wypadków przy drogach czasem pojawiają się krzyże. To takie miejsca pamięci, bo choć ciało jest na cmentarzu, to właśnie tu ktoś stracił życie. – Jeśli ktoś umiera w wypadku drogowym, to rodzinę dotykają ogromny chaos i dezorientacja. Miejsce, gdzie zginął ktoś bliski, staje się, oprócz cmentarza, miejscem pamięci – nieprzyjemnym, ale w jakiś sposób wyjątkowym – wyjaśnia Kamila Siudowska, psycholog w Hospicjum im. Maksymiliana Kolbego w Koszalinie. 


    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół