• facebook
  • rss
  • Skrawek Kresów w Świdwinie

    dodane 13.03.2014 00:00

    Wilniuki. Choć na Pomorzu spędzili niemal całe życie i w mieście nad Regą dawno już zapuścili korzenie, z sentymentem wracają myślami na swoje Kresy. A tym, co zapamiętali, jak piernikowym sercem, dzielą się z sąsiadami.

    Mają swoją wileńską ulicę, w garnizonowym kościele wyhaftowaną srebrną nitką Matkę Boską Ostrobramską, u której co roku się gromadzą, w farze pamiątkową tablicę. Organizują spotkania i lekcje dla młodzieży. Najsłynniejsze są jednak Kaziuki.

    Smak dzieciństwa

    Od ponad dwóch dekad świdwińskie targowisko na początku marca na chwilę zamienia się w namiastkę Wilna. Jak tam, tak i tu wspomina się patrona Litwy, św. Kazimierza, wielkim jarmarkiem. Na straganach wyroby rzemieślnicze, obwarzanki, wyszywanki – czego dusza zapragnie. Oczywiście królują piernikowe serca, które nieodłącznie kojarzą się z wileńskim jarmarkiem. Handlowanie umilają występy miejscowych zespołów artystycznych i najmłodszych świdwiniaków, a tu i ówdzie słychać nawet śpiewną gwarę. Nie może oczywiście zabraknąć kresowych przysmaków. – Wileńskie smaki dzieciństwa to kołduny, bliny, a te duże to cepeliny królujące na wileńskim stole, jak u Mickiewicza – zachwala swoje pachnące stoisko Teresa Łapińska. Mało kto przejdzie obok niej obojętnie. – Tak jak Amerykanie mają swojego hamburgera, tak Wilniuki mają swój pieróg. Nadziewany może być mięsem albo kapustą, albo jak kto lubi. Wszystko to przepisy mojej babci – opowiada. Pani Teresa przed dziesięciu laty przyjechała do Polski i nad morzem otworzyła wileńską kawiarnię. – Serce i nogi już nie te, już nie daję rady. Ale na Kaziukach być musiałam! Starsi przychodzą ze łzą w oku posmakować dzieciństwa, bo wiadomo, że przez żołądek najprościej do serca, a młodzi – żeby skosztować czegoś nowego. Jak spróbują, zaraz o przepisy pytają. Tyle że potem do szykowania to już mniej chętni, bo to pracochłonne bardzo potrawy – przyznaje ze śmiechem. – To był pomysł Janiny Mieczkowskiej-Kostulskiej, założycielki naszego Towarzystwa Miłośników Wilna i Byłych Kresów Wschodnich. Pierwszy jarmark był skromniutki, a w następnym roku w ogóle się nie odbył. Ale mieszkańcy sami zaczęli się upominać o Kaziuki, więc trzeba było działać – Anna Teresińska opowiada, jak wileński jarmark trafił na Pomorze. Pani Ania od 17 lat szefuje świdwińskim Wilniukom. Zamiast zażywać spokoju na emeryturze, wciąż ma pełne ręce roboty. Bo i świdwińscy Kresowiacy, choć lata nieubłaganie lecą, także nie próżnują: organizują dla dzieci z regionu konkurs o wileńskich tradycjach, odwiedzają szkoły, śpiewają pieśni legionowe i patriotyczne, pomagają lwowiakom (którzy nie mniej aktywnie działają w Świdwinie) organizować Dzień Kultury Kresowej. Wyliczać można bez końca. – Bez nich Świdwin nie byłby taki sam, a Kaziuki stały się symbolem miasta – mówi bez wahania Teresa Ludwikowska, kierownik Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej, w której Kresowiacy często się spotykają. – Zresztą tych znaków obecności Kresowiaków jest więcej – zarówno tych z Wileńszczyzny, jak i tych ze Lwowa. Dzięki ich działalności kolejne pokolenia młodych świdwinian trochę więcej wiedzą o historii, poznają też tradycje przedwojennej Rzeczypospolitej. Dobrze, że ta edukacja zaczyna się od przedszkola. Nawet najmłodsi razem ze swoimi nauczycielkami biorą udział w konkursach, przygotowują występy – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół