• facebook
  • rss
  • Zaprawieni w czuwaniu

    dodane 04.12.2014 00:15

    Adwent. Roraty, drobne postanowienia, rekolekcje to niezbędny trening, by nie przespać nocy narodzin Zbawiciela. Są tacy, dla których czuwanie stało się stylem życia. Trzeźwi alkoholicy uczą nas, jak zachowywać czujność.

    Od 13 października do 15 lutego sztandar Krajowego Apostolstwa Trzeźwości peregrynuje po dekanatach naszej diecezji. – To dobra okazja nie tylko do modlitwy o trzeźwość Polaków, ale też do tego, by osoby, dla których walka z nałogiem alkoholowym jest codziennością, mogły spotkać się, wesprzeć oraz złożyć świadectwo, że z Bożą pomocą w trzeźwości można wytrwać – mówi ks. Piotr Zieliński, diecezjalny duszpasterz trzeźwości.

    Wstawaj, chłopie

    Andrzej z Czaplinka pogardzał kiedyś grupami trzeźwościowymi. Sekundowała mu w tym PRL-owska propaganda. Obrażał się, gdy ktoś próbował mu uświadomić, że przekroczył granicę i jest alkoholikiem. – Synowie byli świadkami mojego upadku, żona myślała o rozstaniu, moich 5 pracowników patrzyło, że jako szef prowadzę firmę ku plajcie. A ja co? Miałem pretensje do Boga, bo nie robił tego, co chciałem. W pewnym momencie Bóg pomógł mi w drugim człowieku, takim jak ja alkoholiku. Dopiero wtedy pozwoliłem Mu się prowadzić – opowiada pan Andrzej, alkoholik trzeźwy od 12 lat. Zna jednak takich, którzy swoją kilkuletnią trzeźwość uznali za wyleczoną i uśpili czujność.

    – Nieraz bywało, że szedłem do kolegi, który zapił. Podawałem mu wtedy rękę, mówiłem: „Dobra, chłopie, wstawaj, ruszamy znowu do przodu”. Czuwać trzeba dzień i noc, a to oznacza konkretne działanie. Po co mi siedzieć w restauracji, gdzie sąsiedzi piją wódeczkę, skoro kawę mogę wypić w domu? Po co mi w domu pełna flaszka, skoro postanowiłem nie pić? – tłumaczy pan Andrzej.

    Przestań beczeć, Grażyna

    Na sztandarze Apostolstwa Trzeźwości wyszyty jest orzeł biały, siedzący na gałęzi dębu i oplatający skrzydłami Matkę Bożą Częstochowską. Pod spodem wyhaftowano cytat z Jana Pawła II: „Maryjo, Królowo Polski, bądź natchnieniem dla tych, którzy walczą o trzeźwość Narodu”. Pani Grażyna z Czaplinka właśnie Jej powierzyła problem alkoholowy swojego męża. – Matka Boża mi mówiła: „Grażyna, ty już nie płacz. Przestań beczeć, stanie się cud”. I stał się. Mąż przyznał się do swojego problemu, podjął terapię, jest trzeźwy od 10 lat. Kiedy czujność jej męża słabnie i kieliszek woła, by go przechylić, pani Grażyna szuka rady u osób współuzależnionych. – Podpowiadamy sobie, jak umiejętnie rozmawiać, że czasem trzeba zejść z drogi lub nie pozwolić małżonkowi wycofać się z rodzinnych spraw, z podejmowania decyzji – mówi pani Grażyna. Trzeźwy styl życia oznacza nową jakość jej małżeństwa. – Jeździmy na rekolekcje w góry, w różne zakątki Polski. Odżyliśmy. Być może gdyby nie ta ciągła walka z chorobą męża, siedzielibyśmy w domu i nie „szukali przygód”. Umiemy odnajdywać spokój ducha w naturze. Mamy wielu przyjaciół z dekanatu, z którymi spotykamy się nawet dwa razy w tygodniu. A przede wszystkim odzyskałam w mężu partnera, przyjaciela, współpracownika w wielu sprawach – podkreśla pani Grażyna.

    Śrubkę zostawia w spokoju

    Orzeł na sztandarze oznacza, że sprawa trzeźwości to nie tylko problem osobisty. To sprawa narodowa. Dla pana Józefa z Połczyna-Zdroju abstynencja to wyraz patriotyzmu. – Dawniej nie było ze mnie pożytku. Piłem, nawalałem i kradłem, nawet kiedy nie było mi to potrzebne. Pracowałem najwyżej dorywczo, na alkohol. Od 20 lat jestem trzeźwy. Obecnie pracuję w niewielkiej firmie. Szef nie musi się obawiać, że wyniosę choćby najmniejszą śrubkę z zakładu. Zarabiam, mogę ją sobie kupić. Wspieram gospodarkę, płacę podatki – opowiada pan Józef. Jest świadomy, jak wielką łaską od Boga jest podarowana mu trzeźwość. – Wielu odeszło z naszej grupy AA. Mówili: „Modlicie się do Boga, nie chcemy mieć z tym nic wspólnego”. Wracali do picia i umierali. Przez 20 lat mojej trzeźwości odeszło tak 20 kolegów, bo przeszkadzała im modlitwa.

    Język przyjaźni

    Lecz byli i tacy, którzy wpadali na mityngi choćby na kilka tygodni – kuracjusze połczyńskich sanatoriów. Pan Józef wspomina jednego z nich, Niemca nieznającego języka polskiego. – Na szczęście znalazł się tłumacz, ale nawet gdyby go nie było, ten Niemiec byłby zadowolony. Czułby tę atmosferę, przyjaźń, wsparcie. Zresztą, kiedy go spotkałem potem na dwupasmówce, to dogadaliśmy się na migi. Jeden alkoholik drugiego po prostu rozumie – mówi pan Józef. – Niby alkohol jest dla rozrywki. Ale kiedy piłem, nie miałem tylu przyjaciół, co teraz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół