• facebook
  • rss
  • Dawid, człowiek pełnej krwi

    dodane 04.12.2014 00:15

    Nie mają dyplomów szkół aktorskich, dla wielu z nich to pierwszy kontakt ze sceną. Pasji im jednak nie brakuje. Tak jak bohaterowi, o którym opowiadają w najnowszym spektaklu.

    Swoją publiczność zabrali w fascynującą podróż po burzliwym życiu Dawida – wybrańca Boga, natchnionego psalmisty, wielkiego wojownika i króla.

    Bohater na dziś

    Gasną światła pod polichromowanym sklepieniem kościoła Mariackiego, gotycka świątynia na godzinę zamienia się w scenę. Wspomagani psalmami w parafrazie Jana Kochanowskiego i poetów współczesnych, aktorzy prowadzą widzów przez ekscytujące życie króla Dawida. Oszczędność rekwizytów, brak dekoracji i strojów wcale nie utrudniają przeniesienia się do czasów biblijnych wydarzeń. – Szukałam kogoś, kto mógłby stać się prawdziwym bohaterem, dobrym na dziś. Ostatnio czytam sporo współczesnych książek i nie znalazłam tam żadnego prawdziwego bohatera z silnym charakterem i osobowością, który miałby coś do powiedzenia. I byłby człowiekiem z pasją – wyjaśnia Wanda Korobowicz.

    Szefowej białogardzkiego Teatru w Bramie, choć drobnej i zmęczonej właśnie najnowszą produkcją kobiecie, pasji odmówić nie można. Po latach uczenia w szkole mogłaby już zażywać zasłużonej emerytury, ciągle jednak coś pcha ją do przodu i każe realizować kolejne pomysły. Od dwóch lat jest to teatr. Jej ekipa na koncie ma już siedem spektakli. – Kiedy zaczynałam tworzyć zespół, zaczepiałam nawet ludzi na ulicy, sąsiada, z którym od 30 lat mówiliśmy sobie dzień dobry. Innego, niepełnosprawnego aktora poznałam w Fundacji „Hajka”. Pierwszy nabór odbywał się także na Uniwersytecie III Wieku – opowiada pani Wanda. Jak przyznaje, udało się stworzyć coś więcej niż tylko teatralną grupę.

    Gdyby nie upadł

    Inspiracją do najnowszego przedstawienia było Pismo Święte. Tam pani Wanda, autorka scenariusza i reżyserka, sięgnęła w poszukiwaniu upragnionego bohatera. – Tak jak konie są pełnej krwi, tak też można powiedzieć o ludziach. Dawid jest dla mnie właśnie takim człowiekiem. Jest wszechstronnie utalentowany: jest poetą, muzykiem, ale i wojownikiem, politykiem. Wybrałam takie fragmenty jego historii, w których widz mógłby zobaczyć, jak kształtowały się charakter Dawida i jego osobowość. W jaki sposób zarówno namaszczenie, jak i ogromne trudności wpływały na dokonywane przez niego wybory między dobrem a złem, między myśleniem kategoriami ludzkimi a tym, co mówi Bóg – opowiada. – To dość ciekawe uczucie zasiąść na królewskim tronie i słuchać pochwalnych peanów na swoją cześć – śmieje się Marcin Medziński, jeden z trójki odtwórców tytułowego Dawida. – Potrzeba chyba dużego dystansu do siebie, żeby nie zwariować. Ja na szczęście miałem tylko krótką scenę, w której zostałem koronowany, więc jakoś mi się udało. Ale moja rola kończy się tanecznym transem Dawida, w którym pada na ziemię. To jakby zapowiedź jego upadku. Mówi się, że władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie i chyba coś w tym jest – zamyśla się nad swoją rolą. – Gdyby Dawid nie upadł, nie byłby człowiekiem, nie byłby przykładem, na którym chcielibyśmy i moglibyśmy się oprzeć – zastanawia się pani Wanda. – Zawsze mamy dwie opcje, dwie drogi. Możemy wrócić do Boga albo się od Niego odwrócić. Piotr zaparł się Pana Jezusa, ale wrócił, Judasz o wybaczenie nawet nie prosił – dodaje.

    Wyjść poza siebie

    Teatr w Bramie tworzą amatorzy reprezentujący kilka pokoleń mieszkańców Białogardu. Najmłodsi liczą sobie kilkanaście lat, najstarszy przekroczył osiemdziesiątkę. Pan Marcin na co dzień także zajmuje się sztuką, ale plastyczną. Teatr to dla niego niezła, chociaż wymagająca przygoda. – Próbuję z jednej doby zrobić dwie, żeby pogodzić zobowiązania rodzinne, zawodowe i jeszcze znaleźć czas na teatr, ale warto – przyznaje. Czternastoletniego Kubę Wijasa postać Dawida wcale nie onieśmieliła. – Ale dzięki przedstawieniu dużo się dowiedziałem nie tylko o nim, ale także o innych biblijnych postaciach – uśmiecha się. – W Dawidzie najbardziej spodobało mi się, że był odważny, nie bał się iść przed siebie, a także to, że umiał pociągnąć za sobą ludzi – mówi. Udział w przedstawieniu zaproponował mu trzeci, najstarszy z Dawidów: Lech Melec. Panu Leszkowi trema niestraszna. Na amatorską scenę wrócił po blisko 40-letniej przerwie. – Nie tylko na scenie wychodzimy poza siebie. Zaangażowałem się w apostolat ludzi chorych, odwiedzam ich, pomagam. To wymaga więcej odwagi niż gra aktorska. Kiedy zrodził się we mnie pomysł, żeby pójść do tych ludzi, pojawiło się mnóstwo „ale”: jak zostanę przyjęty, czy będę potrafił, czy nie zostanę odrzucony Potem dotknęła mnie własna choroba. Kiedy wyszedłem ze szpitala, zrozumiałem, że mam coś do zrobienia – opowiada. W odtwarzanej postaci zaś najbardziej podoba mu się więź łącząca Dawida z Bogiem. – Chciałbym właśnie tego od niego się nauczyć – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół