• facebook
  • rss
  • Terapeutyczna menażeria

    dodane 01.01.2015 00:15

    Teatr w gimnazjum. Można narzekać, że „młodzież jest zła”. Można też spróbować przekonać ją, że wcale taka nie jest. Wystarczy pomysł i… terapia wstrząsowa.

    Na długich korytarzach szczecineckiego gimnazjum już cicho, kończą się ostatnie lekcje. Tylko zza drzwi jednej klasy dobiegają wrzawa i śmiechy. – Króliczek jest potrzebny. Kto chce być króliczkiem? – pani Joasia przekrzykuje gromadę nastolatków. Natychmiast zgłaszają się chętni do kicania. – Kto będzie słoneczkiem? Ile jest motyli? Ile osób jest jeszcze bez roli? – padają następne pytania. – Mamy jeszcze stroje zebry i tygrysa – podpowiada pani Ala. – Ale skąd tygrys na łące? – zasępiają się na chwilę. – Marysiu, potrzebne jest jeszcze jakieś zwierzątko. Dopiszesz? – pyta nauczycielka. – Coś wymyślę – śmieje się nastolatka, i pierwszą próbę nad nowym spektaklem można uznać za zakończoną. Zaczęło się niewinnie. Od szkolnego projektu, który miał być sposobem poradzenia sobie z grupą uczniów „z problemami”.

    – Miałam akurat strasznie trudną klasę. Aspołeczni uczniowie, konflikty z prawem, kuratorzy w szkole, wagary. Próbowaliśmy z zajęciami sportowymi, ale nie chwyciło. Pomyśleliśmy, że warto zaangażować ich w projekt, który im samym pokaże coś ważnego: że oni też mogą zrobić dobrą rzecz, czyli wyjść poza pasmo swoich rozmaitych porażek, i że w ten sposób potrafią uszczęśliwić innych – wspomina Joanna Wróblewska, nauczycielka języka polskiego w szczecineckim Gimnazjum nr 1. – Często rozmawiałyśmy o tym, co im zaproponować, jaką dać alternatywę tym tzw. trudnym, żeby nie mieli aż takiej awersji do szkoły. Co zrobić, żeby chociaż ograniczyć wagarowanie, palenie papierosów? Bo mało, że są „trudni”, to stają się jeszcze „trudniejsi”. Tyle że za każdym takim trudnym przypadkiem, który ma problemy w szkole, nie wywiązuje się z obowiązków, ma niską samoocenę, stoi jakiś problem w domu. Oni czują się w szkole gorsi i wchodzą w ramy tych „gorszych”. Nie odnoszą sukcesów ani w szkole, ani poza nią. A skoro tak, to po co się starać? Mają etykietkę, więc się do niej dostosowują, bo może za mało są motywowani, żeby spróbować ją zdjąć? – dopowiada Alicja Berć, szkolna pedagog, u której w gabinecie rozmawiamy o tym, jak narodził się szkolny teatr.

    Zmiana widzenia świata

    Zaprzyjaźniona psycholog podsunęła myśl o współpracy ze szpitalem. To miała być jedna stworzona wspólnie bajka terapeutyczna, jeden wyjazd do Gdańska do Kliniki Akademii Medycznej na Oddział Onkologii i Hematologii Dziecięcej. – Po powrocie dzieciaki przyszły i powiedziały, że nie ma nawet mowy o tym, że koniec. Doszli nowi ludzie do grupy, trzeba było działać dalej – śmieje się pani Joasia. Tak po „Zebrze” powstał „Ślimak”. Z jednego spektaklu zrobiło się całe tournée. Odwiedzili szpital w Szczecinie i grali też na swoim podwórku: w domu dziecka, w przedszkolu, w ośrodku dla osób niepełnosprawnych. – Pierwszy powód był taki, że trzeba zrobić w ciagu trzech lat w gimnazjum przynajmniej jeden projekt. A skoro ten realizuje nasza wychowawczyni, więc będzie z górki. No i to projekt, który realizuje się od razu, więc będzie łatwo – Karol Bochenek rezolutnie wylicza kolejne argumenty, które złożyły się na jego udział w przedsięwzięciu. Okazało się jednak, że za teatrem przemawia nie tylko uczniowski pragmatyzm, a z tym „łatwo” bywa różnie. – Gra w szpitalu może być trudna. Zależy, jaką kto ma psychikę – przyznaje po namyśle. Klinikę w Gdańsku gimnazjaliści odwiedzili dwa razy. Ostatnio w październiku. Za każdym razem towarzyszą tym wyjazdom wielkie emocje. – Kiedy pojechaliśmy pierwszy raz do Gdańska, na przedstawienie przyszło dużo młodych widzów w trakcie i po chemioterapii. Jakieś pół setki wymęczonych chorobą, obrzmiałych dzieci, z kroplówkami w rękach, w maseczkach na twarzy, bez włosów. Najmłodszy miał chyba rok. Ale nie te maluszki zrobiły na nich największe wrażenie. Najbardziej wstrząsnął nimi widok chorych gimnazjalistów, ich rówieśników – przyznaje pani Joanna. Były nerwy, rozhuśtane emocje, poważne rozmowy i łzy... – W naszym wieku raczej nie myśli się o tym, że można być ciężko chorym, a nawet umierającym. Wizyta w szpitalu onkologicznym to mocne doświadczenie – zauważa Wojtek Dyczko. Natalia Błachowska, teraz już licealistka, przyznaje, że mocno przeżyła występy w Gdańsku. – Jechaliśmy niby przygotowani na to, co zastaniemy, ale to wcale nie było proste. To ludzie w naszym wieku też mogą być tak chorzy? Zdumienie i niedowierzanie, chociaż to przecież oczywiste – dzieli się wrażeniami i nie ma wątpliwości, że sporo się nauczyła. – Przede wszystkim pokory. Dla nastolatka każdy problem jest jak koniec świata. A jak ja mogę na cokolwiek narzekać, jeśli jestem zdrowa?! Teraz jak przychodzi mi do głowy, jaki to mam straszny problem, to przypominam sobie wszystkich tych ludzi, których poznałam podczas realizacji projektu – opowiada dziewczyna. – Tak samo występy dla niepełnosprawnych zmieniły mnie i moje widzenie świata. Byłam przekonana, że to nieszczęśliwi ludzie, pozbawieni nadziei. Co może być warte takie życie? A to przesympatyczne osoby, z taką niesamowitą energią. I uśmiechają się zdecydowanie częściej niż my. Bo my bez przerwy narzekamy, że moglibyśmy mieć ładniejsze włosy, prostsze nosy, a ci ludzie potrafią cieszyć się z każdego drobiazgu – dodaje.

    Cudów nie ma, ale…

    Teraz rozpoczęły się prace nad nowym spektaklem. „Biedronka” także będzie bajką terapeutyczną. Liczba zgłaszających chęć udziału w projekcie, także absolwentów gimnazjum, zaskakuje nauczycielki, ale i dodaje otuchy, że warto poświęcać temu czas. Tym bardziej że widać efekty. Stworzony przez nie teatr miał nie tylko dawać radość widzom, ale pomagać aktorom. To oni są adresatami bajkowej terapii. – Kiedy ruszałyśmy z projektem, pomyślałyśmy, żeby połączyć dwie grupy: dobrze uczących się, aktywnych uczniów i tych „trudnych”. Ryzyko było duże, bo nie wiadomo było, czy oni w ogóle się ze sobą dogadają – opowiada pani Ala. Wypaliło. – A potem stopniowo zaczęło się okazywać, że ci „trudni” wcale nie są gorsi. Mają wiele talentów: grają na instrumentach, śpiewają, pięknie malują, mają rewelacyjne pomysły. Najważniejsze jednak, że wielu z aktorów po raz pierwszy usłyszało: „Jesteście wspaniali” – cieszy się pani Joanna. Terapia podziałała? Joasia i Ala są przekonane, że tak. – Chociaż nie da się powiedzieć, że to automatycznie przełożyło się na wyniki w nauce – zastrzegają. Nie zdarzył się cud i ci z problemami nie stali się nagle aniołami, wagarowicze nie stawiali się na wszystkie zajęcia, a ci z gorszymi wynikami nie zabłysnęli lepszymi. – Ale mieliśmy na przykład ucznia z depresją młodzieńczą. Był w takim stanie, że musiałam wzywać do niego karetkę do szkoły, nie mogliśmy nawiązać z nim żadnego kontaktu. Rok później to on poprowadził koncert. Był narratorem na scenie! – mówi pedagog. Takich historii jest sporo. Teatr otwiera, sprawia, że młodzi czują się akceptowani. – Mam teraz klasę integracyjną. Bardzo grzeczną. Aż za bardzo przy moim temperamencie. Zaangażowałam ich do bajki i nikt nie chciał się odezwać. Koniec i kropka. Mogą trzymać chmurki, słoneczka, ale odzywać się nie będą. Po tym roku są zupełnie inni. Mówią do mnie! Dzielą się wrażeniami, opowiadają, pytają o różne rzeczy. Nie ci sami ludzie! – żywiołowo opowiada Joasia. – Rodzice też przyznają, że atmosfera jest inna. Dzieciaki tak się zżyły, że jeżdżą do siebie, odwiedzają się, robią po szkole mnóstwo różnych rzeczy razem – dodaje z uśmiechem.

    Bez podziałów, bez stereotypów

    – Dzięki projektowi stałam się bardziej otwarta na świat. Bałam się ludzi. Teraz już się nie boję – mówi cichutko Zuzia Rychter. – Łatwiej nawiązuję kontakty, nie boję się odezwać – dodaje. – Przed projektem byłam marudną i raczej opryskliwą osobą. Przekonałam się, że bardzo na tym tracę. Nauczyłam się też jakiejś wrażliwości patrzenia na świat. Baza, którą zdobyłam w gimnazjum, procentuje w nowej szkole – opowiada Marysia Rynkiewicz. – Czy czuję się akceptowana? Bo ja wiem? Pewnie są tacy, którzy mnie nie lubią, ale myślę, że więcej jest takich, którzy jednak lubią – śmieje się. Praca nad bajkami przełamała lody. – Myślałem, że Natalia, Marysia czy Weronika to, mówiąc delikatnie, bardzo dziwne osoby. Jak je lepiej poznałem, przestały być dziwne. Są spoko – Wojtek lakonicznie streszcza ideę projektu. – No a my miałyśmy takie samo podejście: nie będziemy przecież rozmawiać z „dresami”! – docina Natalia, ubrana na czarno rockmanka. – Na początku z góry zakładaliśmy, że nic z tego nie będzie. Jesteśmy z różnych światów. A potem stopniowo okazywało się, że to bardzo fajni ludzie. Wystarczyło dać im szansę, poznać ich historię, wejść trochę głębiej – wyjaśnia. – Pochodzimy z różnych subkultur, wyglądamy inaczej. Więc my też postrzegałyśmy grupę jako „dziwną”, bo inne ubranie, inna muzyka. A potem przestało mieć znaczenie, czy ktoś nosi adidasy czy glany, ubiera się na czarno, czy chodzi w dresach – dodaje rudowłosa Weronika Przybylska. Marysia nie ma wątpliwości, że udaje się to przenieść także poza ich grupę. – Gdy spotykamy się z kimś, po kim na pierwszy rzut oka widać, że tej samej muzyki nie słuchamy, to nie przekreślamy go na dzień dobry. Bo w sumie dlaczego? Nie lubię cię, bo masz blond włosy? – wzrusza ramionami. Oprócz „Biedronki”, z którą gimnazjaliści znów wybierają się do Gdańska, rodzą się kolejne pomysły. – W lutym organizujemy koncert charytatywny. Biletem wstępu będą książki dla dzieci. Pewnie sporo mamy ich poupychanych w piwnicach i na strychach, zapakowanych w kartony, a przecież jeszcze komuś posłużą. Będą goście grający i tańczący. Nauczyciele też już ćwiczą – mówi pani Joasia. Będzie też nowy projekt, realizowany wspólnie z podopiecznymi szczecineckich Warsztatów Terapii Zajęciowej „Atut”. – Chciałybyśmy, żeby młodzi przełamywali dalej stereotypy swojego myślenia, żeby nie bali się osób niepełnosprawnych. To właśnie podopieczni z „Atutu” uszyli dla nas piękne stroje, w których występujemy. Teraz chcielibyśmy zaprosić ich do wspólnego występowania na scenie – zapowiadają szczecineccy aktorzy. – Niby nic wymiernego z tego nie mamy: żadnych korzyści, żadnych lepszych ocen. Te godziny spędzone na próbach, późne powroty ze szkoły – to wszystko jest warte uśmiechu i radości, które dostajemy w zamian. Dostajemy mnóstwo i stajemy się lepsi – kiwa głową Weronika.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół