• facebook
  • rss
  • Tam, gdzie nawrócenie jest zdradą

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:00

    Kościół. Jak sam mówi, jest jedno- osobowym klasztorem w stolicy jednego z najbardziej zateizowanych krajów na świecie. Z pochodzącym ze Szczecinka dominikaninem o. Arturem Modzelewskim, który od 10 lat pracuje w Estonii

    Ks. Wojciech Parfianowicz: Czy rzeczywiście z wiarą w Boga jest w Estonii aż tak źle?

    O. Artur Modzelewski: W tym niewielkim kraju mieszka 1,3 mln ludzi. Chrześcijanie to niecałe 10 proc. społeczeństwa. Katolików jest garstka, zaledwie 0,5 proc., czyli ponad 6 tys. osób, z których tak naprawdę z Kościołem identyfikuje się ok. 3 tys. Prawie 80 proc. społeczeństwa nie uznaje Boga w ogóle. Nie mają żadnego związku z jakąkolwiek religią.

    Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Kilkadziesiąt lat komunizmu zrobiło swoje?

    Owszem. W momencie odzyskania niepodległości w roku 1991 r. w kraju był tylko jeden ksiądz katolicki. Ale przyczyn estońskiej niechęci do chrześcijaństwa trzeba szukać głębiej. Można powiedzieć, że tożsamość Estończyków budowana jest w opozycji do religijności. Jest to kraj, który od samego początku miał niewiele okresów niezależności. Cała jego historia to pasmo ciemiężenia i zależności od innych. Kościół to była instytucja, która przychodziła wraz z najeźdźcą, więc miała zawsze oblicze okupanta – niemieckiego, szwedzkiego, duńskiego czy rosyjskiego. Estończycy nie mieli okazji ciepłego spojrzenia na Kościół. Religia kojarzyła im się z wrogiem. Nie była to dobra perspektywa dla zrozumienia, czym naprawdę jest Ewangelia.

    Czyli Kościół był dla Estończyków jakby ciałem obcym?

    Tak. Szczególnie Kościół katolicki, który od reformacji w Estonii prawie nie istniał. Zresztą widać to po samym duchowieństwie. Nigdy w historii Kościoła katolickiego w Estonii nie było biskupa pochodzenia estońskiego. Dziś też jest nim Francuz. Powołanie do kapłaństwa zdarza się średnio raz na 100 lat. Obecnie na całym świecie jest pięciu księży Estończyków – dwóch w Estonii. Reszta duchowieństwa katolickiego to obcokrajowcy.

    Jak bardzo takie spojrzenie na Kościół jest odczuwalne dzisiaj?

    Zostanie katolikiem wciąż wiąże się z bardzo trudną sytuacją. Konwertyta automatycznie popada w konflikt z rodziną, jest ignorowany, izolowany. Estończycy mają poczucie, że wybierając chrześcijaństwo, szczególnie katolicyzm, zdradza się ideały estońskie. Nie jest to nacjonalizm, ale głębokie przywiązanie do tradycji. Ze względu na historię Estończycy są trochę nadwrażliwi na punkcie swojej niezależności i obaw o jej ponowną utratę. Przyjęcie chrztu jest po prostu rodzajem zdrady.

    Jak zatem głosi się Ewangelię tam, gdzie Kościół to ciało obce, a nawrócenie jest zdradą?

    Trzeba wziąć pod uwagę mentalność Estończyków, którzy są bardzo zamknięci i nieskorzy do uzewnętrzniania uczuć. Nie jest więc możliwe, aby ewangelizować w sposób dynamiczny i kompleksowy, jak w Polsce. Coś takiego raczej spotka się z odrzuceniem.

    Czyli na ulicę z transparentem: „Jezus Cię kocha” wyjść się raczej nie da?

    To jest ostatnie, co można by zrobić. Niektórzy próbowali, ale to absolutnie nie daje żadnych owoców, a nawet nastraja jeszcze bardziej negatywnie. Oni czegoś takiego nie lubią, nie rozumieją i nie przyjmują jako czegoś pozytywnego. To, co ma charakter wtargnięcia w ich sferę prywatną, co niesie ładunek silnej sugestii, nie zdaje egzaminu.

    To może warto by się przejść po domach, grzecznie zapukać do drzwi i zaproponować rozmowę o Bogu?

    Absolutnie nie. To nie tylko nie ma sensu, ale wręcz nie wolno tego robić. Estończyk nie zrozumie, że ktoś taki chce dobrze. Mimo szczerych chęci głoszącego można wszystko zepsuć na samym początku. Naprawdę trzeba zrozumieć mentalność tych ludzi, ich niesamowicie silne poczucie prywatności. To, co działa u nas, nie będzie działało wszędzie.

    Jak zatem ewangelizujecie?

    My po prostu jesteśmy otwarci na rozmowę. Widać, że niektórym, zwłaszcza młodym, zaczyna dopiekać duchowa pustka, w której żyją. Ci ludzie zaczynają szukać sensu, szukać czegokolwiek, co byłoby duchowością, a nie ideologią nowoczesności, która jest tak bardzo narzucana przez państwo. Co jakiś czas pojawiają się więc ludzie, którzy chcą po prostu porozmawiać. Staramy się pokazać, że nie chcemy ich na siłę nawrócić, ale że jesteśmy po to, żeby oni mogli, spotykając się z nami, odkryć świat wiary. Od takiego pierwszego kontaktu bardzo dużo zależy. Dopiero po znajomości, która trochę trwa, człowiek się oswaja, mniej się boi, przekonuje się, że nikt nie chce go przerobić na kogoś innego, zaczyna się pozytywny kontakt. Patrzę z nadzieją na rozwój Kościoła w Estonii, ponieważ młode pokolenie bardziej racjonalnie niż ideologicznie ocenia ludzi wierzących. Następuje powoli proces odkłamywania obrazu Kościoła. Zapiekła wrogość do religii trochę odchodzi. Młodzi ludzie coraz częściej chcą posmakować chrześcijaństwa.

    Jak to konkretnie wygląda?

    Mamy na przykład adorację Najświętszego Sakramentu. Estończycy dobrze w nią wchodzą. Odbywa się przy otwartych drzwiach kościoła. Nie ma krzykliwego zapraszania, jest spokojna informacja o wydarzeniu. Ludzie się modlą, a od czasu do czasu wejdzie ktoś, kto może nie jest jeszcze wierzący. Tego typu spotkanie z wiarą i Kościołem jest odbierane pozytywnie, bo nie wyrywa z prywatności. Obok adoracji sprawdzają się u nas nieszpory, które w naszej dominikańskiej kaplicy śpiewamy codziennie wieczorem, po łacinie, na melodie gregoriańskie. Przychodzi 5 do 7 osób. Mają półgodzinny kontakt z sacrum. Czasami przychodzi ktoś mi nieznany. Jeżeli taka osoba pojawia się od czasu do czasu, to jest to sygnał, że warto zapytać o imię. Nic więcej na początek. Jeżeli przychodzi dalej, to po jakimś czasie dochodzi do bliższej relacji i czasami rodzi się coś więcej. Chwytają też propozycje wykładów czy konferencji, na które Estończycy lubią przychodzić. Ale nie może to być coś czysto religijnego. Ich interesują tematy z pogranicza teologii, socjologii, psychologii czy historii.

    Kto do was trafia?

    Jest parę nacji, ale najbardziej dynamiczną grupą w Kościele są sami Estończycy – ludzie, którzy odkrywają wiarę od zera. Nie ma innej możliwości, ponieważ nie ma rodzin, które żyłyby wcześniej w tradycji katolickiej i mogłyby wydać pokolenie nowych katolików. Młody Kościół estoński składa się wyłącznie z konwertytów, głównie ludzi młodych. To jest piękne, że oni decydują się na chrzest ze świadomością, że będą podlegać izolacji, także wśród najbliższych. To powoduje, że te relacje we wspólnocie Kościoła są bardziej intensywne, nie tylko formalne. Oni spotykają się po kościele, wspólnie się modlą, trzymają się razem.

    Jakie są wymierne efekty pracy ewangelizacyjnej w Estonii?

    Kościół estoński rośnie, choć nie są to wielkie liczby. Rocznie 20 nowych osób przyjmuje chrzest, do tego 20 osób przychodzi do Kościoła z innych wspólnot chrześcijańskich. Przez 10 lat mojej pracy osobiście przygotowałem do chrztu 15 osób. Błogosławię rocznie dwa śluby. Do I Komunii św. mam dwie lub trzy osoby.

    Przez 10 lat 15 osób? Czy to jest sukces?

    Generalnie nie jest łatwo, ale jednak mimo niekorzystnych warunków Kościół katolicki, jako jedyny, się rozwija. Myślę, że każdy kapłan, który pracował w Estonii, zadawał sobie pytanie: „Czy to ma sens?”. Jednak nie należy tutaj nastawiać się na sukcesy w sensie ilości nawróconych. My jesteśmy po to, żeby Chrystus działał przez nas. To nie my Mu „produkujemy” wiernych, tylko On ich poprzez naszą ułomną posługę do siebie doprowadza. Jeżeli już w kontekście Kościoła mówimy o opłacalności i sukcesie, to zawsze trzeba w to włączyć Pana Boga. Skoro On nie rezygnuje ze swojej obecności poprzez Kościół, to znaczy, że On ma nadzieję. My tu jesteśmy dlatego, że On tu jest. To jest jeden z najbardziej ateistycznych krajów na świecie, więc obecność, nawet śladowa, chrześcijaństwa jest tu bardzo ważna. Są miejsca, gdzie sens bycia Kościoła polega na stopniowym ocieplaniu wizerunku chrześcijaństwa, na wskazywaniu na rzeczy najważniejsze, niekoniecznie na idealnym funkcjonowaniu w wymiarze instytucji.

    Na koniec dotknijmy innego tematu. Z niepokojem patrzymy na wojnę na pograniczu ukraińsko-rosyjskim. W Estonii jedna trzecia ludności to Rosjanie. Czy w kraju czuć obawę przed interwencją ze Wschodu „w obronie ludności rosyjskojęzycznej”?

    – Dominuje ocena zdroworozsądkowa, czyli że wtargnięcie Rosji jest mało możliwe. Wbrew pozorom Rosjanie, choć niezintegrowani z Estończykami, dobrze funkcjonują w tym kraju. Mają w Estonii swój dobrze uporządkowany świat i raczej nie chcieliby, aby to się zmieniło. Wiedzą, że pojawienie się „zielonych ludzików” spowodowałoby dezintegrację tego, co dla nich jest dzisiaj domem. Rosjanie wiedzą, że Putin jest dla nich jakimś argumentem, żeby Estończykom trochę dopiec i powalczyć o swoje, ale im się raczej nie pali do tego, żeby mieszkać w Rosji. Dobra rzecz stała się na początku niepokojów w Donbasie. Intelektualiści rosyjscy w Estonii wystosowali list do Putina, w którym napisali, że nie potrzebują pomocy. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół