• facebook
  • rss
  • Biec, żeby się zatrzymać

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 28/2015

    dodane 09.07.2015 00:00

    Styl życia. Biegają niemal codziennie, niektórzy nawet po tysiąc kilometrów rocznie. Niestraszna im niesprzyjająca pogoda. Wkładają trampki nawet w ulewnym deszczu, czy przy temperaturze minus 15 stopni. Co ciekawe... nie są przez to bardziej zabiegani.

    Każdy chciałby mieć więcej mitochondriów, prawda? Wiadomo, dobra oksydacja to podstawa. Co to są mitochondria? Nie, nie chodzi o połączenie mitomanii z hipochondrią. To komórkowe centra energetyczne, w których zachodzi oksydacja, czyli przemiana wolnych kwasów tłuszczowych wydostających się z adipocytów w energię... czyli spalanie tłuszczów. W czasie systematycznego treningu, np. biegania, ilość mitochondriów w komórkach mięśniowych wzrasta, co usprawnia ten proces, także w spoczynku. Dzięki temu człowiek mniej waży, lepiej się czuje, po prostu jest zdrowszy. Na szczęście samo bieganie jest mniej skomplikowane niż naukowy opis procesu spalania tłuszczów. W dodatku jego efekty nie ograniczają się do zwiększenia ilości mitochondriów czy polepszenia wydajności płuc i serca. Bieganie przede wszystkim pozwala się... zatrzymać.

    Granica

    Czasami można, a nawet powinno się ją przekroczyć. Innym razem trzeba uszanować zamknięty szlaban i znak „stop”. Henryk Chudy ze Sławska k. Sławna przekroczył wiele ludzkich granic, szczególnie tych, które tworzą się w głowie. Na poważnie zaczął biegać 18 lat temu, będąc już po czterdziestce. Przez ten czas przebiegł ponad 140 maratonów, niezliczoną ilość innych dystansów oraz dokonał czegoś, co udało się tylko niespełna 30 Polakom. Ukończył tzw. Spartathlon, czyli jeden z najtrudniejszych biegów świata, z Aten do Sparty, 246 kilometrów w mniej niż 36 godzin. Non stop w biegu, bez spania, najczęściej w morderczym upale. Trudno uwierzyć, że jako uczeń szkoły podstawowej i technikum miał zwolnienie z WF-u z powodu słabego zdrowia. Również Bogdan Szlawski ze Staniewic, członek klubu biegacza „Bryza” działającego przy Centrum Kultury i Sportu w Postominie, udowodnił, że wiek jest często granicą bardziej mentalną niż rzeczywistą. Zaczął biegać tuż przed pięćdziesiątką. – Chciałem sprawdzić samego siebie. Nie sądziłem, że dam radę – mówi. Po niespełna 3 latach biegania, w jeden rok zdobył Koronę Maratonów, czyli ukończył 5 największych tego typu biegów w Polsce: w Dębnie, Krakowie, Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. Okazuje się, że granicą, która powstrzymuje człowieka od wielu aktywności, jest czasami po prostu lenistwo czy brak determinacji. Bieganie pomaga przekroczyć tę granicę. – Ono zmienia głowę. Szczególnie maraton nauczył mnie, że wiele spraw to kwestia chcenia, a nie braku możliwości – przyznaje ks. Łukasz Bikun, duszpasterz akademicki ze Słupska, zapalony biegacz. Biegacze jednak wiedzą to, o czym dzisiaj coraz częściej się zapomina, że natura ma swoje prawa i jej granic przekroczyć się nie da. Jeśli ktoś próbuje, raczej źle kończy. – Jednego Spartathlonu nie ukończyłem. Był tak straszny upał, że nie wystarczało mi picie 2 litrów wody na 5 kilometrów. Poczułem, że jestem przegrzany i musiałem powiedzieć sobie: „wystarczy” – wspomina Henryk Chudy. – Na jednym z ultramaratonów zabrakło mi 15 minut na ostatnim punkcie pomiaru czasu i musiałem zejść. Trasa była bardzo trudna i po prostu nie dałem rady – przyznaje ks. Norbert Kwieciński, wikariusz w Białym Borze, który ukończył 3 maratony i 3 ultra- maratony. – Czasami po prostu nic się nie da zrobić. Złapie skurcz, organizm się zakwasi albo ze zmęczenia przestanie działać układ pokarmowy. Nie ma siły i tyle. Potrzeba pokory – mówi Edyta Szczygielska, 39 lat, przewodnicząca Rady Miasta Sławna. Jako jedna z trzech Polek w historii ukończyła Spartathlon. Jak wspomina, przy pierwszej próbie musiała jednak dać za wygraną... po 150 kilometrach.

    Strategia

    Szczególnie na długich dystansach jest nieodzowna. – Nie można biec za szybko. Tutaj nie ma cudów. Wystarczy 500 metrów niepotrzebnie przyspieszyć i można nie dobiec – mówi Henryk Chudy. – Jeśli bieg jest długi, potrzeba cierpliwości. Nie można „wystrzelać się” na samym początku, bo później nie ma z czego brać – dodaje. Ojciec Rafał Dudek, benedyktyn ze Starego Krakowa, 6 maratonów na koncie, zauważa, że maraton jest doskonałą metaforą życia. Ono jest bowiem takim długodystansowym biegiem, w którym od startu do mety trzeba myśleć, czasem zwalniać, czasem przyspieszać, a nie po prostu biec, ile sił. Jednak dzisiejszy świat pędzi tak, jakby wszystko miało skończyć się zaledwie po 100 metrach. Dlatego być może tak szybko pojawia się zniechęcenie i nuda: w pracy, w zabawie, w związku. – Niektórzy rzeczywiście mają bardziej naturę sprintera niż maratończyka. Są nastawieni na szybki sukces tanim kosztem, albo całe swoje siły życiowe wkładają w jedną rzecz. Osiągają ją, ale pytanie, co potem – mówi zakonnik.

    Czas

    Bieganie, a szczególnie przygotowanie do jakiejś imprezy, uczy go szanować. – Wchodzi się w pewien rytm. Całe życie układa się pod trening. Jeśli człowiek ma w ciągu dnia różne zajęcia, pracuje, wie, że na trening ma czas od – do i jeśli tego nie wykona w tym czasie, to trening ucieka. A zatem to, co zaplanowane, trzeba wykonać. Zaczyna padać, trudno, biegnę. Inaczej czuję, że jestem do tyłu, i słabnę. To wyrabia konsekwencję. Czas nie przecieka między palcami. Niektórzy np. muszą biegać przed pracą, więc wychodzą o 5 rano. Ja zimą biegałem nawet przy minus 15 stopniach – opowiada o. Rafał. Również same biegi, szczególnie te długie, to sporo czasu, który można różnie wykorzystać. Okazuje się, że wyrażenie „w biegu” nie zawsze musi oznaczać „po łebkach”. Wręcz przeciwnie. – Paradoksalnie, bieganie zatrzymuje. Trudno wtedy załatwiać jakieś sprawy. Jest czas pomyśleć – zauważa ks. Łukasz Bikun. „W biegu” może więc oznaczać „na spokojnie”. – Wiele moich pomysłów duszpasterskich zrodziło się podczas biegania – przyznaje o. Rafał Dudek. – Większość moich kazań tworzonych jest, przynajmniej w części, podczas treningów – zdradza ks. Norbert Kwieciński. – Prawie zawsze biegnąc odmawiam Różaniec. Czasami też wykorzystuję bieganie do pracy duszpasterskiej. Jeśli ktoś chce porozmawiać, a wiem, że jest wysportowany, to zapraszam na rozmowę „w biegu” – opowiada ks. Bikun. Edyta Szczygielska, która ukończyła AWF i sportem zajmuje się zawodowo, podpowiada, że bieganie sprzyja rozwiązywaniu trudnych problemów. – To dlatego, że w czasie biegu uwalniają się endorfiny i człowiek staje się bardziej zadowolony, ma bardziej pozytywne nastawienie do życia. Warto więc w czasie biegu pomyśleć o kłopotach.

    Satysfakcja

    Jak przyznają biegacze, uprawianie sportu daje satysfakcję, którą trudno porównać z czymkolwiek innym. – Kiedy po raz pierwszy wystartowałem w „Biegu po plaży” w Jarosławcu, przez połowę drogi zastanawiałem się, po co ja to robię i co mnie podkusiło. Ale satysfakcja na mecie była tak wielka, że wcześniejsze „nigdy więcej” przeszło w „kiedy znowu?” – wspomina Adrian Pawłowski, sołtys z Nosalina, członek postomińskiego klubu „Bryza”. – Na moim pierwszym maratonie na mecie popłynęły mi łzy. W Dębnie na 1,5 km przed metą myślałem, że nie dam rady. Pomyślałem jednak, że jeśli przerwę, to przegram z samym sobą. A dla mnie to właśnie jest najważniejsze. Nie chodzi mi o wyniki, ale o pokonanie własnych słabości. To niesamowita satysfakcja – zapewnia Bogdan Szlawski. Marek Leśniewski, dyrektor Centrum Kultury i Sportu w Postominie nie kryje radości z sukcesu ekipy z klubu „Bryza”, która zwyciężyła w „Biegu katorżnika” w Lublińcu. – Wygraliśmy nawet z drużyną komandosów. Oni okazali się jedynie umięśnieni, ale my byliśmy bardziej wytrzymali – opowiada. Janusz Sowiński, radny w Gminie Postomino, który pięciokrotnie ukończył półmaraton w Berlinie, dodaje: – Trzy dni się choruje, ale następne dni tygodnia człowiek ma niesamowity napęd. Niejednokrotnie wmawiałem sobie, że jestem już za stary, ale kiedy przychodzą zawody, znów mnie to wciąga.

    Bożek

    – Bieganie ma jeden poważny minus. Potrafi uzależnić – zauważa ks. Łukasz Bikun. Rzeczywiście, dzisiaj coraz więcej ludzi biega, uprawia jakiś sport. Jest moda na bycie „fit”. Nie bez przyczyny niedawne otwarcie w Koszalinie sklepu znanej marki z artykułami sportowymi przyciągnęło tłumy, które ledwo pomieściły się na  1,6 tys. m2 powierzchni. Jednak w bieganiu nie chodzi o to, żeby zatrzymać się na nim samym. – Miałem taki moment, w którym bieganie zaczęło mnie uzależniać. Coś takiego można poznać m.in. po tym, że człowiek irytuje się, gdy z jakiejś przyczyny nie może iść pobiegać, jak sobie to wcześniej zaplanował, a także zaczyna kupować niepotrzebne gadżety. Na szczęście, z pomocą Bożą, udało mi się zmienić podejście – dzieli się ks. Bikun. Zdrowy styl życia może nieraz stać się ideologią czy nawet quasi religią, której ktoś podporządkowuje wszystko inne. Cała otoczka związana z bieganiem, czy jakimś innym sportem, staje się swego rodzaju rytuałem, ważniejszym niż rodzina czy praca. Mówi się nawet o zaburzeniu psychicznym zwanym „fitoreksją” czy też „fitnessomanią”. Polega ono na niewłaściwym postrzeganiu własnego ciała. Model „idealnej” sylwetki promowany w mediach wzbudza u niektórych pragnienie osiągnięcia tak wyznaczonego ideału. Takie osoby obsesyjnie dążą do bycia „fit”. Czują przymus uprawiania sportu i ciągle nie są zadowolone z efektów swoich wysiłków. Dlatego niektórzy swojemu bieganiu nadają nieraz głębszy cel. – Zacząłem biegać z troski o zdrowie, a potem zacząłem odkrywać inne rzeczy. Biegałem np. w różnych intencjach. Wysiłek ofiarowywałem w konkretnej sprawie, którą ktoś mi polecił – mówi o. Rafał Dudek. – Spartathlon biegłem w intencji mojego wnuka Mikołaja. Miał poważne problemy zdrowotne. Niesamowita motywacja. Biegłem z jego zdjęciem na plecach. Nazywali mnie przez to „Baby” (czyt. bejbi). Jak przebiegałem, mówili: „O, biegnie Baby” – wspomina z uśmiechem Henryk Chudy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół