• facebook
  • rss
  • Szkoła kojenia cierpienia

    dodane 17.12.2015 00:00

    Trzy dni spędzone w nadmorskich Rowach to nie tylko wykłady o cierpieniu. To przede wszystkim konsultacje z Najlepszym Lekarzem.

    Jedni klęczą na rozłożonych matach, inni siedzą na podłodze lub krzesłach, ktoś stoi. W centrum jest Ten, u którego szukają ratunku i ukojenia. – Nie rozumiem krzyża. Wydawało mi się, że kiedy tu przyjadę, zrozumiem sens cierpienia. A kiedy go zrozumiem, wszystko będzie proste. Boję się, tak jak Ty się bałeś w Ogrójcu, i proszę Ojca, żeby to zabrał ode mnie. Chcę Ci przynieść moje lęki, moją niepewność, mój strach, wszystkie moje rany. Ty się nie brzydzisz nimi, bo znasz to z drogi krzyżowej: strach, zawstydzenie, ból – ks. Wacław ściszonym głosem prowadzi medytację. Ktoś zamyka oczy, ktoś ociera łzy. Śpiew kanonów wychwalających Boga przeplata się z prośbami. Adorujący Najświętszy Sakrament nie tylko proszą. Dziękują za wszystko, także za ból, cierpienie i niemoc. Za wszystko to, z czym przyjechali na warsztaty.

    Integralność

    Lista chętnych do rozmowy się wydłuża. Przy kolacji Joasia Kasperek, psychiatra i psychoterapeuta, już wie, że konsultacje będą się ciągnąć długo w nocy. Drzwi s. Sary także długo nie będą się zamykać, a i ks. Wacław w pokoju zamienionym w konfesjonał będzie miał co robić. Taka jest idea warsztatów, które po raz drugi zorganizowała słupska Fundacja „Przyjaciele Życia”. Pomysł narodził się w gabinecie Joasi. – Chodziło mi o to, żeby nie „szatkować” człowieka, odnaleźć go równocześnie w biologii, psychologii i duchowości. Ksiądz czy siostra zakonna zwykle zajmują się stroną duchową, ja, jako lekarz, jestem skazana w gabinecie na zajmowanie się stroną biologiczną i psychologiczną. Tymczasem często cierpienie ciała wiąże się z cierpieniem duszy, a cierpienie duszy daje objawy fizyczne – wyjaśnia Joanna Kasperek. – Tworzymy bezpieczne warunki. Osoby, które cierpią biologicznie, mogą się otworzyć, porozmawiać. Czasami trzeba dać tabletkę, a czasami wystarczy dać czas – dodaje. Integralność fizyczno-duchową człowieka podkreślają też ci, którzy specjalizują się w pomocy duszy ludzkiej. – Często odsyłam ludzi do specjalistów, bo potrzebują wsparcia farmakologicznego, potrzebują terapii – mówi s. Sara ze Wspólnoty Sióstr Uczennic Krzyża, która współprowadziła warsztaty.

    Ramię Boga

    – Jesteśmy gotowi słuchać, i to okazuje się najważniejsze. Nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania, zwłaszcza kiedy dotyczą cierpienia. Czasami przychodzi światło od Pana Boga i jedno wypowiedziane zdanie może pomóc, pokrzepić, ale czasami daje się człowiekowi bezpieczną przestrzeń, żeby powiedział, co go boli, i to jest najważniejsze – zauważa s. Sara. Basia przyjechała po umocnienie. Od ponad dwóch lat całą rodziną walczą z depresją męża. – Szukamy pomocy lekarzy, ale szukamy też pokrzepienia i sił u Pana Boga na różnych rekolekcjach – opowiada. W warsztatach biorą udział po raz drugi. Chociaż depresja jest dzisiaj chorobą społeczną, brakuje fachowej literatury na temat członków rodziny dotkniętego tą chorobą. – Czasami zupełnie nie wiem, co robić: być stanowczą czy ustępować, zmuszać czy odpuszczać. Działam intuicyjnie. Kiedyś bardzo się bałam o to, czy mąż wstanie do pracy, czy będzie normalnie funkcjonował. Teraz też się boję, ale mam zaufanie do Pana Boga. Wierzymy, że to tylko jakiś etap, który musimy przejść – mówi kobieta. – Jedno z pierwszych pytań, które tu padały, dotyczyło tego, jak Pan Bóg, który jest samą miłością, może dopuścić, żeby człowiek cierpiał. Otóż zło nie pochodzi od Boga, jest konsekwencją grzechu pierworodnego i poszczególnych wyborów człowieka. Ale nawet najbardziej poraniony człowiek ma otwartą drogę do Bożego miłosierdzia – mówi ks. Grądalski.

    Pod znakiem nadziei

    Dlatego trzy dni spędzone w ośrodku rekolekcyjnym w nadmorskich Rowach przepełnione są nie tylko wykładami, zajęciami praktycznymi i rozmowami. Jak mówi Joasia, to przede wszystkim konsultacje z Najlepszym Lekarzem. Spotkania podczas Mszy św., adoracji Najświętszego Sakramentu, lektury słowa Bożego. – Wiem, że cierpienia i krzyża nie można odrzucać, chociaż czasami po ludzku się buntuję. Nawet jeśli nie usłyszę odpowiedzi na swoje pytania, wrócę mocniejsza – mówi Basia. Siostra Sara prowadzi ludzi pod krzyż. – To znak nadziei, nie narzędzie śmierci. Podpowiadamy, że Bóg jest w stanie przenieść ich przez cierpienie. Że jest Bogiem bliskim, czułym i kochającym: nie oszczędził nawet Syna – mówi uczennica krzyża. – Bóg nie mówi: „Zabiorę wam cierpienie”. Mówi za to: „Przyjdźcie, utrudzeni, a Ja was pokrzepię, dam siłę, żebyście mogli przez to przejść”. Dostaliśmy obietnicę, że u Boga nie będzie już cierpienia ani lęku – mówi ks. Wacław. – Językiem cierpienia możemy wypowiedzieć miłość. Nawet najgorsza bieda ludzka dotknięta sercem Boga staje się nadzieją. Zatrzymując się na Wielkim Piątku, nie przekazujemy całego orędzia Bożego. Chrześcijaństwo nie kończy się na Golgocie, tylko na pustym grobie – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół