• facebook
  • rss
  • Nie zmniejszam zła, powiększam dobro

    dodane 16.06.2016 00:00

    O darze niepełnosprawności, granicach miłosierdzia oraz o wierze w Boga, który dopuszcza cierpienie z Janiną Ochojską, założycielką Polskiej Akcji Humanitarnej rozmawiają Alicja Górska i ks. Wojciech Parfianowicz.

    Ks. Wojciech Parfianowicz: Kule, których Pani używa, to nie to samo co kijki do nordic-walkingu. Jednak to świat ludzi zdrowych i wysportowanych jest często bardziej unieruchomiony od Pani. Co sprawia, że mimo kłopotów z chodzeniem, potrafi Pani biec w stronę człowieka, który woła o pomoc?

    Janina Ochojska: To potrzeba serca, ale i rozumu. Ja po prostu nie zgadzam się z tym, że co kilka sekund na ziemi umiera człowiek z głodu, że miliard ludzi nie ma dostępu do wody pitnej. To budzi mój głęboki sprzeciw. Coś trzeba z tym zrobić.

    Alicja Górska: Zdarza się jednak, że w trudnym doświadczeniu choroby popadamy nawet w depresję, zadajemy pytanie: „Dlaczego ja?”. Pani w ośrodku w Świebodzinie usłyszała odpowiedź: „A dlaczego nie?” To pomogło Pani wyzwolić się z uczucia krzywdy, rozżalenia?

    Dyrektor Wierusz powtarzał, że nam dano, a nie odebrano, że niepełnosprawność jest darem. Wtedy tego do końca nie rozumiałam, ale tak głęboko to we mnie utkwiło, że zmieniło moje życie. Zaakceptowałam niepełnosprawność w taki sposób, że ona stała się moją siłą. Wyrastałam w poczuciu, że mogę wszystko i tylko ode mnie zależy, co będę robić, a niepełnosprawność nie ma z tym nic wspólnego.

    W.P.: Gdyby stanęła Pani przed Bogiem, a On zaproponowałby: „Mogę Cię natychmiast i całkowicie uzdrowić”, powiedziałaby Pani: „Tak, proszę!”, czy raczej: „Niech zostanie tak, jak jest?”

    Niepełnosprawność jest częścią mojego życia. Ja nie zamieniłabym tego życia na żadne inne. Nie chciałabym być uzdrowiona. Fakt, chciałabym trochę lepiej chodzić, bo chętnie pojechałabym jeszcze do Sudanu, Somalii, Nepalu, czy Syrii, gdzie prowadzimy misje. Myślę, że moim życiem udowodniłam, że to rzeczywiście jest dar. Ja mam naprawdę ciekawe, wspaniałe życie, które jest potrzebne innym. Co ja tam będę Pana Boga prosiła o zdrowie. Są inne rzeczy, które są ważniejsze.

    W.P.: No właśnie, są rzeczy ważniejsze niż zdrowie, ale wielu ludziom choroba zasłania wszystko inne. Co u Pani w życiu jest większe niż choroba, że pomimo niej, jest Pani szczęśliwa?

    Niepełnosprawność na pewno nie jest niczym przyjemnym. To nie jest łatwe doświadczenie. Jednak większy od niej jest Pan Bóg. On wcale nie chciał, żebym ja cierpiała. On w ogóle nie chce, żebyśmy cierpieli. Bóg chce, żebyśmy kochali. Cierpienie po prostu jest i każdy w jakiś sposób go doświadcza. Ale ono nie sprawia, że nie możemy kochać. Nic nie przeszkadza w tym, żeby kochać innych ludzi. Ważne, aby wiedzieć, że każde cierpienie może stać się czymś twórczym. Można je przerobić na coś pozytywnego.

    A.G.: W książce „Niebo to inni” mówi Pani, że własne cierpienie pozwoliło Pani zrozumieć wybór, którego dokonał Bóg. Czy cierpienie pomaga lepiej poznać Boga?

    Tak. Leżąc w łóżku po operacjach, miałam wiele czasu na rozmyślanie. Bóg stał mi się bliższy. Jest dla mnie codziennością, kimś dobrym. Niektórzy pytają, jak to jest, że Bóg pozwala, aby ludzie ginęli na wojnie. To nie Pan Bóg zabija tych ludzi, tylko my, albo bezpośrednio, albo naszą obojętnością.

    W.P.: Misją Polskiej Akcji Humanitarnej jest „czynienie świata lepszym przez zmniejszanie cierpienia”. Jednak ciągle przybywa ludzi, którzy cierpią. Nadal wybuchają nowe wojny, wciąż jest wielka niesprawiedliwość w dostępie do podstawowych dóbr. Jak rozumie Pani efektywność tego, co Pani robi?

    Chodzi o zmniejszanie cierpienia poprzez powiększanie dobra. Wierzę w to, że naszymi dobrymi uczynkami powiększamy dobro w świecie. Nawet nie chcę zajmować się złem i je zmieniać. Złem zajmują się ludzie, którzy je czynią i pewnie będą to dalej robić. Ja chcę powiększać dobro. Każdy uratowany człowiek, każdy kanister wody, to jest coś, co ratuje życie ludzkie. Odbudowujemy szkoły, wspieramy rolnictwo, prowadzimy programy żywnościowe, dzięki czemu dzieci mają szansę rozwoju. Nie jesteśmy w stanie zapobiec kolejnym wojnom, to raczej sprawa polityków. Jednak prawdziwym miłosierdziem jesteśmy w stanie zmieniać świat. Zło jest tylko bardziej widoczne, ale więcej jest dobra. Jestem o tym przekonana. Gdyby dało się to jakoś policzyć, to byśmy to zobaczyli.

    A.G.: Pomagając w Korei Północnej oskarżani byliście, że w ten sposób wspieracie tamtejszy reżim. Podobnie w czasie wojny na Bałkanach – byliście krytykowani za niesienie pomocy obu stronom. Niektórzy mówili, że niepotrzebnie przekroczyliście granicę serbską i pojechaliście do Belgradu. Czy są jakiekolwiek granice pomagania?

    Nie ma granic dla miłosierdzia. Doświadczyłam tego na Bałkanach, kiedy pomagaliśmy i Chorwatom, i w Kosowie, w Bośni, i w Serbii. Pojechaliśmy do obozu, gdzie mieszkali uchodźcy serbscy, którzy uciekli z Bośni. Ci ludzie wcale nie chcieli tej wojny i też byli jej ofiarami. Byłam w szpitalu onkologicznym, w którym dzieci nie dostawały leków i nie mogły być leczone, bo na te leki było embargo. Nie można komuś odmówić leczenia tylko dlatego, że władze jego kraju zdecydowały się zaanektować Bośnię. Kim są nasi wrogowie? Komu byśmy mieli nie pomagać, bo zadecydowalibyśmy, że jego życie nie jest warte uratowania? Ja takich sytuacji nie widzę. Każdy człowiek, nawet ten, który źle czyni, jest człowiekiem. Wierząc w dobroć Pana Boga, wierzę też w to, że zbawienie jest dla wszystkich. Oczywiście nie możemy pomóc wszystkim, ale to zależy tylko od środków i fizycznych możliwości. To jedyne granice.

    W.P.: Mówimy o pomaganiu w Sudanie, Somalii, Syrii, czyli daleko. Ktoś powie: „A co mnie to obchodzi? Ja mam tutaj moją sąsiadkę, która nie ma co jeść na Wigilię, dzieci w polskich szkołach są niedożywione”.

    W Polsce nasze problemy możemy rozwiązać sami. Jest u nas ok. 50 tys. organizacji pomocowych. Zadam też pytanie: „Co Ty zrobiłeś, żeby te dzieci nie były niedożywione, a sąsiadka miała co jeść?”. Co innego np. w Sudanie, gdzie jest problem z wodą. Ludzie mi nieraz mówią: „A czemu ci Murzyni sobie sami tych studni nie wykopią?”. Bo ich nie można wykopać. Je trzeba wiercić specjalistycznym, ciężkim sprzętem, w terenie, gdzie nie ma dróg, nie ma prądu, nie ma paliwa. Wszystko trzeba dowieźć. Studnia ma głębokość do 100 metrów. Sudańczycy, którzy nie znają elektryczności, nie mogą dokopać się do tej wody. Wywiercenie im studni zmienia całe ich życie. Co mnie obchodzi Sudan Południowy? Jeśli my nic nie zrobimy, ci ludzie w końcu przyjdą do nas. Dajmy im szansę na rozwój. To nasz obowiązek.

    A.G.: Porozmawiajmy o kryzysie migracyjnym w Europie. Setki tysięcy ludzi opuściło swoje domy, uciekając przed wojną, ale także po prostu przed biedą. Co możemy dla nich zrobić? Czego nie możemy? Czy jest coś, czego nie powinniśmy robić?

    Pytanie, co chcemy zrobić? Czy jesteśmy gotowi na to, aby przyjąć do siebie ludzi z innego kraju, z innej kultury? Czy nas stać, to inna sprawa, ale uważam, że potencjał Polaków jest duży. Jestem przekonana, że gdyby w jakiejś parafii, czy gminie znalazła się rodzina uchodźcza, to znaleźliby się też ludzie, którzy gotowi byliby pomóc. Problem w tym, czy będziemy słuchali polityków, czy własnego sumienia, które, jeśli mienimy się katolikami, nakazuje nam pomóc każdemu, kto tej pomocy potrzebuje. Zdaję sobie sprawę z tego, że zwłaszcza kultura islamu budzi lęk. I to mnie nie dziwi, ponieważ my o islamie niewiele wiemy i znamy go przez stereotypy. Większość krajów, w których pomagaliśmy jako PAH, to były kraje muzułmańskie. Znam bardzo wielu muzułmanów i nigdy nie spotkała mnie od nich żadna krzywda. Przez Polskę od lat 90 przeszło 85 tys. uchodźców z Czeczenii? Czy coś się stało? Czy ktoś z Państwa ich w ogóle spotkał?

    W.P.: Myślę, że nie ma problemów, jeśli chodzi o pomoc uchodźcom tam na miejscu. Ludzie boją się raczej ich przyjazdu do Polski.

    Weźmy np. Syrię. Są ludzie, którzy są zdecydowani, aby tam zostać. Jestem przekonana o tym, że zwiększenie pomocy dla tego kraju sprawi, że będzie ich jeszcze więcej. To nie jest tak, że z kraju, w którym toczy się wojna, wszyscy uciekają. Ale są ci, którzy już dotarli do Europy. Zakończenie wojny to sprawa polityków. My mamy ratować życie ludzkie. Część z tych ludzi może przetrwać wojnę u nas. Możemy im stworzyć takie warunki. Każda rodzina przyjęta otwarcie, nie wierzę, żeby odpłaciła się złem. Musimy jednak pamiętać, że przyjmowanie uchodźców to nie jest łatwa sprawa. Ludzie, którzy przyjeżdżają, nie znają języka, są może wyznawcami innej religii, przeszli traumy, o których my już nie pamiętamy. W Polsce jest tak, że oni potem czekają w obozie przez kilka lat na otrzymanie statusu uchodźcy, całkowicie oddzieleni od społeczeństwa. Dostają parę groszy, ich dzieci mogą się uczyć, ale w jakiś sposób są ubezwłasnowolnieni. Dwa tygodnie po otrzymaniu statusu mają opuścić obóz, znaleźć pracę i jakoś żyć. Witamy w Polsce. W takiej sytuacji w człowieku rodzi się bunt. A zatem to, w jaki sposób ich przyjmiemy, jest ważne.

    A.G.: Na wojnie jest się świadkiem złamanego człowieczeństwa ale i wielkiego heroizmu, kiedy ktoś z narażeniem życia ratuje innych. Czego dowiedziała się Pani o sobie w obliczu ekstremalnych doświadczeń?

    Nauczyłam się tego, że strach wcale nie jest czymś złym, tylko nie może nas paraliżować. Jadąc na tereny, gdzie toczy się wojna, należy się bać. Trzeba mieć wyobraźnię, bo wielu rzeczom można zapobiec. Nauczyłam się też tego, że ludzie na wojnie nie chcą całkowicie rezygnować z życia. Podczas konfliktu izraelsko-libańskiego w jednym ze schronów trafiłam np. na ślub. Ludzie zawsze mają nadzieję na normalne życie, na to, że wojna się skończy i że świat coś zrobi. Świat, to znaczy kto? Najważniejszym doświadczeniem dla mnie jest to, że pojedynczy człowiek może zrobić bardzo wiele, a robiąc coś razem, można jeszcze więcej. •

    «« | « | 1 | » | »»

    oceń artykuł

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół