• facebook
  • rss
  • Ćwierć wieku owocowania

    Karolina Pawłowska

    |

    Koszalińsko-Kołobrz. 43/2016

    dodane 20.10.2016 00:00

    Od 25 lat nieprzerwanie realizują w praktyce wizję ks. Franciszka Blachnickiego. Kilka wychowanych na niej pokoleń szczecineckich parafian może śmiało powiedzieć: „To działa!”.

    Pod koniec listopada wspólnota działająca w Szczecinku obchodzić będzie hucznie swój jubileusz.

    Fundamenty

    – Uczyłam się oazy w działaniu, nie byłam wcześniej w Ruchu. To było dla mnie coś zupełnie nowego – śmieje się Irena Hanus, jedna z pierwszych oazowiczek w szczecineckiej parafii mariackiej. Dla świeżo upieczonych członków Ruchu Światło–Życie była już nieco starszą koleżanką, kończyła studia teologiczne. Zachwyciła się wizją zaproponowaną przez ks. Franciszka Blachnickiego. – To formacja dbająca o rozwój całego człowieka, sprawdza się w szerokim, ogólnoludzkim wymiarze – mówi. Pani Irena, katechetka z wieloletnim doświadczeniem pedagogicznym, nie ma wątpliwości, że oazowe wychowanie owocuje odpowiedzialnymi parafianami. – Nie trzeba ich wyciągać z kościelnych ławek na siłę. Nawet jeśli na stałe nie posługują w parafii w jakiejś formie, to zawsze potrafią się znaleźć na miejscu, kiedy potrzeba coś przeczytać, coś poprowadzić, pomóc – przyznaje. – A nawet jeśli ktoś gdzieś po drodze się pogubił, to dzięki tamtej formacji łatwiej mu wrócić. Jak się wszystko posypie, to zostaje przecież dobry fundament, na którym można zaczynać od nowa – dodaje. Z Joanną Łangowską o fundamentach można rozmawiać. Pani inżynier doskonale wie, jak są ważne, żeby zbudować coś trwałego. – Nie wiem, kim bym była dzisiaj, gdybym nie trafiła do oazy – mówi bez wahania oazowiczka z „pierwszego składu”. – Chodziłam do liceum na drugim końcu miasta i pamiętam, że u oo. redemptorystów była już silna oaza. Bardzo mi się podobała, więc nie trzeba było mnie zachęcać – wspomina. Ruch Światło–Życie był dla niej zachwycającym odkryciem. – I dał mi coś trwałego, na czym mogłam się oprzeć później, na studiach, w nowym środowisku, wśród innych ludzi – opowiada pani Asia. Dał także przekonanie, że spoczywa na niej odpowiedzialność za wspólnotę, której jest częścią. Bez jej czujnego inżynierskiego spojrzenia nie odbędzie się w kościele parafialnym żaden remont. – Skoro Pan Bóg wyposażył mnie w jakieś talenty, pozwolił zdobyć wiedzę, to naturalne jest, że powinnam się tym teraz dzielić. Zresztą mam poczucie, że ja to robię przede wszystkim dla siebie: przecież to moja parafia, która mnie ukształtowała – wyjaśnia prosto, jak przystało na umysł ścisły.

    Wspólnota

    Jarosław Biernacki próbuje ustalić, który to był rok, gdy zaczęła się jego oazowa przygoda. – Może 1993, a może 1994? – zastanawia się szperając w pamięci. Doskonale pamięta za to, co go pociągnęło: doświadczenie wspólnoty. – Byłem wierzącym nastolatkiem, otrzymałem wiarę w domu rodzinnym i odczytuję to jako łaskę, że udało mi się ją pielęgnować, ale bardzo ważne było dla mnie poczucie, że na tej drodze nie jestem sam – wspomina pierwsze rekolekcje oazowe w Lipiu. – Tu miałem obok siebie ludzi myślących podobnie, mieli podobne wartości, chcieli żyć w podobny sposób. To dla nastolatka bardzo ważne. Kiedy świat wciska nam kicz, tacy ludzie pomagają podejmować dobre decyzje – przyznaje. Studia i szukanie drogi powołania życiowego pognały go w świat. Ale o Ruchu Światło–Życie nie zapomniał. Wrócił do niego razem z żoną – także wychowanką szczecineckiej oazy. – Wspólnota Domowego Kościoła pomaga nam budować rodzinę na Panu Bogu, pomaga wychowywać dzieci i znów daje poczucie, że nie jesteśmy sami. Życie rodzinne to inne problemy i decyzje niż te, które ma nastolatek, ale i dorosłym potrzeba wzajemnego wsparcia – mówi o tej gałęzi ruchu. Patrząc wstecz, nie ma wątpliwości, że oaza dała im mocne fundamenty. – Bo to formacja, która dąży do diakonii, do służby wspólnocie – mówi pan Jarek, dzisiaj akolita i lektor w parafii mariackiej. Razem z żoną są także świeżo upieczonymi doradcami życia rodzinnego. – Podjęcie decyzji o robieniu czegoś konkretnego dla wspólnoty jest naturalną konsekwencją tej formacji. Oaza przygotowała grunt, rozbudziła świadomość, że nie wystarczy przychodzić co niedziela do kościoła. Nie można się też zamykać w swojej wspólnocie, trzeba wychodzić na zewnątrz i poczuć odpowiedzialność za Kościół: nie tylko za sąsiadów z kościelnej ławki, ale też za tych, których w tych ławkach brakuje – przyznaje.

    Powołani

    Ćwierć wieku to efekt pracy kolejnych duszpasterzy zajmujących się wspólnotą, kilka pokoleń młodych ludzi formowanych w tym duchu i wypuszczanych w świat. Miała swoje wzloty i upadki, ale jest bodajże najdłużej nieprzerwanie działającą oazą parafialną. – Może któraś zakonna jest starsza, ale prowadzona przez księży diecezjalnych to chyba rekordzistka – zastanawia się ks. Dawid Hamrol, od dwóch miesięcy moderator diecezjalny Ruchu Światło–Życie, ale i jeden z duszpasterzy, który dołożył swoje 5 groszy do szczecineckiej oazy. Przeżywającej zapaść wspólnocie potrzebna była szybka reanimacja. Oaza odżyła, co wcale nie znaczy, że wypłynęła na spokojne wody. – Zależało mi na tym, żeby popchnąć ich do samodzielności. Przychodzimy na spotkanie i co? Będziemy siedzieć i grać na gitarze? Tyle czasu trwa już formacja, a jak trzeba poprowadzić modlitwę, to nie ma komu, bo się wstydzą? – wspomina ostatni rok swojego duszpasterzowania w Szczecinku. Sprawa stanęła na ostrzu noża. – Trochę niemrawo nam to wszystko szło. Jako opis na Gadu-Gadu ksiądz zostawił nam wiadomość: Iz 5. Pieśń o winnicy. Podziałało jak kubeł zimnej wody. W końcu opracowaliśmy system czterotygodniowych spotkań: spotkanie organizacyjne, tematyczne, adoracja i pogodny wieczór – opowiada ks. Wojciech Pawlak, neoprezbiter. Ks. Wojtek to najświeższe, chociaż nie jedyne powołanie, które wyrosło ze szczecineckiej oazy. Zaczęło się od dorocznej Diecezjalnej Pielgrzymki Ruchu, na którą pojechał, choć nie był w oazie. – W autobusie, w drodze powrotnej zapytałem: „ksiądz, to kiedy jest ta oaza, bo może bym przyszedł?”– opowiada. – Ludzie byli fajni, ksiądz nie najgorszy, więc zostałem, ale dużo to ja wtedy nie rozumiałem. Pamiętam pierwszą „imprezę” w parafii, deuterokatechumenat. Patrzyłem na tych ludzi i nadziwić się nie mogłem, z czego oni się tak cieszą? Gdzie ja trafiłem? Po jakimś czasie w oazie zrozumiałem ich radość – wspomina. Dwa i pół roku wystarczyło, żeby wsiąknął bez reszty. – A pamiętasz, jak poprosiłem, żebyś wytłumaczył jednej dziewczynie, o co chodzi z oazą? To już tak byłeś zaangażowany, że rąk ci nie starczało, żeby wszystko opowiedzieć – przypomina ze śmiechem ks. Dawid. Do „trudnych chwil” w Szczecinku też wraca z uśmiechem. – Najfajniejsze było to, że przyszli z planem i mówią: „tu ksiądz nie musi, tu też nie, a tu księdza potrzebujemy, żeby nam wystawić Pana Jezusa. I jeszcze tutaj dobrze, żeby ksiądz był na spotkaniu dogmatycznym, żebyśmy wiedzieli, czy nie gadamy jakichś głupot”. Odetchnąłem z ulgą: stanęli na własnych nogach – dodaje.

    Dla wspólnoty

    – Oaza ma być taką wspólnotą, która formuje dla wspólnoty. Jest mocno ukierunkowana na parafię. Czasami ta droga, którą ks. Blachnicki pod natchnieniem Ducha Świętego opisał, wydaje się nie do zrealizowania: ciężko osiągnąć wspólnotę wspólnot. Ale Ruch Światło–Życie spełnia doskonale swoją rolę. Bo może i nie wszyscy dochodzą do końca, przerywają formację, nie wszyscy angażują się w życie parafii tak, jak by się chciało, ale mają świadomość bycia wspólnotą – mówi ks. Jacek Lewiński, proboszcz szczecineckiej parafii pw. Narodzenia NMP. Ze śmiechem przyznaje, że ma niecodzienne szczęście: może zbierać owoce tego, co zasiał. I zaczynać sianie od nowa. Do szczecineckiej wspólnoty trafił najpierw jako neoprezbiter i przez dwa lata prowadził tutejszą oazę założoną przez poprzednika, ks. Jacka Pawelczyka. – Zajmowanie się oazą było dla mnie czymś zupełnie naturalnym, bo sam przeszedłem tę formację. Nie opowiadałem o teorii, ale dzieliłem się doświadczeniem. Mówiłem młodym, że to bezpieczna droga do życia i do zbawienia – przyznaje. – Wracam po 20 latach do parafii i widzę tych ludzi w kościele: a to jako szafarza komunii świętej, a to kogoś, kto służy swoimi umiejętnościami. Co daje oaza? To, że kiedy trzeba wysłać kogoś na synod diecezjalny, to nie ma problemu ze znalezieniem ludzi czujących Kościół, świadomych przeżywanej wspólnoty i chcących ją budować – dodaje duszpasterz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół