• facebook
  • rss
  • Żurek z miłością

    dodane 20.04.2017 00:00

    4 tys. jajek, 150 kg ciasta, 60 kg wędlin, 20 wiaderek sałatek i nieprzeliczona ilość serca włożonego w przygotowania.

    Tu liczy się nie tylko ciepły posiłek. Równie ważne jest miłosierdzie, z którym jest serwowany.

    Miejsce dla każdego

    Pani Alina, chociaż mieszka w pobliżu, przyszła na caritasowskie śniadanie wielkanocne po raz pierwszy. – Do tej pory było mnie stać, żeby nie przychodzić. Teraz trudniej mi się żyje. To ciężki rok. Nie mam ani gazu, ani światła, czekam na pieniądze, żeby za nie zapłacić – mówi. Pan Jan pojawiał się już wcześniej. – Miło, ciepło, karmią i nie każą nic robić, to co miałem nie przyjść – śmieje się. I chwali ciepły żurek. – Taki domowy, jak trzeba – z aprobatą kiwa głową. – Na bogato – dodaje jego sąsiadka, pani Basia. – Jestem samotną wdową. Nie mam już nikogo. Korzystam z każdej okazji, żeby wyjść z domu, do ludzi. Święta też spędzam sama, więc cieszę się, że mogę tutaj chociaż trochę rodzinnego klimatu poczuć – opowiada o sobie. Pani Joanna przyszła z wnuczkiem. – Trochę się wstydziłam na początku, że to „śniadanie dla biednych”. Ale mnie się nie przelewa, córce też, a przecież nie przestaliśmy być ludźmi od tej biedy.

    A tutaj nikt nikogo nie traktuje jak kogoś gorszego. Przeciwnie. Siadamy obok siebie, składamy sobie świąteczne życzenia – wyjaśnia z prostotą. Po raz 11. Caritas słupskiej parafii pw. św. Jacka zaprosiła osoby samotne, starsze lub ubogie na spotkanie przy wielkanocnym stole. Zasiadło przy nim niemal 800 osób. To zdecydowanie mniej niż w poprzednich latach, gdy liczba biesiadników sięgała 1,5 tys. Ale spadek liczby gości zdecydowanie nie martwi organizatorki świątecznych spotkań przy stole. – Chyba żyje się ludziom trochę lepiej. Wcześniej przychodziły całe rodziny. Odkąd jest program 500 Plus, jest ich mniej. Ale przychodzi za to więcej osób starszych i samotnych. Cieszę się, że możemy je wyciągnąć z domu, bo dla wielu z nich to jedna z nielicznych okazji, żeby pobyć z ludźmi – mówi Lidia Matuszewska, szefowa parafialnego zespołu charytatywnego u św. Jacka, a zarazem serce i mózg przedsięwzięcia. Mimo że przemieszczając się, potrzebuje pomocy kul, trudno za nią nadążyć. Wita gości w progach Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego, z każdym zamieni choć słowo i wszystkiego dogląda.

    Obdarować sercem

    Między stołami uwijają się wolontariusze w „firmowych” koszulkach. To uczniowie słupskiego mechanika. – Nikogo nie trzeba było namawiać, wystarczyło hasło na Facebooku i zgłosiło się ponad 25 osób. Nikomu nie szkoda było soboty. To świetnie, że możemy sprawić komuś radość – mówi w imieniu kolegów i koleżanek ze szkoły Kamil Płatek. Mnóstwo serca w przygotowanie śniadania włożyli też gospodarze, czyli podopieczni Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego. Młodsi przygotowali wcześniej świąteczne dekoracje, starsi, z zawodówki, uwijają się w kuchni. – Nasi uczniowie nie mogą się doczekać kolejnych spotkań caritasowskich! Sami potrzebują pomocy, dlatego wiedzą, jak jest ona ważna i chcą dawać ją innym – przyznaje Małgorzata Skóra, dyrektor placówki. Są jeszcze sponsorzy i darczyńcy, bez których niemożliwe byłoby zaproszenie tylu gości. Ilość włożonego serca przekłada się na atmosferę. Goście podkreślają, że ważniejsza od serwowanych potraw jest możliwość spędzenia wspólnie czasu z innymi ludźmi. – Wszyscy ci ludzie to moja rodzina. Dlatego nie rozdaję „karteczek” z przydziałem, tylko zaproszenia na śniadanie. Gospodyni przecież zaprasza gości do domu. To są moi goście. Męczące? Bardzo. Ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Skrzydeł dodaje mi każdy, kogo można obdarować sercem – dodaje Lidia Matuszewska.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół