Nowy numer 47/2020 Archiwum

Ta historia zdarzyła się naprawdę

Do Bobolic oddział ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego” wjechał ze śpiewem „Katiuszy” na ustach. Wojsko niepodległościowego podziemia znowu dokonało brawurowej akcji na ulicy Pocztowej.

Wszystko za sprawą rekonstruktorów, którzy przypomnieli mieszkańcom miasteczka o wydarzeniach sprzed 68 lat.

Aktywne podziemie

Najbardziej znaną organizacją działającą w miasteczku był Bojowy Oddział Armii pod dowództwem Stefana Pabisia. Około 20-osobowa grupa pod przykrywką Spółdzielni Robotniczej działającej na ul. Spichrzowej 2 przeprowadzała w Bobolicach i okolicznych miejscowościach do maja 1946 roku brawurowe akcje. Także i później działały tu liczne organizacje antykomunistyczne. Pasjonaci historii z koszalińskiej Grupy Rekonstrukcji Historycznej „Gryf”, Stowarzyszenie Grupa Działań Lokalnych „Godzisław” oraz Instytut Pamięci Narodowej postanowili opowiedzieć o tym na nowo. – Starsi mieszkańcy wiedzą i znają przynajmniej pobieżnie te historie. Próbowaliśmy więc dotrzeć do nieco młodszych boboliczan. Od jesieni ubiegłego roku trwały żywe lekcje historii w szkołach, odbyła się też prelekcja dla mieszkańców, wprowadzająca w te wydarzenia. Mam nadzieję, że to jest też działanie, które pomoże mieszkańcom się integrować, sięgać do korzeni, szukać historii miejsca, z którego pochodzimy – wyjaśnia Mieczysława Brzoza, burmistrz Bobolic.

Historia na ulicach

Odwet za rozbicie bobolickiej struktury Bojowego Oddziału Armii wziął ppor. Zdzisław Badocha „Żelazny”. Akcja jego szwadronu żywcem przypomina scenę z filmu „Pułkownik Kwiatkowski”: Badocha podjeżdża pod posterunek milicji. Mówi, że jest wysłannikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z Warszawy. Jego ludzie bez jednego strzału rozbrajają obsadę posterunku. Ten sam fortel powtarza 200 m dalej w placówce Urzędu Bezpieczeństwa. – O tym, co się wtedy działo w Bobolicach przez lata krążyły rozmaite opowieści. We wspomnieniach urastały do rangi legendy: opowiadano o strzelaninie, o potężnej sile ognia, niemalże dywizji przeprowadzającej akcję. Tak naprawdę było to 12 ludzi. Dzięki brawurze i sprytowi „Żelaznego” udało się ją przeprowadzić bez jednego wystrzału – opowiada Marcin Maślanka z GRH „Gryf”, który reżyserował inscenizację. Przygotowanie do inscenizacji poprzedzone było zbieraniem materiałów, by jak najwierniej opowiedzieć o tym, co się zdarzyło. – Niestety, nie udało nam się dotrzeć do bezpośrednich świadków. Zarówno partyzanci, jak i milicjanci już nie żyją. Pracowaliśmy jednak w terenie: lokalizowaliśmy ulice, budynki, okoliczne miejscowości. Przeczytałem około 2 tys. stron akt Urzędu Bezpieczeństwa. Na tej podstawie odwzorowywaliśmy wydarzenia i dialogi, które padały między uczestnikami zdarzeń – wyjaśnia. Sam wcielił się w legendarnego ppor. Badochę, co, jak mówi, jest dla niego sporym wyróżnieniem. – Od pewnego czasu zbieram informacje związane z „Żelaznym”. Wiemy, że był świetnym dowódcą, ale mnie interesowało, jakim był człowiekiem. Mam też kontakt z jego rodziną, informowałem ich o tej akcji. Niestety przyjechać z Dąbrowy Górniczej nie mogli, natomiast bardzo nam kibicują, wspierają i bardzo się cieszą, że po tylu latach przywraca się prawdę – przyznaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama