Nowy numer 42/2020 Archiwum

Prowokacja

Już dawno nie było takiego roku, w którym zbiegłoby się tyle ważnych wydarzeń. O prowokacji miłosierdzia, grzebaniu w księgach metrykalnych i kościelnym nasłuchu z bp. Edwardem Dajczakiem na progu nowego roku rozmawia ks. Wojciech Parfianowicz.

Ks. Wojciech Parfianowicz: Otworzyliśmy Drzwi Święte, rozpoczęliśmy Rok Miłosierdzia. Czym on jest dla Kościoła, dla każdego z nas?

Bp Edward Dajczak: Bożą prowo- kacją.

Miłosierdzie jest prowokacją?

Tak, aby spojrzeć inaczej na Boga i na drugiego człowieka. Ten rok to szkoła, najpierw tego, jak traktuje nas Bóg, który w swoim miłosierdziu chce przebaczyć nam nasze grzechy, podnieść nas.

Dlaczego tak ważne jest to doświadczenie Bożego przebaczenia? Dziś wielu ludzi traci poczucie grzechu jako zerwania relacji z Bogiem.

Brak odniesienia do Boga powoduje, że zło kumuluje się i człowiek przestaje sobie z nim radzić, nie potrafi wybaczyć sobie samemu, często dochodzi do granic obłędu czy popada w depresję. Z drugiej strony pojawia się lekceważenie i relatywizacja zła. Człowiek, który uznaje grzech i wie, że Bóg może go od niego uwolnić, jest w stanie zacząć od nowa.

Bóg, rzeczywiście, zawsze przebacza, ale nasze grzechy ranią też naszych bliźnich. Są sytuacje, np. w rodzinach, kiedy wydaje się, że niewiele już da się zrobić. Czy tutaj też da się zacząć od nowa?

Czasami stajemy przed alternatywą: przebaczenie albo destrukcja. Ponieważ ludzie mają problem z przebaczeniem, ilość rozpadających się rodzin i cierpiących dzieci wzrasta. Ludzie nie radzą sobie z postawą miłosierdzia, a bez niej niektóre sytuacje, w różnych relacjach, są nierozwiązywalne. Rana została zadana i krwawi. Tego, co się stało, nie da się cofnąć. I co teraz? Jeśli jestem w stanie przebaczyć, mogę wygrać. Do tego przygotowuje nas Ewangelia. Jeżeli przyjmuję ją na serio, czyli mam świadomość, że Bóg mi nieustannie przebacza, to musiałbym być bezdusznie religijny, a nie prawdziwie wierzący, żebym nie chciał spróbować zdobyć się na naśladowanie Jezusa także w tej materii. Rok Miłosierdzia podpowiada nam, że jesteśmy podnoszeni przez Boga i tym samym powinniśmy dzielić się z innymi.

Czy Bramy Miłosierdzia otwarte są także dla tych, którzy stoją trochę z boku i nie przystępują do Komunii św., bo np. żyją w związku niesakramentalnym?

Mamy dużo do zrobienia w tej materii. Sytuacja takich ludzi nie jest łatwa, ponieważ uniemożliwia im pełną obecność w Kościele. Nie mogą przystępować do sakramentów. Jednak Kościół, mimo wszystko, ma wiele możliwości prowadzenia ich do Jezusa, choćby poprzez kontakt z Bożym słowem, czynną miłość. To jest szansa dla takich ludzi. Także nasze wspólnoty, np. te rodzinne, muszą się nauczyć przyjmowania osób, które nie będą w pełni uczestniczyć w życiu Kościoła. Dlaczego nie można ich przyjąć na takim poziomie, na jakim są w stanie wejść? Oni nie muszą być skazani na banicję. Mamy sporo do nauczenia się. Rok Miłosierdzia ma nas inaczej nastawić do ludzi. Kiedy stworzy się rzeczywistość czarno-białą, to właściwie dla takich ludzi nie ma miejsca w Kościele w ogóle. Alternatywa: „wszystko, albo nic” nie jest tutaj właściwa. Nie wiem, ilu ludzi tak naprawdę zmieściłoby się w Kościele, gdyby przyłożyć do wszystkich taką miarkę. Oczywiście, formalnie sytuacja jest ewidentna. Ale innych sytuacji, w których człowiek spycha się na obrzeża Kościoła, jest bez liku. Weźmy np. zło lekceważone i ciągle powtarzane. Ktoś idzie do spowiedzi i formalnie nie ma blokady, ale można nieraz mieć wątpliwości, czy w takim człowieku jest rzeczywiście wola poprawy i prawdziwy żal.

Jak jednak nie wykrzywić miłosierdzia i nie zrobić z niego fałszywej pobłażliwości?

Bardzo dobrze widać to w historii o grzechu pierwszych ludzi. Tam, w raju, nie było jeszcze prawa, tylko bliska relacja. Brak prawa w sensie Dekalogu nie oznaczał jednak braku granic. Mówiąc o miłosierdziu, nie wolno zapominać, że są granice. Człowiek nie jest wszechwładny, tzn. nie może ustalić wszystkiego po swojemu, np. na zasadzie demokratycznego głosowania. Rajskie nadużycie polegało właśnie na tym, że człowiek sam chciał ustanowić, co jest dobre, a co złe. To jest niszczenie granic. Człowiek dziś uzurpuje sobie prawo, które przynależy tylko Bogu. – Miłosierdzie nie idzie wbrew prawu, ale nie jest też zimnym jurydyzmem. Są dwie skrajności – z jednej strony bagatelizacja zła, z drugiej założenie, że człowiek jest idealny. Miłosierdzie wprowadza podejście, które pozwala leczyć, jednać i rozpocząć od nowa.

Jak dotrzeć z ideą Boga miłosiernego do tych, których Kościół już niewiele obchodzi i pewnie nie interesują się za bardzo Rokiem Miłosierdzia?

Metodą przekazu słowa nie jesteśmy w stanie dotrzeć do sporej części ludzi, ponieważ ci ludzie temu słowu już nie ufają. Szansa jest więc w świadectwie, czyli w pokazywaniu miłosiernego Boga przez czynienie miłosierdzia. Czasami w sąsiedztwie, w pracy zachowanie człowieka miłosiernego wywołać może pozytywne zdziwienie. Może nawet ktoś zapyta: „Dlaczego?”. To jest dzisiaj przekaz, który może przekonywać. Ileż trudnych sytuacji moglibyśmy ominąć, gdyby uczniowie Jezusa potrafili doświadczone od Boga miłosierdzie przenieść w życie społeczne. Gdyby tak np. nie na każdy atak odpowiadać tym samym, ale miłosierną reakcję Boga na nas przenieść na nasze relacje.

Wydaje się, że tym, co może odegrać ważną rolę w takiej „miłosiernej komunikacji”, jest wolontariat.

Trudno dyskutować z faktem, którym jest człowiek niosący dobro. To jest mocny argument. Bez niego dziś się nie przedrzemy. Patrząc na Kościół instytucjonalny, można nazbierać wiele argumentów, żeby dać sobie spokój. Ale konkretne dobro i miłość trudno zakwestionować. Można nie lubić Kościoła, ale Caritas to konkretne fakty, ogrom pomocy. Mam nadzieję, że Rok Miłosierdzia uzdolni nas, aby jeszcze piękniej darować ludziom miłosierdzie. Do wolontariatu w Caritas nadają się wszyscy: ludzie starsi, dojrzali, dzieci, młodzież. Mam nadzieję, że będzie nas coraz więcej.

W tym roku obchodzimy także jubileusz 1050-lecia chrztu Polski. Co to znaczy, że Polska jest krajem chrześcijańskim?

Wiele osiągnięć kultury europejskiej to wykwit chrześcijaństwa. Można być wrogo nastawionym do Kościoła i Ewangelii, ale nie można nie powiedzieć, że gdyby nie wejście naszych przodków u zarania dziejów Polski w kulturę Europy, która była chrześcijańska, nie bylibyśmy w stanie sobie poradzić i wejść na taki pułap rozwoju. Ideologia laicka chce doprowadzić do absurdu, próbując nam wmówić, że wzięliśmy się znikąd, a wszystko ukształtowało się nie wiadomo jak. Nic nie stworzyło się samo. Cały nasz sposób wartościowania, łącznie z miłością do ojczyzny, wywodzi się z Ewangelii. Wróćmy do czasów zaborów. Gdyby nie rodzina, pielęgnująca wiarę, nie przetrzymalibyśmy tamtej niewoli, kiedy państwo nie istniało przez tyle lat. Polska przetrwała właśnie w rodzinach, które kultywowały wiarę. Nasza kultura jest na wskroś przeniknięta chrześcijaństwem i w momencie braku państwa ta kultura przetrwała dzięki temu, że ludzie zachowali wiarę. W tym roku warto więc pewne rzeczy podkreślić historycznie. Historia, szczególnie w młodym pokoleniu, została zepchnięta na margines do tego stopnia, że niektórzy zapominają, kim są.

W naszej diecezji obchody jubileuszowe odbędą się w czerwcu w Kołobrzegu. Jednak świętowanie tego jubileuszu to nie tylko historia i wielkie celebracje.

Źle by było, gdyby skończyło się tylko na tym. Ten rok powinien poprowadzić nas z powrotem do chrzcielnicy. Popełniamy czasem fatalny błąd, traktując sakramenty punktowo, jako wydarzenie jednorazowe. Chrzest się odbył, bierzmowanie się odbyło, ślub się odbył, święcenia się odbyły. A przecież każde z tych wydarzeń coś w nas rozpoczęło. Chrzest jest dla nas wydarzeniem z przeszłości. Niby wiemy, że wszczepia nas w Chrystusa, że wtedy rozpoczęło się nasze niezwykłe z Nim zjednoczenie. Jednak w ogóle tego nie świętujemy. Przecież, jeśli chcemy pielęgnować miłość małżeńską, świętujemy rocznice ślubu. Ksiądz, który dobrze chce przeżywać kapłaństwo, nie może nie wracać do tej chwili, kiedy został wyświęcony. Podobnie jest z chrztem. Do tej chwili też trzeba wracać. W tym roku warto podjąć refleksję nad własnym chrztem, co on oznacza, do czego wzywa. Może warto pielgrzymować do miejsca swojego chrztu, sprawdzić w księgach parafialnych, kiedy on się odbył, aby móc co roku ten dzień wspominać. Od kiedy świadomie po urodzinach świętuję chrzest, wiele z tych treści do mnie wraca. Wiem, gdzie to było, kto był szafarzem, znam okoliczności.

Oprócz tych dwóch wielkich tegorocznych tematów, czyli miłosierdzia i chrztu, w naszej diecezji rok 2016 będzie też stał pod znakiem przygotowań do II synodu. Po co nam synod?

Nie mam wątpliwości, że cechą Kościoła jest historyczność, czyli zmienność okoliczności i sposobów głoszenia Ewangelii. Ponieważ świat przyspieszył bardzo gwałtownie, także nasz lokalny Kościół nie może nie podjąć namysłu nad ewangelizacją dzisiaj. Ten namysł, jeśli ma być prawdziwie kościelny, nie może dotyczyć tylko duchowieństwa i sióstr zakonnych. To musi być namysł ludu Bożego. Już trwają spotkania formacyjne dla wybranych osób z parafii. To ważne, ponieważ ludzie, którzy chcą o Kościele rozmawiać, muszą najpierw posłuchać, co Duch Święty do nich mówi.

Czy w synodzie będzie mógł wziąć udział każdy, czy tylko wybrani?

Być może jest gdzieś ktoś, kto ma naprawdę głębokie i ważne przemyślenia, które mogą wnieść coś w przebieg synodu. Dlatego w pewnym momencie pojawi się specjalna strona internetowa, która da możliwość wypowiadania się każdemu, kto będzie czuł taką potrzebę. Będą też spotkania otwarte, na które będzie mógł przyjść każdy.

Ten rok to również Światowe Dni Młodzieży. To nie jest tani wyjazd, ale pewnie znajdą się młodzi, także z naszej diecezji, którzy pojadą do Krakowa. Dlaczego taki wyjazd się opłaca?

Mamy dobre doświadczenie z naszych czuwań adwentowych, wielkopostnych, ze Skrzatusza, czy pielgrzymki maturzystów. Ci, którzy uczestniczą w tego typu spotkaniach, wiedzą, ile dobra z nich się wynosi, ile dobrych rzeczy się budzi. Wiedzą o tym także rodzice, którzy nieraz dziękują, że im się dziecko zmieniło. Spotkanie w Krakowie będzie wyjątkowe. Przyjedzie wielu młodych z całego świata i sam papież. Dla młodego człowieka ważne jest też doświadczenie ogromu takiego spotkania. Jak sami mówią, to daje im „powera”. Niektórzy, jak skarb, trzymają potem takie doświadczenie przez całe życie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama