Nowy numer 29/2021 Archiwum

Stawka większa niż szycie

Karlińska Dobra Marka przez rok działalności nie tylko wyrobiła sobie dobrą markę, ale i udowodniła, że „socjalna” nie znaczy „gorsza”. Wyciągnęła też z domów dziesiątki kobiet, dając im szansę na zmianę.

Ruszyć wieś

Mistrzem kursów jest Wanda Pawelec. Zdaniem Asi jest ona jak diament, który przez lata pozostał nieoszlifowany. – Jakiś mały talent w paluszkach mam, więc przez całe życie robiłam coś ładnego. Zwykle dla rodziny, znajomych. Jeśli chodzi o szycie, to raz w życiu siadłam do maszyny i uszyłam sobie spódnicę na bal maturalny. Potem już zawsze szyłam ręcznie – śmieje się. Propozycja ze spółdzielni spadła jej niemal jak z nieba. Po zmaganiach z chorobą nowotworową pani Wanda nie pracowała, ale bez wahania podjęła wyzwanie. Najbardziej lubi niekonwencjonalne zlecenia: ozdobne poduszki, lalki, fikuśne torebki oraz moment, kiedy jej kursantki kończą pierwsze prace. Z dumą prezentuje wystawę cudeniek wychodzących spod ich maszyn. – Niektóre panie mają nielekko w życiu. Trochę są pogubione, trochę bezradne. Cieszę się, że to, czego się nauczą, może im też pomóc w nowym spojrzeniu: możesz uszyć coś ładnego dla dzieci, zmienić wystrój mieszkania niewielkim kosztem, zrobić cokolwiek, co da początek zmianie – tłumaczy.

Sama dojeżdża z Pobłocia Wielkiego, ale wie, jak łatwo kilka kilometrów może zmienić się w barierę nie do pokonania. – Na wsiach często jest nie tylko bieda materialna, ale też mentalna. Przygnębienie i marazm zatrzymują kobiety w domu. Zależy mi na tym, żeby trochę je rozbudzić. Bo życie nie może mijać na ławce pod blokiem – kiwa głową.

Nie na pół gwizdka

Dobra Marka uszyje wszystko, co podpowie kreatywność i czego potrzebuje rynek. Asia odżegnuje się zarówno od skojarzeń z PRL-em, jak i od założenia, że spółdzielnia może liczyć na specjalne traktowanie. – Nie pracujemy na pół gwizdka, nie mamy forów. Jesteśmy takim samym podmiotem gospodarczym jak wszystkie inne firmy na rynku. Pracujemy jak zwykłe przedsiębiorstwo: pozyskujemy kontrahentów, realizujemy zamówienia, sprzedajemy. Jeśli uszyjemy kiepski towar, nikt go od nas nie kupi. Nie jesteśmy nastawieni na wielkie zyski, ale pracownicy muszą wypracować swoje pensje, trzeba opłacić rachunki – tłumaczy. Po roku działalności (zakończonym na niedużym plusie) pani prezes marzy się poszerzenie oferty. Spółdzielnia, która nie tylko uszyje poduszkę, ale też stworzy przestrzeń artystyczno-kulturalną. – Chciałabym, żeby spółdzielnia była swego rodzaju centrum działalności twórczej. Są Koła Gospodyń Wiejskich, w których powstają świetne rzeczy, są panie, które siedzą w domu z małym dzieckiem, albo nie mają możliwości podjęcia stałej pracy, a robią prawdziwe cudeńka. One nie znajdą zbytu dla swoich prac, a my mamy możliwość pośredniczenia i znajdowania dla nich kontrahentów. Drzwi spółdzielni są cały czas otwarte – zaprasza.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama