Nowy Numer 41/2021 Archiwum

Mocna wiara

Na grobie ks. Władysława, choć od jego śmierci minęło niemal pół wieku, nieustannie palą się znicze. Wiejski proboszcz mocno zapisał się w sercach swoich starszych parafian. Młodsi poznają go dzięki książce.

Pełną nabożnego skupienia ciszę podniesienia przerwały wypowiedziane dobitnie, choć cienkim, dziecięcym głosem dwa słowa: „Mocna wiara”. Samozwańczy kaznodzieja zdążył je jeszcze raz powtórzyć, nim z ambony ściągnęły go brutalnie ręce ciotki. Koczalski proboszcz dokończył sprawowanie Mszy św. i wystąpienie jednego z małych parafian nie doczekało się poważniejszych konsekwencji. Z pewnością jednak wywołało uśmiech na twarzy ks. Władysława Holaka, który rozpoznał w tym krótkim, nieoczekiwanym zawołaniu swoje własne słowa. Powtarzane wielokrotnie, jak życiowe motto.

– Mocna wiara była dla niego podstawą życia, fundamentem w tych niełatwych powojennych czasach i spoiwem, które mogło połączyć rzuconych na te ziemie ludzi – przyznaje dr Marian Fryda. Człuchowski historyk to właśnie zawołanie wybrał na tytuł swojej najnowszej książki, poświęconej proboszczowi z niewielkiej pomorskiej parafii. – A ten chłopiec miał na imię... Marian – zdradza z uśmiechem autor. Osobista relacja z bohaterem nadaje publikacji wyjątkowy charakter. – Dlaczego powstała ta książka? Z takim pytaniem spotykałem się często podczas pisania. Nie potrafię odpowiedzieć wprost. Faktem jest jedynie to, że byłem jego parafianinem przez pierwsze 18 lat mojego życia, a więc w okresie, kiedy zaczyna się kształtować nasz pogląd na życie i świat, nasza tożsamość. Odwiedzając nas w Niedźwiadach, wskazywał na mnie jako kandydata na... księdza. Skąd ten pomysł? Nie wiem. Nie zostałem wprawdzie duchownym, ale nauczycielem, więc coś się spełniło z pomysłu ks. Władysława – opowiada pan Marian. – Nie zdawałem sobie z tego sprawy wtedy, ale teraz, po latach, odkrywam, jak blisko charakterologicznie było mi do niego. Był wesołym, nawet krotochwilnym człowiekiem. Miał też dar jednania ludzi – wspomina. To było szczególnie potrzebne na ziemi, na której w całkiem nowej rzeczywistości spotkali się zupełni różni od siebie ludzie.

Kapelan, konspirator, proboszcz

Przyszły koczalski proboszcz urodził się 6 marca 1906 r. w małej wsi Daszki na terenie dzisiejszej Białorusi. Był trzecim z ośmiorga dzieci Piotra i Ewy. Najstarszy z braci – Walerian – został jezuitą. Księdzem był również stryj młodych Holaków, także Walerian. Został aresztowany jako wróg ludu przez NKWD 24 kwietnia 1948 roku. Zmarł w opinii męczeństwa niespełna miesiąc później. O tym jednak bratanek dowiedział się dużo później. Sam szybko został proboszczem, niespełna dwa lata po święceniach. Miały w tym swój udział siostry urszulanki i... Maria Rodziewiczówna, pisarka i niestrudzona działaczka społeczna na Kresach, które poprosiły biskupa pińskiego Zygmunta Łozińskiego, by właśnie ks. Władysław został skierowany do parafii Horodec. Proboszczował tam cztery lata, do marca 1939 r., kiedy – jako kapelan rezerwy – otrzymał rozkaz stawienia się do garnizonu w Kobryniu.

We wrześniu jego 83 Pułk Strzelców Poleskich jako pierwszy przyjął natarcie niemieckie. Gdy pułk został ostatecznie rozbity, kapelan dostał się do niewoli rosyjskiej. W niejasnych okolicznościach dwa tygodnie później znalazł się w niewoli niemieckiej, z której po dwóch miesiącach udało mu się uciec. Resztę wojny kapłan spędził na Lubelszczyźnie. Niewiele jednak jest pewnych informacji o tym okresie posługi ks. Władysława. Poza epizodycznym wydarzeniem związanym z ostrzeżeniem parafian w Tuczępach o przymusowych wywózkach. – Ciekawe jest, że w żadnych wczesnych powojennych oficjalnych ankietach czy życiorysach pisanych na potrzeby władz nie wspominał o Tuczępach, podając jedynie, że całą wojnę spędził jako wikary w Siedliszczach. Widocznie miał coś do ukrycia. Pomimo to, począwszy od roku 1953, w wewnętrznych dokumentach Wydziału ds. Wyznań powtarza się informacja o przynależności księdza do AK lub NSZ w czasie wojny. W sprawozdaniu szefa UB w Człuchowie znajduje się informacja, że – według świadka – ks. Holak „należał do nielegalnej organizacji, piastując stanowisko szefa sztabu” oraz był inicjatorem zabójstwa brata świadka, funkcjonariusza lubelskiej bezpieki. To poważne oskarżenie nie znajduje jednak dalszego ciągu w dokumentach, co może oznaczać, że nie znaleziono nic obciążającego ks. Holaka. Sam najobszerniej o tym czasie mówi dopiero w 1966 r., w piśmie skierowanym do Sądu Wojewódzkiego w Koszalinie, w którym wspomina, że pomagał w ukrywaniu pomiędzy katolikami kilku rodzin żydowskich, zbiegów z armii niemieckiej, a po wkroczeniu Rosjan bronił Polaków oskarżanych o współpracę z Niemcami – opowiada historyk.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama