• facebook
  • rss
  • Czy Państwo przyjmują księdza?

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 02/2015

    dodane 08.01.2015 00:00

    Wizyta duszpasterska. Niektórzy czekają na nią z prawdziwą radością. Inni mówią, że jest niepotrzebna. Jednym kojarzy się z błogosławieństwem, innym z kopertą. Ci, którzy chodzą po kolędzie oraz ci, którzy ją przyjmują, wiedzą, że bywa ona trudna, ale i piękna.

    Ksiądz wypije kawę, prawda? Gościnni ludzie nie zdają sobie sprawy, że to byłaby już siódma. – Nie, dziękuję – odpowiada grzecznie ksiądz. – Ależ proszę księdza, u nas zawsze jest kawa – nie daje za wygraną gospodarz. – Proszę spojrzeć w kartę – sugeruje. Ksiądz patrzy, a tam rzeczywiście podkreślone: „Zawsze kawa!”. Spotkania na kolędzie bywają różne. Zdarzają się przemiłe, a nawet bardzo głębokie czy wzruszające rozmowy, kiedy trudno odmówić kolejnej kawy, albo wręcz chciałoby się, żeby ktoś ją zaproponował. Innym razem rozgrywają się sceny niczym z filmów Stanisława Barei.

    – Czy pani mnie słyszy? – mówi ksiądz do zupełnie zamroczonej alkoholem kobiety siedzącej bez ruchu przed telewizorem. – Poniekąd – odpowiada po chwili ciszy, jakby z innego świata, ale niezwykle kulturalnie. Dla niektórych kolęda jest bardziej wizytacją niż wizytą. Ludzie pochowani w łazienkach, niczym w schronach za okupacji, próbują przetrwać w zaciemnieniu bombardowanie wodą święconą i pytaniami o brak ślubu. Ksiądz jednak wyposażony w noktowizor w postaci kartoteki doskonale widzi, że kogoś tu brakuje. Spotkanie czasami nie następuje z innego powodu. Wizyta jest tak szybka, że jedynym znakiem obecności księdza w domu jest poruszająca się firanka. Przemknął niczym błyskawica, bo  40 wizyt w ciągu jednego popołudnia wymaga przede wszystkim właśnie szybkości. Mimo różnych mankamentów, na początku roku duszpasterze wciąż pukają do drzwi i spora liczba wiernych je otwiera.

    Światło albo zdrowie

    – Do dzisiaj pamiętam spotkanie w pewnej kamienicy w Koszalinie. W jednym z mieszkań była starsza kobieta. Miała drzwi obłożone z obu stron kocem. Było strasznie zimno i ciemno, bo nie działało ani ogrzewanie, ani elektryczność. Czułem się jak w XIX wieku, ale to był wiek XXI, środek miasta. Zapytałem, dlaczego tak żyje. Pokazała mi wtedy stertę leków. To była autentycznie uboga osoba – wspomina proboszcz parafii franciszkańskiej. Jak przyznaje, w kościele zza ołtarza czy z ambony nie zawsze wszystko widać. – Na kolędzie spotykamy się z rzeczywistością. Byłem przerażony, kiedy zobaczyłem, ilu ludziom brakuje na jedzenie czy ogrzewanie, i to wcale nie dlatego, że piją. Muszą wybierać, czy zapłacić za prąd, czy kupić leki – opowiada duchowny. U koszalińskich franciszkanów kolęda zaowocowała powstaniem jadłodajni, w której każdego dnia wydaje się ponad 150 posiłków. – Przychodzą raczej prawdziwie ubodzy – przyznaje proboszcz. Kolęda jest więc w pewnym sensie pracą wywiadowczą i przydaje się np. parafialnej Caritas. Często udzielając doraźnej pomocy, kiedy ktoś przychodzi prosić o nią na plebanię, można trafić na oszusta. – Tutaj spotykam rodzinę, widzę, jak żyje, rozmawiam, więc pomoc trafia do celu – zauważa ks. Lucjan Huszczonek, proboszcz parafii św. Maksymiliana w Słupsku.

    Nie chodzi o kranówkę

    – W jednym z domów gospodarze nie mieli wody święconej. Ministranci przypadkowo podsłuchali, jak żona mówiła do męża: „Naleję zwykłej, nawet się nie kapnie”. Powiedzieli mi to, więc rozpoczynając modlitwę, patrzę na talerzyk i mówię: „Coś z tą wodą jest nie tak”. Kobieta zdumiona przyznała się i zapytała, jak to poznałem. Mówię do niej: „Proszę pani, jak się patrzy pod światło, to w wodzie święconej widać pływające krzyżyki” – wspomina z uśmiechem ks. Jacek Zdoliński, wikariusz w Kołobrzegu. Rzeczywiście, woda święcona to nie to samo co kranówka, a kolęda to coś więcej niż po prostu spotkanie człowieka z człowiekiem. – My ciągle nie doceniamy tego błogosławieństwa we wspólnocie rodzinnej, które wiąże się z kolędą – mówi ks. Lucjan Huszczonek. Duszpasterze przyznają, że wizyta kolędowa bywa krótka, może nieraz za krótka. Jednak choć nie zawsze ksiądz ma wystarczającą ilość czasu, zawsze przychodzi z Bogiem. – Najwięcej zależy od jakości otwarcia na to spotkanie, zarówno ze strony księdza, jak i przyjmującego – mówi ks. Huszczonek. Bardzo często, mimo ludzkich ograniczeń, na kolędzie błogosławieństwo Boże naprawdę działa. – Pamiętam sytuację, kiedy zwykła rozmowa i przeglądanie rodzinnych zdjęć przerodziły się w piękną spowiedź po wielu latach, od razu, na miejscu – opowiada ks. Andrzej Hryckowian, proboszcz parafii św. Wojciecha w Koszalinie. – Spotkałem kiedyś młodych ludzi z dwójką dzieci, którzy żyli bez ślubu. Okazało się, że nie mają żadnych przeszkód. Porozmawialiśmy zwyczajnie, po ludzku. Potem pojawili się w kancelarii. Zawarli małżeństwo, ochrzcili dzieci, zaczęli chodzić do kościoła. Zwykła rozmowa na kolędzie zmieniła ich życie – wspomina ks. Ryszard Ryngwelski, proboszcz w parafii św. Józefa w Pile. – Jednego roku po kolędzie mieliśmy 14 takich ślubów – dodaje. – Pewna kobieta powiedziała mi, że jej matka po kolędzie była zszokowana moją odpowiedzią na jej pytanie. Rzuciłem coś machinalnie i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że to tak do niej trafiło. Dowiedziałem się o tym po latach. Miałem kilka takich sytuacji, a o wielu pewnie do dzisiaj nie wiem – przyznaje ks. Grzegorz Fąs z parafii w Postominie. – Naszym głównym zadaniem na kolędzie jest chyba jednak słuchanie – zauważa ks. Huszczonek. Bywa, że ludzie otwierają się przed duszpasterzem. Czasami wystarczy parę słów, żeby wyrazić swój ból, bo trudno żyć w samotności, bo coś z dziećmi nie tak, bo pojawiła się choroba. – Ksiądz to wszystko zbiera i ogarnia modlitwą. Po to też przychodzi. Niekoniecznie musi dać dobrą radę, czy błyskotliwie coś wyjaśnić – dodaje inny kapłan.

    Dać albo nie dać?

    Problem kolędowej koperty podnoszony przez niektóre media do rangi hamletowskiego dylematu, w rzeczywistości ma zupełnie inne oblicze. Owszem, zdarzą się pewnie przypadki żenujące, po jednej i po drugiej stronie... koperty, ale najczęściej poziom wiedzy i argumentacji, odzwierciedla poziom zaangażowania w Kościele. Czasami odwrotnie proporcjonalnie: im większe „zgorszenie”, tym mniejszy związek z wiarą. Ktoś mówi z przekąsem: – Trzyma te koperty za pazuchą, jakby niósł Najświętszy Sakrament w bursie. Może czasami jest coś w tym porównaniu. Także to, że niektórzy duszpasterze część tego, co wcześniej dostaną, po drodze rozdadzą. – Kiedy widzę, że sytuacja jest dramatyczna i nie chodzi o alkoholizm, wtedy trzeba coś zostawić. Po prostu na leki czy na jedzenie – mówi proboszcz parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Koszalinie. Podobne świadectwa daje wielu innych księży. Jeden z nich opowiada, jak przy okazji kolędy wsparł znaczną sumą pieniędzy pewną rodzinę, której brakowało funduszy na operację dziecka. – Do dzisiaj otrzymuję od nich życzenia – cieszy się. Inny duszpasterz, spotykając na kolędzie młodych, szczerych ludzi, którzy chcieli zawrzeć małżeństwo, ale nie mieli pieniędzy nawet na obrączki, po prostu im je kupił. – Ja mam wewnętrzne przekonanie, że my nie chodzimy po pieniądze. Zawsze pytam, czy państwa stać na ofiarę, czy nie będzie to dla was zbyt wielki uszczerbek. Ludzie rozumieją, że dzięki tym ofiarom, można coś zrobić w parafii i że jest to też wsparcie dla samego księdza. Miałem też tak, że nie chciałem wziąć ofiary, ale ludzie powiedzieli: „Proszę księdza, my jesteśmy biedni, ale to jest dla nas ważne, żeby ksiądz przyjął”. Trudno podeptać szczerą chęć ofiarowania wdowiego grosza. Innym razem czułem wdzięczność, że jednak nie wziąłem przygotowanej ofiary – mówi ks. Huszczonek. Dać albo nie dać, zamienia się więc czasami w brać albo nie brać.

    Kościół tele-katolicki

    – Kiedyś przed kolędą rozerwałem sobie kieszeń w kurtce, tak że wisiała bardzo brzydko, ale nie było już czasu przyszyć jej przed wyjściem. W bloku zdjąłem kurtkę i ministranci nosili mi ją od mieszkania do mieszkania. Skończyłem kolędę, nałożyłem kurtkę i zauważyłem, że kieszeń jest przyszyta. To jest przykład takiej cichej serdeczności ludzi wobec kapłana. Nikt nic nie powiedział, nie pochwalił się, po prostu to przyszył i już – opowiada ks. Hryckowian. Brak taktu może zdarzyć się każdemu. Czasami ksiądz zapomni, że jest na kolędzie gościem, a gospodarz, że właśnie ma gościa. Jednak programowe zohydzanie ludzi Kościoła i księży przez niektóre media na razie nie przynosi spodziewanych efektów. Spotkania na kolędzie przeczą temu, co można zobaczyć na ekranie. Oczywiście nie wszyscy przyjmują księdza po kolędzie. Jednak nadal w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, w której regularnie praktykuje kilkanaście procent mieszkańców, drzwi przed księdzem otwiera od 40 do nawet 80 procent. Jak przyznają duszpasterze, zdarzają się spotkania nieprzyjemne z różnych powodów. Czasami ksiądz wypomni trudną sprawę i problemem jest sama sprawa albo nieodpowiedni sposób wypomnienia. Innym razem ktoś ma zły dzień albo ogólnie nastawiony jest negatywnie. Generalnie jednak wizyty kolędowe przebiegają w dobrej atmosferze. – O wiele bardziej niż drzwi zamknięte albo sprzeciw martwi mnie obojętność. Czasami wchodzę do jakiegoś mieszkania i czuję, że wcale mnie tam nie chcą – przyznaje proboszcz koszalińskiej parafii franciszkańskiej. Jak mówią niektórzy duszpasterze, szczególnie ci, którzy uczą w szkole, styczeń to dla nich miesiąc praktycznie wycięty z życiorysu. Zmęczenie fizyczne i psychiczne związane z kolędą jest ogromne. – Jest to jednak naprawdę cenna wizyta, okazja dotarcia do osób, z którymi nie widzimy się w niedziele. Mamy szansę pobyć przez chwilę razem, trochę się poznać, wymienić poglądami, wysłuchać się nawzajem i razem się pomodlić – podsumowuje ks. Lucjan Huszczonek.

    Wszystkie opisane sytuacje i dialogi z kolędy są autentyczne. Niektóre imiona bohaterów i miejsca akcji znane redakcji.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół