• facebook
  • rss
  • Stoi na stacji lokomotywa…

    dodane 23.04.2015 00:00

    Parowozy z Białogardu. Pracownia Stefana Bochenka to miejsce, gdzie Tuwimowe strofy niemal od razu przychodzą do głowy. I nie ma znaczenia, że lokomotywy ze szkolnego wierszyka zrobione są z papieru.

    To, że wykonano je z kartonu, widać jedynie w fazie produkcji. Kiedy model jest gotowy, łatwo ulec złudzeniu, że parowóz wyjechał prosto z fabryki. Tyle że pomniejszony dwadzieścia razy.

    Kolosy z duszą

    – Jak się w nich nie zakochać? – pyta z uśmiechem pan Stefan. – Spalinówka to spalinówka, a parowóz ma duszę – dodaje z filozoficznym namysłem, pokazując kolejne albumy poświęcone historii kolejnictwa. Wiele z modeli, które znajdują się na ich kartach, już wyszło spod zręcznych palców białogardzkiego modelarza. – Nie ma dwóch identycznych parowozów, jak nie ma dwóch identycznych ludzi na świecie.

    Każdy inaczej parę robił i do każdego inaczej podchodzić trzeba było. Dlatego do parowozu przypisane były dwie stałe drużyny, które umiały się dogadywać ze swoją maszyną i wiedziały, jak robić parę. Jak trzeba było kogoś „na dziko” do grafika wpisać, to wiadomo było, że będzie musiał się nieźle napocić – tłumaczy. – Dziś można kilka z nich zobaczyć już tylko w skansenach. W Wolsztynie podczas parady albo jak nad morze leci raz do roku „Pirat” ciągnięty przez zabytkowy parowóz. Niedługo zostaną po nich tylko zdjęcia i modele takie jak moje – mówi pan Stefan. Ze stworzonych przez niego cudeniek rzeczywiście można uczyć się historii kolejnictwa. W równiutko ustawionych na regale segregatorach znajduje się dokładna dokumentacja wykonanych modeli. Pan Stefan sporządza rysunek techniczny każdego podzespołu i detalu. Z benedyktyńską cierpliwością przelicza wymiary, zmniejsza i sporządza rysunki. – Najmniejszy drążek czy wahacz. Wszystko musi być jak w prawdziwej lokomotywie! – zastrzega. – Ktoś, kto się nie zna, pewnie tego nawet nie zauważy, ale prawdziwy znawca tematu mógłby mi zarzucić niedopatrzenie – do tego pan Stefan żadną miarą nie chciałby dopuścić. Jest profesjonalistą w każdym calu. Nie ujdzie jego uwadze nawet półtoramilimetrowy element. Zależy mu, by jego modele były idealnym odwzorowaniem oryginałów.

    Najważniejszy klient

    Dokumentację potrzebną do stworzenia pomniejszonej repliki parowozu zdobywa z fachowej literatury i od znajomych z całego świata, którzy podzielają jego miłość do lokomotyw. – Plany i rysunki z wymiarami do Rakiety Stephensona z 1829 r. dostałem z Niemiec, a z książki dowiedziałem się reszty. Pomogły też archiwalne zdjęcia. Do innego modelu dokumentacja przyleciała aż z Nowego Jorku – opowiada. Po całej Europie rozjechały się też lokomotywy pana Stefana. W pracowni w tej chwili półki świecą pustkami. 40 modeli powędrowało na wystawę. Reszta z wykonanych przez pana Stefana lokomotyw trafiła do skansenów lub prywatnych kolekcjonerów. Jedno zamówienie wspomina ze szczególnym wzruszeniem. – W 1998 r. jechała do Watykanu ogólnopolska pielgrzymka kolejarzy i zapytali, czy zrobię model dla ojca świętego. Pewnie, że zrobię, tylko jak? W 3 miesiące? A takiego malutkiego przecież nie wypada dać. Poprosiłem naczelnika, czy mogę wziąć jeden z tych zakładowych. Zgodził się od razu bez wahania. Wybrałem taki parowóz, który jeździł przez Wadowice – wspomina pan Stefan. – To był mój najważniejszy w życiu „klient”. Wielkie wyróżnienie i zaszczyt, że do tak wielkiego człowieka mogła też dotrzeć moja praca – mówi ze wzruszeniem, pokazując zdjęcie, na którym kolejarze wręczają Janowi Pawłowi II model wykonany przez białogardzkiego modelarza.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół