• facebook
  • rss
  • Wojna? Nie.

    dodane 09.07.2015 00:00

    To ich pasja. Miłośnicy sprzętu wojskowego najpierw go kupują. Potem reperują. A potem przyjeżdżają nim do Darłowa.

    Wjeżdżają na teren „patelni”, przypominającej mały poligon. Jest upał.Spod kół wojskowych wozów wysoko wznosi się kurz. Odnajdują właściwą flagę – bo jeśli są z Kaszub, Poznania lub Zabrza, będą chcieli obozować w sąsiedztwie swoich. Rozbijają obóz, osłaniają go siatką maskującą. Jeśli mają w nadmiarze tupetu, to ściągną na swoją posesję przenośną toaletę (ale to niedozwolone). Obiad zjedzą na jednym z wielu stoisk, okupowanych przez kramarzy różnych narodowości, bo zlot militarny to już od lat duża komercyjna impreza. Ale raczej rozpalą ognisko i usmażą kiełbasę. Prawdopodobnie zrobią jedno i drugie, bo imprezowanie nie kończy się przed wczesnym przecież w początkach lipca świtem. Ognisko zresztą służy głównie do śpiewania, bo bez niego piosenki wojskowe, szanty, biesiadne i ostatecznie co kto umie, jakoś nie idą.

    – Większość grup integruje się ze sobą. Rozmawia się do rana, ale nie o wojnie, tylko o sprzęcie – mówi pani Ola z Poznania. A więc o markach, co gdzie kupić i jak naprawić. I gdzie znaleźć okazję. Większość ludzi samodzielnie remontuje zdezelowany sprzęt, UAZ-y (najważniejszy jest napęd 4¤4), no chyba że kogoś stać na coś grubszego – skrzyniowego ziła albo transporter kołowy. Temat bez końca. Nikogo tu nie znudzi. – Sprzęt to świetny pretekst do tego, żeby poduczyć dzieciaki historii – mówi pani Ola. Jej Tosia jest jeszcze maleńka, choć i ona ma na sobie, podobnie jak mama, mundur, furażerkę i odznaki na piersi. Tosia siedzi w koszu K-750, motoru, który czekał kilka lat, zanim wszystkie śrubki i zębatki zatrybiły i wydały ryk. A raczej pan Mateusz wydał ryk – szczęścia, że jednak udało się to wszystko skręcić. Teraz cała rodzinka przyjeżdża na darłowską „patelnię” flagowym produktem ZSRR lat 60. Toteż nieprzewidywalnym. – Oczywiście, że się psuje. Tutaj w ogóle dużo sprzętu się psuje – śmieje się pani Ola. – Chłopaki zasuwają po „patelni”, szaleją, wyżywają się ile wlezie... Niby ładnie pięknie. A wieczorem co? Rozkładają narzędzia. I naprawiają.

    Dusza K-750

    Mężowi pani Oli wojna nie w smak. Nie ma pokusy, by wyciągnąć swoje cacka, gdy słyszy o zamieszkach na Wschodzie. – Tu chodzi tylko o pasję – mówi. – Ta pasja wzięła się z zabawy, z jeżdżenia terenówkami. Ale ważna jest także historia sprzętów, które coś znaczą, mają duszę. To nas kręci. Małżonkowie historię lubili już w szkole, ale nie są w tym odosobnieni. Lekką szajbę mają tu na jej punkcie wszyscy. Niektórzy zaś prawdziwego świra i od tych można się najwięcej nauczyć. – Do takich się najfajniej chodzi, ale oni to już wszystko mają w „klimacie”. Począwszy od łyżeczki, pasującej do kubeczka z epoki, po pełne wyposażenie obozu – trochę się naśmiewa, a trochę podziwia pan Mateusz. – To jest pasja, która łączy ze sobą ludzi z różnych obozów. Bywają nawet ostre kłótnie na temat wojny – przyznaje. Zresztą nietrudno o spory historyczne, skoro na „patelnię” przybywają Rosjanie, Czesi i Niemcy. – Każdy ma swoją wizję. Ale do gardeł sobie nie skaczemy – mówią małżonkowie. Są praktykującymi katolikami i zapewniają, że można mieć pasję militarną pozbawioną agresji.

    Jak w Hollywood

    Rodzinka z Poznania nie jest tu jedyną. Pan Paweł z Włocławka należy do grupy militarnej Patrol. Do Darłówka przyjeżdża z żoną i dziećmi. – Syn z nami nie chce już nigdzie jeździć, ale tutaj tak – mówi z satysfakcją. Nie siedzą cały czas w obozie. Wypoczywają na plaży, zwiedzają okolicę, spędzają czas razem. Chętnie poddają próbie swój wóz na darłowskim torze. Ale w prawdziwy bój by nie pojechali. Wojna? Nie, to ich nie interesuje. Za to lubią wieczorem, już w bardziej romantycznej atmo- sferze, wjechać na pagórek „patelni” i w towarzystwie innych zlotowiczów oglądać zachód słońca. Trochę tak jak w amerykańskim filmie. Nie każdy ma własny sprzęt, ale wytaplać się w błocie głębokim na pół metra można też wynajętym wozem. Pan Jarek mieszkający w Irlandii zadowala się więc wynajmem, a póki co zbiera… noże. – Mam pokaźną kolekcję. Lubię ją niekiedy przejrzeć, naoliwić – mówi z dumą. Ale żywo zaprzecza pytaniom, czy rzuca nimi do celu. Nie rzuca. I jego też wojna nie interesuje. Są parady wozów po okolicy, prezentacje kolekcji, koncerty, konkursy. Jest inscenizacja batalistyczna „Zdobycie Berlina”. Wydarzeń wiele, bo niektórzy bawią tu i tydzień. Pokojowo.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół