Nowy numer 31/2021 Archiwum

Nasi bracia, co do cerkwi chodzą

Kościół greckokatolicki w Polsce. Jeden bierze stychar, epitrachil i fełon, drugi wkłada albę, stułę i ornat. Jeden idzie do cerkwi, drugi do kościoła. Mają robić to samo – odprawiać Mszę świętą.
Robią to jednak trochę inaczej.


Jedność nie musi oznaczać jednakowości. – W jednej miejscowości zaczynaliśmy budować cerkiew po 40 latach gościnności w kościele rzymskokatolickim. Niektórzy pytali, po co nam osobny kościół, przecież możemy się dalej dzielić tym, który już mamy. Z takim pojęciem integracji się nie zgadzam. Każda społeczność ma swoją odrębność, a integracja kultur oznacza wzajemne uzupełnianie się – mówi ks. Piotr Baran, greckokatolicki proboszcz z Białego Boru.


Hospody, pomyłuj


– Oprawa muzyczna i stroje najbardziej zwracają uwagę uczestników nabożeństw w cerkwiach – mówi Adrian Łychacz, kleryk II roku greckokatolickiego seminarium w Lublinie.
Wydaje się, że ludzie obrządku wschodniego muzykę mają jakby we krwi. – Śpiewam od dziecka i nie wyobrażam sobie życia bez śpiewu. W naszej cerkwi taki śpiew na cztery głosy można usłyszeć w każdą niedzielę – przyznaje Jarosław Myc, dyrygent cerkiewnego chóru w Białym Borze.
– Żona próbowała mnie kiedyś zaciągnąć do chóru, ale to nie dla mnie – mówi Tomasz Majewski z Koszalina, z pochodzenia Polak, od 16 lat mąż Doroty, Ukrainki. – Mąż nie czuje ukraińskiej tercji. Za każdym razem, jak próbuję go nauczyć, mówię: „Utrzymaj dźwięk, a ja wejdę wyżej”, ale on podąża za mną. Ukraińcy mają tę tercję w genach, a Polacy muszą się jej nauczyć – śmieje się pani Dorota.


Celibat? Owszem, ale...


Różni nas również podejście do bezżenności duchownych. Na wrześniowe uroczystości do Białego Boru przyjechali także greckokatoliccy klerycy. Przed przyjęciem święceń muszą wybrać: ożenić się czy nie.
– Tu nie ma schematu, trzeba to spokojnie rozeznać. Nie ma nic gorszego, jak minąć się z powołaniem: i w jedną, i w drugą stronę. Życie staje się wtedy udręką. To wcale nie jest tak, że małżeństwo jest gwarantem udanego kapłaństwa. To nie jest takie proste, że możliwość zawarcia małżeństwa rozwiązuje problem powołań. Gdyby tak było, to pewnie taka możliwość istniałaby także w Kościele rzymskokatolickim – mówi kl. Franciszek Wróbel z III roku.
– Ja jeszcze nie zdecydowałem. Na pewno kobieta, która poślubia przyszłego duchownego, musi być świadoma tego, z kim się wiąże. Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, co jest pierwsze: małżeństwo czy kapłaństwo, przytoczyłbym postać bł. ks. Emiliana Kowcza, który zginął na Majdanku. Miał rodzinę, dzieci i przyjaciół, którzy starali się wyciągnąć go z obozu. A on napisał w grypsie, że musi zostać, aby pomóc ludziom, którzy tam byli, przejść na drugą stronę. Poczuł, że musi być bardziej kapłanem dla nich niż ojcem i mężem dla swoich najbliższych – opowiada kl. Paweł Poczekajło z roku VI.
– Ale życie w małżeństwie pomaga chyba lepiej zrozumieć zwykłych ludzi – dodaje.
– Jedno i drugie ma plusy i minusy. Nie ukrywam, że żyjąc w celibacie, mamy jednak więcej do oddania tym, z którymi pracujemy. Ale jest to do pogodzenia – ocenia kl. Adrian.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama