Nowy numer 43/2020 Archiwum

Z miłości do Niego

Życie konsekrowane. Powołania zakonnego nie da się zamknąć w żadnej teorii, ani wyjaśnić za pomocą wzoru. Jedno jest pewne – powołuje Bóg. Bardzo różnie, niektórych w pracy, a innych na stacji benzynowej podczas… tankowania żuka.

Siostry zakonne nie spadają z nieba. Nie są też córkami innych sióstr zakonnych. To kobiety, które mają dom, rodzinę i przyjaciół. Zostawiają jednak wszystko, by pójść za Jezusem, składając śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Na co dzień pracują m.in. w domach dziecka, szpitalach i szkołach. Niektóre z nich wybierają życie za kratą. To wyrzeczenie ludziom najtrudniej zrozumieć. Ale powołanie to przecież tajemnica Boga.

Panie Jezu, daj mi znak!

Siostra M. Koleta od Matki Bożej Szkaplerznej, klaryska, jest z zawodu pielęgniarką. To właśnie podczas pracy w szpitalu dostała znak, że ma pójść do zakonu kontemplacyjnego. – O św. Klarze usłyszałam na spotkaniach oazowych, gdy miałam 9 lat. Dla mnie jej historia była niesamowita – młoda, piękna dziewczyna ze szlacheckiego rodu, która miała wszystko, nagle zostawia to. Chodzi boso, nic nie je i modli się. Dla 9-letniej dziewczynki to było zupełnie niezrozumiałe. Wtedy zrodziło się we mnie pragnienie życia zakonnego, które z biegiem lat dojrzewało – przyznaje. Pierwsza myśl o zakonie klarysek pojawiła się, kiedy s. M. Koleta weszła do kościoła św. Ottona w Słupsku. – Pochodzę z okolic Zamościa. Przyjechałam kiedyś do Słupska, bo mam tu rodzinę. Pewnego dnia koleżanka wzięła mnie do kościoła klarysek. Nie znałam wtedy jeszcze tych sióstr. Kiedy uklękłam i zobaczyłam Najświętszy Sakrament, przeżyłam coś niesamowitego. Nigdy wcześniej nie doznałam takiej radości i pokoju wewnętrznego. Klęczałam i nie byłam w stanie nic powiedzieć. Łzy płynęły mi po policzkach, a ja czułam się pierwszy raz w życiu taka szczęśliwa. Kiedy wyszłam stamtąd, wiedziałam, że to będzie mój dom – uśmiecha się. – Miałam mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Bałam się, czy będę potrafiła się zamknąć za tymi kratami. Podjęcie decyzji nie było proste. Jednak coś ciągnęło mnie do tego kościoła jak magnes – mówi s. M. Koleta. Odpowiedź na najważniejsze pytanie otrzymała w szpitalu. – Byłam na popołudniowym dyżurze. Stałam przy oknie i miałyśmy już z koleżanką zdawać raport. Zaczęłam się wtedy modlić w duchu: „Panie Jezu, jeśli Ty chcesz, żebym tam była, to daj mi jakiś namacalny znak. Muszę wiedzieć, czy to Twoja wola”. Po chwili weszłam jeszcze do sali, do której wcześniej nie wchodziłam. Zatrzymała mnie pacjentka leżąca na pierwszym łóżku. Miała ponad 90 lat. Spytała, czy się z nią pomodlę. Zgodziłam się, a kiedy skończyłyśmy, zaczęła patrzeć na mnie badawczym wzrokiem i powiedziała: „Pani będzie siostrą zakonną. Trzeba się bardzo dużo modlić, świat potrzebuje dużo modlitwy. Pani będzie się modlić i będzie bardzo szczęśliwa”. To była moja odpowiedź – mówi. Dziś, po 13 latach życia w zakonie kontemplacyjnym, jest szczęśliwą kobietą. – Wiem, że adoracja jest dla mnie największym darem, jakim Bóg mógł mi dać. Codziennie dziękuję Mu za powołanie, choć wiem, że niczym nie zasłużyłam na takie szczęście.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama