Kilkunastoosobowa grupa rowerzystów wybrała się na rajd po śladach zakonnika, który stał się w mieście już niemal legendą. – Znał go chyba cały Koszalin. Jak jechał, kłaniał się, pozdrawiał, machał ręką i… zdarzało mu się łamać przepisy. Kierowcy nieraz na niego narzekali, bo ciasne ulice, świateł nie było, a on z uśmiechem wyjeżdżał zza winkla – wspomina ze śmiechem Mieczysław Szocik, który przyjechał na rajd z grupą dzieci z pobliskiego Świeszyna.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








