Nowy numer 44/2020 Archiwum

Radość trudna do opisania

Wielkości pielgrzymki nie da się wyrazić tylko liczbą uczestników i przebytych kilometrów. Trudno jest zmierzyć pokłady ludzkiej życzliwości czy owocność modlitwy i ofiary.

Ze Skrzatusza 1 sierpnia wyruszyło, jak twierdzą niektórzy, niespełna 400 diecezjan. Do Częstochowy 13 sierpnia dotarło... 450. Jak to możliwe?

- To fenomen, który obserwujemy od jakiegoś czasu. Grupa z dnia na dzień się rozrasta. Takie mamy czasy, że ludziom trudno jest wygospodarować kilkanaście dni na pielgrzymkę. Chcą jednak wziąć w niej udział chociaż częściowo, dlatego dojeżdżają w trakcie. Cieszą się, że mogą poczuć ten klimat choć przez parę dni - mówi ks. Piotr Kozłowski, odpowiedzialny z służbę medyczną oraz główny kwatermistrz.

Duszpasterz zwraca też uwagę na ogrom życzliwości spotkanych po drodze ludzi. - Czasami śmiejemy się, że bierzemy udział w „pielgrzymce domowej”, bo prawie każdego dnia udaje nam się znaleźć noclegi u ludzi w domach. Fakt, że jest nas mniej niż kiedyś - przyznaje ks. Kozłowski. Jedna z uczestniczek, chwilę po wyjściu z kaplicy Cudownego Obrazu, opowiada o swoich przeżyciach, choć trudno jej znaleźć odpowiednie słowa. - Wejście do Częstochowy to jest uczucie nie do opisania. Wielu ludzi płacze. Kiedy klęczałam przed obrazem, co trwało przecież zaledwie pięć minut, zapomniałam na chwilę o wszystkim. Byłam po prostu szczęśliwa - mówi Magda Wszółkowska, która szła z grupą słupską.

Także w tym roku, oprócz ośmiu grup w drodze, nie zabrakło tzw. grupy złotej. To pielgrzymi duchowi, często ludzie chorzy, którzy łączą się z idącymi przez modlitwę i ofiarę. Było ich 800.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama