Nowy numer 43/2020 Archiwum

Kultury nie da się pożreć

Ogólnopolski Przegląd Twórczości Zbigniewa Herberta. Kochał się w europejskich miastach. Muzea przebiegał, by dotrzeć tylko do kilku eksponatów. Marzył, by pozostał po nim jakiś fresk w kościele, jakiś ślad.

Nie chodziło mu nigdy o skandal. Swą twórczością nie miał zamiaru nikogo obrażać. Jeśli prowokował, to głębią myśli i niezłomną postawą. Wśród tych, którzy się z nim nie zgadzali, wzbudzał sprzeciw, ale na pewno nie niesmak. Dla wielu ludzi, także dla 27 uczestników Herbertiady, spotkanie z jego spuścizną to prawdziwa kulturalna uczta.

Apetyt na kulturę

Choć Zbigniew Herbert nigdy nie był w Kołobrzegu, to właśnie tam 15 lat temu na scenie kina Wybrzeże narodziła się Herbertiada, czyli Ogólnopolski Przegląd Twórczości Zbigniewa Herberta. Przemysław Gintrowski i Ag- nieszka Fatyga oraz Teatr Polski ze Szczecina podjęli wówczas nowe, niepowtarzalne przedsięwzięcie artystyczne. – Początki były dosyć skromne – mówi pomysłodawczyni i dyrektor artystyczny Herbertiady Katarzyna Pechman – najpierw w kinie, potem w Klubie Wojskowym. Z roku na rok apetyty nam rosły, chcieliśmy sprowadzać większe teatry, większe projekty kulturalne. Herbertiada zainicjowała starania o wybudowanie Regionalnego Centrum Kultury w Kołobrzegu, udało się: dziś tu jesteśmy. 15 lat temu dwuletnia Emilia Hadrzyńska została zaproszona do Teatru Polskiego w Szczecinie. – Wujek uważał, że pomysł mojej mamy jest zły – wspomina, dziś już 17-letnia, Emilia.

– „Dwulatka do teatru? – protestował. – Przecież ona tam zaśnie”. A jednak poszłyśmy. Na scenie wystawiano „Szkołę żon”. To wydaje się nieprawdopodobne, ale choć miałam dwa lata, pamiętam sztukę jak dziś. Siedziałam zahipnotyzowana, oparta o siedzenie przede mną, a w przerwie niecierpliwiłam się: „Mamo, kiedy będzie dalszy ciąg? Mamo, idźmy, bo zaczną bez nas!”. Od tego rozpoczęła się moja fascynacja teatrem. Dlatego tu jestem.

Kultura słowa w epoce SMS-ów

Czarna kotara, wygłuszone ściany. Na scenie dziewczyna w czarnej sukience. Jej głos brzmi mocno lub zawiesza się w retorycznych tonach: „Tak więc do Vermeera trzeba pielgrzymować tak, jak się pielgrzymuje do miejsc świętych”. To Emilia, dziś już po drugiej stronie teatralnej sali. Recytuje fragment szkicu Herberta „Mistrz z Delft”, w którym autor przekonuje, że nie ma większego nad holenderskiego malarza Vermeera. Przez 15 lat istnienia Herbertiady setki uczniów miały okazję zapoznać się z Herbertowskim widzeniem świata. Choć to niełatwe wiersze, okazuje się, że młodzi szukają czegoś więcej niż wpadających w ucho tekstów sezonowych piosenek. Patryk Jaszek z Liceum im. Zbigniewa Herberta w Słupsku pochodzi z maleńkiej wsi Wykosowo i w twórczości Herberta ceni to, że choć ma wiele warstw, może być jednak zrozumiała dla każdego. Na konkursie recytatorskim zaprezentował wiersz „Co robią nasi umarli”, który jest rozmową bohatera z własnym ojcem, niesionym na marach w kondukcie pogrzebowym. Wiersz mówi o tym, że zmarłym bliskie są nasze powszednie sprawy. – Poezja Herberta jest właśnie taka, dotyczy tego, co codzienne, bliskie, jak praca, dom, szkoła. Ale nie opisuje tego bez powodu. Drąży. Pyta nas: czy warto, czy nie warto? – mówi licealista. Nikola Łazarów, licealistka ze szczecińskiego Klubu Delta, zauważyła, że dzięki poezji Herberta ma więcej zrozumienia dla innych. – Wcześniej inaczej patrzyłam na ludzi, z mniejszym spokojem. Teraz to się zmieniło. Chciałabym, żeby więcej moich rówieśników czytało poezję. Jest w niej tyle odpowiedzi! Są bardzo blisko, na półce z książkami, szkoda że tak rzadko po nie sięgamy. – Poezja, i to w dużych ilościach! – potwierdza Michał Andrysiak z Nowogardu, przekonany, że to, co młodzież traci przez uproszczenia i skróty językowe, stosowane w SMS-ach i na portalach społecznościowych, poezja mogłaby im przywrócić. – Poezja uczy rozmowy. Ochrania w nas wartości. A do tego… jest praktyczna: zawiera dużo wiedzy o świecie – mówi.

Kultura to nie fast food

Tegoroczni uczestnicy Herbertiady mogli poznać Zbigniewa Herberta nie tylko jako poetę, ale i podróżnika. Podejrzeć, jak podróż może stać się nie tylko urlopową rozrywką, ale czymś dużo głębszym. Dzięki filmowi Piotra Załuskiego „Herbert – fresk w kościele” mogli kroczyć ślad w ślad za poetą. – Duch Herberta towarzyszył mi podczas podróży po miastach Europy. Jego mądrość, sposób postrzegania świata dopadały mnie tu i tam, a to gdzieś we Florencji, a to w Sienie… – wspomina reżyser dokumentu. Ale nie chodzi tylko o marmury, stiuki i fasady. Bo Herbert, nawet gdy opiewał kamień, obraz lub zwykły taboret, w rzeczywistości zawsze mówił o ludzkim duchu. – To jest jedno z jego ukrytych przesłań, że tego ducha można odnaleźć wszędzie, że człowiek jest istotą duchową. I temu właśnie ma służyć Herbertowska refleksja nad kulturą i historią – wyjaśnia P. Załuski. Ale myliłby się ten, kto chciałby ją poznać, wybierając się na ekspresową wycieczkę. Nie da się pożreć kultury. Potrzeba czasu, zaangażowania. Smakowania. – Kiedy wchodzimy do muzeum, bywa tak, że wychodzimy z szumem w głowie i właściwie nie pamiętamy nic. Przesunęliśmy się przed kilkudziesięcioma obrazami, to wszystko. Herbert miał taką metodę: wyszukiwał sobie coś i to drążył. Nie lubił zwiedzać w czyimś towarzystwie, szedł własnym tempem, to tu przystanął, to tam, tu sobie coś naszkicował, tam podumał. To jest metoda. Znaleźć sobie coś swojego w muzeum, w mieście, które zwiedzamy. I niekoniecznie musi to być np. Mona Lisa w Luwrze. Jest mnóstwo ciekawych rzeczy, niezbanalizowanych jeszcze poprzez masowy przekaz – mówi P. Załuski. Na przykład Vermeer.

Być człowiekiem kulturalnym, czyli...?

Katarzyna Pechman cieszy się, że Herbertiada ma swój udział w kształtowaniu młodych serc i umysłów. Nastolatkom często brakuje kręgosłupa moralnego, zżera ich duch hedonizmu, a Zbigniew Herbert nie tylko jako poeta, ale również jako prawy człowiek mógłby być dla nich doskonałym wzorem. – W Herbercie cenię siłę charakteru, wierność, wyprostowaną postawę. Ale nic za darmo. Za tę wierność wyznaczona jest wysoka cena. Nie każdy chce ją zapłacić – mówi K. Pechman. Herbert zapłacił. Miał trudne życie. Ale też trudnego życia wszystkim życzył. – Bo ludzki charakter tylko wtedy się kształtuje – przekonuje K. Pechman. – Zbigniew Herbert nie ugiął się przed komunistyczną władzą dla, jak pisał, kartki papieru i chleba. Poniósł bolesne konsekwencje, włącznie z długoletnią głęboką depresją. Co prawda żyjemy w innych czasach, ale czy i nam nie zdarza się, że powiedzenie „nie” wymaga wielkiej odwagi? Wtedy przed oczyma staje mi Herbert, ta jego „kołatka”, Jezusowe: „niech mowa wasza będzie tak, tak, nie, nie” – mówi. Jest przekonana, że marzenie Herberta, by mieć fresk w kościele, spełniło się. – Może nie jest to fresk na ścianie, ale w nas – zastanawia się. I nie potrafi określić, co w niej jest tym freskiem. – Jest tego tak wiele…

Dwa jubileusze

Od dnia, kiedy dwuletnia Emilia zasiadła w teatralnym fotelu, minęło 15 lat. Dziś stoi na scenie i odbiera nagrodę Grand Prix XV Herbertiady. Od pierwszej Herbertiady minęło 15 lat. Katarzyna Pechman stoi na scenie i odbiera bukiety kwiatów, nagrody, listy i podziękowania za 15-letnią troskliwą opiekę nad wydarzeniem. Organizatorem Herbertiady było Stowarzyszenie Katolicka Inicjatywa Kulturalna oraz Komitet Organizacyjny Herbertiada. Patronatem medialnym imprezę objął tygodnik „Gość Niedzielny”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama