Nowy numer 43/2020 Archiwum

Niepamięć trwała zbyt długo

Choć w Sianowie z widzenia chyba wszyscy go znają, mało kto znał jego historię. Teraz miasto, z którym związał swoje dojrzałe życie, oddało hołd powstańcowi z Warszawy.

Miałem sporo szczęścia. 5 minut przed powstaniem, kiedy przebiegałem przez ulicę, w moją stronę poleciały trzy pociski. Niemiec aż się zdziwił, że jeszcze żyję – śmieje się Aleksander Kaczorowski. Miał 17 lat, gdy założył na ramię biało-czerwoną opaskę i pobiegł z kolegami walczyć o wyzwolenie stolicy. Syn zawodowego żołnierza nie zastanawiał się ani przez moment. – O powstaniu wiedziałem przed jego wybuchem, bo związany byłem ze środowiskiem, które je przygotowywało. Nie było chwili wahania, czy złapać za broń. Nawet nie dopuszczałem do siebie innej myśli. Tak, jak nie zastanawiałem się nad tym, że Niemcy do mnie strzelają i za którymś razem mogę nie zdążyć – mówi krótko. Szczęście nie opuszczało go przez całe powstanie, podczas którego walczył w okolicach Śródmieścia w batalionie „Miłosz”, ani gdy po kapitulacji trafił do jenieckiego obozu w Mühlbergu. Do Polski wrócił ostatnim transportem w listopadzie 1947 r., nakłoniony listami rodziny. Tu zamiast honorów czekał na niego komunistyczny system, dla którego walczący o stolicę powstańcy byli bandytami, z którymi trzeba się raz na zawsze rozprawić.

– Ojciec wielokrotnie musiał zmieniać życiorysy, miejsca zamieszkania i pracę. Tak naprawdę dopiero od niedawna mógł mówić o tym, że walczył za Polskę – przyznaje Stanisław Kaczorowski, syn, który podtrzymuje rodzinne tradycje wojskowe, służąc w marynarce wojennej. – Na początku ciężko było wydusić z niego cokolwiek, nie chciał wspominać, za to wiem, że zawsze starał się nas wychowywać na patriotów. Dopiero kilka lat temu coś się w nim odblokowało. Pewnie uznał, że wcześniej byliśmy za młodzi – dodaje.

Mówić następnym pokoleniom

Teraz za sprawą jednogłośnej decyzji miejskich radnych o bohaterskiej przeszłości pana Aleksandra wiedzą już wszyscy mieszkańcy Sianowa. Nadając mu tytuł honorowego obywatela miasta, chcieli złożyć hołd zarówno jemu, jak i pozostałym poległym i żyjącym jeszcze powstańcom warszawskim. Jak przyznaje burmistrz Sianowa, czas niepamięci trwał zbyt długo, dlatego swoje wystąpienie podczas uroczystej sesji zaczął od „przepraszam”. – To takie nasze gminne przepraszam, bo przez 40 lat w Sianowie albo nie chciano pamiętać, albo lekceważono powstańczą przeszłość pana Aleksandra. Powinienem chyba także powiedzieć przepraszam za to, że w sferze publicznej jest tak mało zauważane powstanie i jego uczestnicy. Wszędzie, nie tylko w Warszawie, powinniśmy pamiętać i mówić następnym pokoleniom. Bo nie znając historii swojego kraju, trudno mówić o własnej tożsamości. Jeżeli zapomnimy o najważniejszych datach i bohaterach, to zgubimy to, co najcenniejsze, za co tylu ludzi cierpiało, ponosiło ofiary albo oddało życie – wyjaśnia Maciej Berlicki. O bohaterach walk w stolicy sprzed 70 lat w Sianowie przypominać będzie także park, który otrzymał nowe imię Powstańców Warszawskich.

W huku wystrzałów

Obrazowym podsumowaniem sianowskich uroczystości była wieczorna inscenizacja. Spektakularne widowisko poruszyło wyobraźnię mieszkańców Sianowa. Na kilkanaście minut budynek gimnazjum i sąsiadujący z nim park stały się miejscem krwawej potyczki powstańczych oddziałów z hitlerowskim oddziałem stacjonującym w budynku. Przygotowując akcję, rekonstruktorzy inspirowali się wydarzeniami, które rozegrały się naprawdę. – Kiedy poznałem historię pana Aleksandra, starałem się tak zbudować scenariusz, żeby opowiadał o jakiejś akcji jego batalionu. Nie wiem, czy pan Aleksander akurat w ataku na gimnazjum królowej Jadwigi brał udział, ale z pewnością byli tam jego koledzy. Ciekawostką tej akcji było to, że uczestniczył w niej oddział złożony z głuchoniemych powstańców. To ewenement na skalę światowych sił zbrojnych. I – co również niesamowite – oddział ten w powstaniu ponosił najmniejsze straty! – opowiada Marcin Maślanka z koszalińskiej Grupy Rekonstrukcji Historycznej „Gryf”, scenarzysta i reżyser widowiska. Huk wystrzałów, ogień, dym, mundury i sprzęt zrobiły niemałe wrażenie na widzach, którzy wieczorem licznie przybyli do parku. Zwłaszcza dla młodzieży była to niezła lekcja historii. – Byłem pod wielkim wrażeniem. Naprawdę można poczuć się niemal jak w trakcie walk. To coś więcej niż czytanie o tym w książce. Bardzo mocne doświadczenie. Specjalnie nie przepadam za lekcjami historii, ale tematyka wojenna jest interesująca. Chciałby się trochę więcej dowiedzieć o tym, co widziałem – mówi Szymon Kozłowski. Razem z kolegą zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie z bohaterem, o którym – jak zgodnie przyznają – nie mieli pojęcia. – Specjalnie się nad tym nie zastanawiałem, ale wydaje mi się, że gdybym był na miejscu tamtych ludzi, też poszedłbym walczyć. Chciałbym w sobie znaleźć tyle odwagi i siły – dodaje nastolatek.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama