Nowy numer 43/2020 Archiwum

Burzy mury, buduje mosty

O mocy modlitwy różańcowej z s. Franciszką Orzeł, przełożoną koszalińskiej placówki Szensztackiego Instytutu Sióstr Maryi, rozmawia Karolina Pawłowska.

Karolina Pawłowska: Gdy w Europie dokonywały się przełomowe wydarzenia, pracowała Siostra za naszą wschodnią granicą: w Grodnie, Moskwie, Petersburgu. Czy tam doświadczyła Siostra, jak wielką siłę ma Różaniec?

s. Franciszka Orzeł: Najsilniejsze doświadczenie przyszło niemal na samym początku. Pracowałam wtedy w Grodnie. Pojechaliśmy z bp. Tadeuszem Kondrusiewiczem do pobliskiej miejscowości. Dotarł tam różaniec, który wędrował wzdłuż granic wtedy jeszcze ZSRR. To był nie tylko symbol, ale wielka modlitwa ludzi z prośbą o jakiś znak od Boga. Nie musieli długo czekać. Dokładnie wtedy, gdy różaniec dotarł do ostatniej miejscowości, upadł Związek Radziecki.

Tak ważny był dla naszych sąsiadów Różaniec?

On ocalił ich wiarę. Kościoły były pozamykane albo zniszczone, więc ludzie modlili się w domach i ze względów bezpieczeństwa niekoniecznie razem. Bywałam w domach, w których na ścianie wisiał wizerunek Maryi, a kiedy psy szczekały, to gospodarze obracali go na drugą stronę z portretem Lenina. Bo jeszcze się bali. Ale dwie rzeczy miał w kieszeni każdy: chleb św. Agaty, chroniący od nieszczęść, i różaniec.

Od Różańca zaczynała się też tam wasza praca?

To był punkt wyjścia dla katechezy. Mentalność ludzi pozbawionych Boga jest zupełnie inna, prawdy wiary i przykazania były dla niektórych zupełnie niezrozumiałe, bo całkowicie odległe od ich codziennego życia. Przez całe dziesięciolecia nikt tam o Bogu nie mówił, chyba że szeptem. Ale był w nich olbrzymi głód Pana Boga. W pierwszej grupie, którą przygotowywałam do I Komunii miałam prawie 700 dzieci. Najstarsze były pełnoletnie.

Różańcem posługiwała się Siostra nie tylko w parafii…

Najlepiej działał w pociągu. (śmiech) Rozkładałam serwetkę, na stoliczku kładłam różaniec i stawiałam obraz Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej, a każdy, kto przechodził, pytał, co to za przepiękna ikona. Z Grodna do Moskwy 26 godzin się jechało, więc i niejeden Różaniec zdążyliśmy odmówić. Od tego zaczynało się budowanie mostów między ludźmi i Panem Bogiem. Jeździłam dość często tą trasą. Raz jedna z konduktorek zaprosiła mnie do swojego przedziału na urodzinową herbatę. A tam na firaneczkach przypięty szpilkami wycięty z kartonika obraz Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej, pod nim różaniec, a na stoliku bukiet róż. Powiedziała, że chciała mi pokazać, że to moje pociągowe ewangelizowanie nie jest bezowocne. Poprosiła też, żebym pomogła jej przygotować dzieci do sakramentów.

Różaniec budował nie tylko mosty, ale i… w Mostach.

Chcieliśmy tam wybudować kościół poświęcony Maryi, bo ta najstarsza generacja nosiła jeszcze bardzo mocno wypisaną tęsknotę za Matką Bożą. Mam przed oczami widok ludzi przychodzących z różańcami w rękach na pole, gdzie wbiliśmy krzyż, modlących się, żeby świątynia stanęła. Potem, kiedy budowa ruszyła, nawet starsze kobiety na plecach w nosidłach taszczyły zaprawę. A palce oplecione miały różańcem. Mówiły, że może one już do tej świątyni wejść nie zdążą, ale umrą ze świadomością, że będą z niej korzystać ich dzieci. To bez wątpienia siła modlitwy różańcowej sprawiła, że w Mostach dzisiaj jest kościół i parafia pod wezwaniem Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej, jedyna w świecie.

Co sprawia, że Różaniec jest tak uniwersalny?

Ma tę cudowną właściwość, że w jego tajemnicach można odnaleźć każdą sytuację swojego życia. Wpatrując się w sceny z życia Jezusa, można znaleźć w nich odpowiedź dla siebie. Nie potrzeba wiele, żeby go odmawiać, wystarczą własne palce i już można się modlić wszędzie. Zdarzyło się, że przesiedziałam trzy dni na moskiewskim lotnisku z powodu mgły. Miałam przy sobie różaniec misyjny z kolorowymi koralikami symbolizującymi wszystkie kontynenty. I chodząc tak tam i z powrotem spotykałam ich mieszkańców. Pomyślałam sobie: no proszę, jak się modlitwa spotyka z konkretnym człowiekiem. Oni nawet nie wiedzą, że ktoś się właśnie za nich modli.

Którą tajemnicę lubi Siostra najbardziej?

Drugą radosną. Zawsze mnie fascynowała ta scena, kiedy Maryja w pośpiechu udaje się do Elżbiety. Nigdy nie byłam w Ziemi Świętej, ale sama pochodzę z Nowego Sącza, a więc spoglądając na góry, wyobrażałam sobie z łatwością tę drogę do Ain Karem, pewnie niełatwą i niezbyt bezpieczną dla młodej dziewczyny. Ale Maryję niosła radość. Ona miała misję, a to dodaje nogom skrzydeł. Jak bardzo nam dzisiaj tego potrzeba!

Na różańcu można wyprosić wszystko, więc i podróż do Ziemi Świętej…

Oczywiście chciałabym pójść po śladach Jezusa i Maryi, ale największe marzenie pcha mnie… do Chin. Mam już nawet książkę do nauki chińskiego, a znajomi przywieźli mi stamtąd różaniec. Lat mi przybywa, ale modlę się, żeby przynajmniej przed naszą wspólnotą otworzyła się taka możliwość. Mamy już swoje placówki bardzo blisko granicy chińskiej, więc kto wie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama