Nowy numer 43/2020 Archiwum

Olbrzym, który nie śpi

Nagroda im. kard. Jeża. W diecezji zwykle znani są jedynie w swoich lokalnych społecznościach. Nie chwalą się tym, co robią, nie zabiegają o zaszczyty. Wyróżnienie „Radość płynie z nadziei” to docenienie ich pracy, ale i przykład, jak można zmieniać świat.

W tym roku jest ich czwórka: małżeństwo, pedagog i lekarz.

Radość dawania

– Jestem Przemysław – przedstawia się poważnie pięciolatek, mocno ściskając na powitanie rękę. Zaraz zmyka do drugiego pokoju, żeby „popracować” na wirtualnej farmie, zanim wróci ze szkoły reszta domowników. Wszystko zaczęło się od Ewy i Sandry. Rok później pomocy potrzebowała Agnieszka, mama Oli i Mateusza, więc kredyt, za który miała być zrobiona małżeńska sypialnia, przeznaczyli na pokój dla nich. A potem kolejny zajęła Paulinka z malutkim Przemkiem. I tak Barbara i Włodzimierz Osińscy w podbiałogardzkim maleńkim Batyniu stworzyli niezwykłe miejsce. – Potrzeba odwagi, żeby przyjąć pod swój dach niemal dorosłą, zupełnie obcą kobietę z dzieckiem. I to z perspektywą znacznie dłuższą niż w zwykłej rodzinie zastępczej, gdzie podopieczni przebywają do 18. roku życia – kiwa głową s. Magdalena Kozłowska, szefowa Domu Samotnej Matki w Koszalinie. – Niepełnoletnia samotna mama to spory problem. I maleństwo, i ona muszą mieć opiekuna prawnego. A jeśli mama nie dojdzie do pełnoletności u nas w domu, to jak ją wypuścić w świat z dzieckiem? Tak było z Ewą, która, kiedy skończył się regulaminowy czas pobytu u nas, miała 17 lat, i Paulinką, która została mamą w wieku 14 lat – wspomina s. Magda, przeglądając kronikę domu.

Pani Agnieszka cierpi na umiarkowane upośledzenie. Dla niej także perspektywy po opuszczeniu koszalińskiej placówki nie były ciekawe. – Tu mam pierwszy prawdziwy dom. Bo w domu dziecka czy w internacie tak nie było – uśmiecha się ciepło. Także dla niej, jak i dla najmłodszych domowników, pani Basia jest „babcią”, a pan Włodek „dziadkiem” i najlepszym specjalistą od rowerów. – Przemuś chodzi do przedszkola… – zaczyna pani Basia (szybko skorygowana gromkim, pięcioletnim głosem: „Do zerówki!”). – Paulinka jest już w klasie maturalnej, Ola szykuje się do testów na koniec podstawówki, Sandra jest w piątej klasie, a Mateusz w trzeciej – chwali swoich podopiecznych z taką samą dumą, z jaką relacjonuje sukcesy syna, córki i wnucząt. Martwi się tylko, że nie udało im się zatrzymać Ewy. – Bardzo przeżyliśmy jej odejście, ale trudno pomóc komuś, kto nie chce pomocy. Ale cóż, zakochała się… – rozkłada ręce pani Basia. – E tam, zakochanie! W tydzień? To za mało nawet, żeby się poznać – macha ręką pan Włodek. Wie, co mówi, bo jak przyznaje, swoją żonę poznaje nieustannie od 40 lat, a ona nadal go czymś zaskakuje. – Ma swoje tajemnice – uśmiecha się filozoficznie. Obydwoje się nadziwić nie mogą, skąd pomysł, żeby za to, co robią, przyznać im nagrodę. – Było nas ośmioro rodzeństwa, lekko nie było, ale mama nikomu pomocy by nie odmówiła, a już na pewno głodnego z domu nie wypuściła. Nauczyła nas dawać, mieć przyjemność z tego, że sprawia się innemu radość. Skoro mogliśmy pomóc, to jak mielibyśmy odmówić? – pyta pani Basia. Siostra Magda za to nie ma żadnych wątpliwości. – To ewenement na skalę kraju. Gdyby nie państwo Osińscy, tym dziewczynom najprawdopodobniej odebrano by dzieci. Oni dali im dom i rodzinę – mówi.

Proboszcz nie ma nic do gadania

Pan Andrzej, jak na pedagoga przystało, krótko i konkretnie objaśnia, jak wyglądać będzie najbliższa uroczystość: co w szkole, co w kościele, co na zamku. Ks. Ryszard Kizielewicz skrupulatnie zapisuje „plan działania” w notesie. – Widzi pani, tak to wygląda! Proboszcz nie ma nic do gadania! – kręci głową proboszcz świdwińskiej parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy i mruga porozumiewawczo okiem. – Tak właśnie powinno być. To świeccy powinni pobudzać nas, księży, do działania. To jest nowa ewangelizacja. Ten „śpiący olbrzym” jest już obudzony, tylko trzeba trochę odwagi i otwartości ze strony księży – dodaje. Dla Andrzeja Muchorowskiego, dyrektora Zespołu Szkół Rolniczych Centrum Kształcenia Praktycznego w Świdwinie, przenikanie się świata szkolnego i parafialnego to coś oczywistego. Jak mówi, to zasługa domu, szkoły, harcerstwa i duszpasterstwa akademickiego, które go ukształtowały. Z dumą przyznaje, że jest absolwentem szkoły, w której teraz od 12 lat dyrektoruje. – Przez 66 lat ta szkoła zawsze wychowywała i kładła na to nie mniejszy nacisk niż na edukację. To zobowiązuje. Zadanie ułatwia to, że moich kolegów nauczycieli znam albo ze szkolnej ławy, albo z harcerstwa – zauważa pan Andrzej. Ksiądz Ryszard podkreśla, jak ważne jest, że w dobie kryzysu wartości w świdwińskiej szkole wychowanie realizuje się w duchu chrześcijańskiej moralności i edukacji patriotycznej. – Nie jesteśmy szkołą katolicką, ale z domu wynieśliśmy normalne wychowanie. Tak jak nasi uczniowie. Kiedyś poprosiłem na lekcji, żeby zgłosili się ci uczniowie, którzy kiedykolwiek byli ministrantami. Wstało dwie trzecie klasy – mówi dyr. Muchorowski. Z parafią Mariacką związany jest od urodzenia. – Moi dziadkowie pomagali odbudowywać ten kościół, potem dbali o niego rodzice. Naturalną koleją rzeczy jest to teraz moje zadanie. Kościół jest nasz, wiernych. Proboszcz przychodzi tu tylko na chwilę. On wszystkim zarządza i im sprawniej to robi, tym bardziej jesteśmy wdzięczni, ale to na nas spoczywa obowiązek tworzenia wspólnoty i dbania o nią – kwituje krótko. Nagrodę przyjmuje jako zobowiązanie. – Spotkałem biskupa po raz pierwszy jako harcerz. Wychowany byłem na „Czterech pancernych” i widzeniu w Niemcach jedynie wrogów. A biskup mówił nam o przyjaźni. Zupełnie tego nie rozumiałem. Dopóki nie przeczytałem jego życiorysu. Jeżeli ktoś, kto tyle wycierpiał, może przebaczyć, to dlaczego ja, urodzony już po wojnie, mam nienawidzić? Kiedy spotkałem go już później, odkryłem jeszcze jedno: ogromną pogodę ducha, radość. Bardzo lubiłem go słuchać – wspomina. Cieszy się, że ma swój udział w tym, że kard. Jeż został patronem szkoły w sąsiednim Brzeźnie. – Naszej szkole patronuje Stefan Żeromski, a nie jest to łatwy patron. Trudno znaleźć cytaty na różne okazje, nawet ze zdjęciem porządnym jest kłopot, bo na większości wygląda jak Dzierżyński. Chętnie zamieniłbym go na kard. Jeża, ale się nie udało. Udało się natomiast podpowiedzieć ten pomysł koleżankom. I mają wszystko: postać bez skazy, wzór do naśladowania i mądre cytaty – przyznaje ze śmiechem.

zobowiązania

Trzeci tegoroczny laureat to także mieszkaniec Świdwina i parafianin ks. Kizielewicza. Najłatwiej złapać go w pracy, więc rozmawiamy na nocnym dyżurze. Znany w mieście lekarz swoją pracę traktuje nie tylko jako zawód, ale też jako misję, choć nie widzi w tym nic nadzwyczajnego. – Wartościowych ludzi nie brakuje, ja po prostu staram się robić to, co do mnie należy. A i tak mam wrażenie, że gdybym się sprężył bardziej, to mógłbym robić więcej – śmieje się Robert Pietras: lekarz ginekolog, seksuolog, teolog i obrońca życia. A przede wszystkim mąż i ojciec sześciorga dzieci. Jak sam przyznaje, nie ułożyłby tego, gdyby nie wsparcie żony, z którą od 38 lat dzieli życie. Na nadmiar pracy jednak nie narzeka. – Praca uświęca człowieka. Piękna jest ta benedyktyńska zasada: „Ora et labora”. Nie ma wtedy czasu na głupie myśli – mówi z uśmiechem. Między obowiązkami rodzinnymi i pracą zawodową znajduje czas na śpiewanie w chórze i kierowanie zespołem specjalistów, którzy przy świdwińskiej parafii Mariackiej prowadzą poradnictwo rodzinne. – Lekarze, pielęgniarka, doradcy życia rodzinnego, prawnik, a przy tym świadkowie wiary – to doskonała ekipa. Nagroda dla pana doktora jest po trosze wyróżnieniem dla całej tej grupy – mówi ks. Ryszard Kizielewicz. Chwaląc jej szefa, którego nominował do nagrody, mówi krótko: – Ma jasne zasady: czarne jest czarne, a białe jest białe. A przy tym jest pełen życzliwości i wrażliwości na ludzi – podsumowuje proboszcz. Dla dr. Pietrasa poradnictwo rodzinne nie ma nic wspólnego ze stereotypem „małżeńskiego kalendarzyka”. – Bywają pary, które przychodzą jedynie po podpis, że zaliczyli obowiązkowy kurs, ale i ich można sprowokować do rozmowy, pobudzić do myślenia. Tym bardziej warto, bo jeśli nie usłyszą o pewnych rzeczach w poradnictwie rodzinnym, to sami nie będą ich szukać – mówi. Nie tylko z narzeczonymi stara się rozmawiać o dojrzałości, odpowiedzialności i otwartości na życie, ale także z pacjentkami, które trafiają do jego gabinetu. Tłumaczy, że to na mężczyźnie spoczywa obowiązek stworzenia warunków, w których kobieta nie będzie się bała zajść w ciążę, wiedząc, że będzie mieć w nim wsparcie. Ale i kobietom, że powinny stawiać mężczyznom wymagania. – Przychodzi pacjentka w ciąży z kolejnym dzieckiem i pyta: „Czy może wejść też mój chłopak?”. To już nie jest chłopak, tylko ojciec! Trzeba mu stawiać wymagania, żeby z chłopca stał się mężczyzną – wyjaśnia. Dla dr. Pietrasa działalność przy parafii to konsekwencja solidarnościowej przeszłości i działalności samorządowej. – Oprócz tego, że jestem lekarzem, jestem także obywatelem, który ma dług wobec poprzednich pokoleń i zobowiązania wobec kraju. Zmiany społeczne same się nie dokonują, a uważam, że ludzie wykształceni tym bardziej powinni się w nie angażować. Komu więcej dano, od tego i więcej się wymaga – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama