Nowy numer 43/2020 Archiwum

Celujący z wrażliwości

Worki z nakrętkami ledwie zmieściły się do busa, którym przyjechał Grześ, a bagażnik hospicyjnego auta z trudem pomieścił prezenty. Kolejny semestr pomagania sianowscy wolontariusze zaliczyli na szóstkę.

Pomaganie jest po prostu fajne. I wciąga! Jak raz weźmie się udział w jakiejś akcji, to potem nie można doczekać się następnej – kwitują krótko Koleta i Amelka.

Lekcja tolerancji

Razem z kolegami i koleżankami ze Szkolnego Koła Caritas działającego w SP nr 2 mogą sobie pogratulować. Cały semestr obfitował w rozmaite akcje, a podsumowali go, obdarowując podopiecznych koszalińskiego hospicjum domowego dla dzieci oraz zasilając fundusz rehabilitacyjny małego Grzesia. Czterolatek, który urodził się z zespołem TAR, rzadkim, genetycznie uwarunkowanym zespołem wad wrodzonych, osobiście zgłosił się po zbierane przez nich nakrętki. Z początku nieco onieśmielony, błyskawicznie złapał kontakt ze starszymi kolegami i wziął udział w szkolnym balu.

– Uczniowie od razu posadzili Grzesia między sobą, częstowali słodyczami, czytali podarowaną mu przez siebie książeczkę. Nawet ci, którym nie zawsze wychodzi bycie grzecznym, stanęli na wysokości zadania – cieszy się Anna Pianka, katechetka i opiekun SKC. Drugoklasiści, których odwiedził Grześ, bardzo przeżywali wizytę chłopca. – Opowiadałam im o Grzesiu, o jego chorobie, przez którą ma zdeformowane rączki, i o tym, dlaczego zbieramy nakrętki. Byli bardzo przejęci, dopytywali, jak sobie radzi, jak się ubiera, jak je – opowiada pani Ania. Jak podkreśla, dla zaangażowanych w pomaganie chłopcu dzieci taka wizyta ma niebagatelne znaczenie. – Spotkanie twarzą w twarz z potrzebującym pomocy motywuje je do jeszcze większego zaangażowania, a zarazem uczy otwartości na osoby niepełnosprawne – wyjaśnia. Nie mniejsze znaczenie odwiedziny w szkole miały dla mamy chłopca. – Pomoc materialna jest zawsze potrzebna, bo leczenie i rehabilitacja Grzesia pochłaniają wiele pieniędzy, ale równie ważne jest dla nas wsparcie ludzi. To daje nam ogromnie wiele siły i pomaga w codziennych zmaganiach – mówi wzruszona Iwona Królak.

Nakręceni na pomaganie

Jak zapowiadają, z nakrętkami dopiero się rozkręcają. Do września zamierzają zebrać ich jeszcze więcej. – Założyliśmy sobie, że nie chcemy akcji polegającej na jednorazowym zadaniu do zaliczenia. Stąd współpraca z koszalińskim domowym hospicjum dla dzieci i oddziałem dziecięcym Szpitala Wojewódzkiego – wyjaśnia pani Ania. W grudniu we współpracy z rodzicami uczniowie zorganizowali loterię. Dzięki niej mogli zrobić zakupy dla podopiecznych hospicjum. Wśród góry prezentów znalazły się m.in. środki higieniczne, prześcieradła i ręczniki. – Była u nas w szkole wystawa fotograficzna opowiadająca o dzieciach z hospicjum. To było bardzo poruszające, bo nie myślimy na co dzień o chorobach i o tym, że dotykają one też dzieci. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, teraz patrzę na to zupełnie inaczej – przyznaje Amelka Sambor. Ze wzruszeniem wspomina też przedświąteczną wizytę na oddziale koszalińskiego szpitala, dokąd zawieźli przybory do rysowania i artykuły papiernicze. – Jestem dumna z tego, że mogłam chociaż trochę poprawić humor dzieciom, które nie mogły wrócić na święta do domu. Dzięki temu, że należę do SKC, bardzo dużo otrzymuję w zamian – dodaje dziewczynka i wcale nie ma na myśli lepszych ocen.

Właściwa perspektywa

Korzyści płynące z zaangażowania w działalność charytatywną Joanna Czerwińska, pedagog szkolna, która współorganizuje akcje, mogłaby wyliczać bez końca. – To bardzo potrzebne w procesie wychowania. Dzięki tym akcjom dzieci stają się wrażliwsze na drugiego człowieka, potrafią dać coś od siebie i stają się bardziej tolerancyjne na chorobę czy niepełnosprawność – zauważa. To nie tylko teoria, ale konkrety, które panie Ania i Joasia oglądają na co dzień. – Wolontariat pomaga skierować w dobrym kierunku energię także tych nieco bardziej niesfornych uczniów. Kiedy zapro- ponowałam dzieciom porządkowanie cmentarza, pierwszy na zbiórce był chłopiec, który sprawia kłopoty wychowawcze. Żeby uczestniczyć w kolejnych akcjach, musi się pilnować, żeby nic nie przeskrobać. Teraz wytrzymał prawie dwa tygodnie, żeby poprowadzić zabawę karnawałową! – śmieje się pani Ania. – Widać też, jak zmienia się nastawienie dzieci. Bywa, że na początku biorą udział w akcji, „bo pani kazała”. Do kolejnej zgłaszają się same, a potem dopytują o następną. Dlaczego? Bo robią coś dobrego i są za to doceniane – dodaje pani Joanna. Szóstoklasistka Koleta Kurek zauważa jeszcze jedną korzyść. – My mamy w zasadzie wszystko, czego nam potrzeba, ale często nie umiemy tego docenić. Kiedy spotykamy się z chorym dzieckiem, kimś potrzebującym naszej pomocy, inaczej patrzymy na swoje problemy – przyznaje dziewczynka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama