Nowy numer 33/2018 Archiwum

Pokonani, ale nie zwyciężeni

Dni żołnierzy wyklętych. Dla nich wojna nie skończyła się w maju 1945 roku. Skazani przez komunistyczny system na śmierć i zapomnienie wracają na należne im w historii miejsce.

Nil”, „Inka”, „Łupaszka”, „Wilk” – te i tysiące innych podziemnych pseudonimów przestają być dzisiaj pustymi dźwiękami. Dzięki pracy historyków, pasjonatów, a nawet muzyków stają się synonimami bohaterstwa. Koszalin uczcił ich pamięć w tym roku na sportowo. W Kołobrzegu, Słupsku i Pile odbyły się patriotyczne manifestacje. Towarzyszyły im też spotkania, koncerty, wykłady i okolicznościowe publikacje.

Nikt się nie ośmieli

– W szkole o wyklętych nikt nam nie opowiadał. Polska młodzież zamiast uczyć się o polskich bohaterach, trzy razy przerabia starożytną Grecję i Rzym – mówi z przekąsem Rafał Kuciński z Koszalina. – Ja dowiedziałem się o nich, słuchając muzyki. Przypadkiem, przez kolegów, trafiłem na piosenki rapera Tadka. To był impuls, żeby zacząć szukać, dowiadywać się, czytać – przyznaje.

Niedzielę bez wahania poświęcił na stanie z puszką pod koszalińską katedrą. Kwestował z kolegami na rzecz prac ekshumacyjnych i identyfikacyjnych żołnierzy wyklętych. – Dlaczego? Bo to bohaterowie, jakich nam dzisiaj potrzeba. Przejrzyści i klarowni, którzy to, co robili, robili dla kraju, nie dla urzędów czy pieniędzy – dodaje jego kolega Marek Kamiński. Choć 1 marca, gdy wspominamy żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego, od 5 lat obchodzony jest jako narodowe święto, nadal z wiedzą o tych bohaterach trzeba przebijać się do świadomości społecznej. – To ciekawe, że większość obchodów tego dnia to inicjatywy oddolne środowisk patriotycznych, kościelnych czy pasjonatów historii – zauważa Marcin Maślanka, z koszalińskiej Grupy Rekonstrukcji Historycznej „Gryf”. Przyznaje jednak, że powoli bohaterowie wracają na należne im w historii i pamięci miejsce. – Już raczej nikt nie ośmieli się głośno nazywać ich bandytami. Pamiętam, jak w 2011 r. trudno było nam się przebić z wiedzą na temat żołnierzy wyklętych, kiedy wieszaliśmy w kościele Ducha Świętego tablicę poświęconą mjr. Zygmuntowi Szendzielarzowi „Łupaszce”. Ludzie nie bardzo kojarzyli, kto to jest. Potem była zacięta batalia o nadanie imienia majora jednemu z miejskich rond. Z „Inką” poszło już zdecydowanie łatwiej. To też zasługa działania naszej grupy, organizowania lekcji historii i pokazów – zauważa rekonstruktor. – Ale wciąż jeszcze mamy problem z nazwaniem po imieniu bohaterów i zdrajców. Dlatego chowamy na Powązkach generałów, a nie pytamy, za co ten czy inny człowiek dostał generalskie szlify. Dla mnie to jest brak szacunku dla wyklętych – mówi o. Marek Kiedrowski, który organizuje comiesięczne Msze za ojczyznę i spotkania dla koszalińskich środowisk patriotycznych. – Nie możemy jednocześnie czcić bohaterki „Inki” i prokuratora, który żądał dla niej kary śmierci. To pokazuje, że nie mamy jasno określonych wartości, poruszamy się jak we mgle – franciszkanin nie szczędzi gorzkich słów, wracając do pogrzebu Wacława Krzyżanowskiego, który odbył się z wojskową asystą.

… że nie wszystko stracone

– Przysięgam w imię Boga Wszechmogącego wierność organizacji o wyzwolenie ojczyzny z pęt komunizmu. Pragnę całym życiem dążyć do wskrzeszenia prawdziwej Niepodległej Polski. Tak mi dopomóż Panie Boże, Ojcze Wszechmogący – Józef Urbanowicz recytuje mocnym głosem tekst przysięgi, którą składał ponad 60 lat temu. „Grunwald”, młodzieżowa organizacja niepodległościowa z Trzcianki, była jedną z blisko tysiąca podobnych, działających w całej Polsce. – To było apogeum systemu stalinowskiego, straszny terror. Byliśmy przekonani, że III wojna światowa wisi na włosku. Władzę w Polsce na wszystkich szczeblach przejęli urzędnicy radzieccy, z których wielu nawet dobrze po polsku mówić nie umiało. Dla nas Polska praktycznie nie istniała. Nic dziwnego, że młodzi zaczynali się organizować – wyjaśnia pan Józef. Przez półtora roku razem z kolegami zajmował się kolportowaniem i rozwieszaniem ulotek, zrywaniem czerwonych flag wywieszonych na mieście. – Takie drobne działania, które jednak mówiły społeczeństwu, że nie wszystko stracone – wspomina. Pierwszą poważną akcją „Grunwaldu” miało być wykonanie wyroku na funkcjonariuszu trzcianeckiego Urzędu Bezpieczeństwa. Akcja zakończyła się niepowodzeniem, podobnie jak kolejna – zamach na działaczy Związku Młodzieży Polskiej. Niedoszli zamachowcy wpadli w ręce organów bezpieczeństwa, ale nie wydali kolegów. Mimo to jesienią 1951 r. organizacja została zdekonspirowana, jej członkowie aresztowani, poddani brutalnemu śledztwu i osadzeni w więzieniach. Za działalność zapłacili wyrokami kilkuletniego więzienia. Po brutalnym śledztwie Józef Urbanowicz odsiadywał sześcioletnią karę m.in. w Jaworznie, w więzieniu dla młodocianych więźniów politycznych, stworzonym w filii byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.

Moralne zwycięstwo

Swoją historię opowiadał podczas spotkań zorganizowanych w ramach III Pilskich Dni Pamięci Żołnierzy Wyklętych. – Te dni są po to, aby żołnierze wyklęci coraz bardziej przedzierali się do świadomości współczesnych Polaków. Wyklęta armia musi powrócić na nasze place, ronda, ulice, a jej niezłomna historia powinna częściej pojawiać się w akademickich wykładach i szkolnych lekcjach. Po latach zapomnienia bohaterski czyn żołnierzy wyklętych wznosimy na cokołach należnych im pomników – mówi ks. dr Jarosław Wąsowicz, motor napędowy wydarzeń związanych z upamiętnieniem wyklętych w Pile. – Historia żołnierzy wyklętych niesie ze sobą niezwykłe przesłanie. To nie tylko historia pięknych ludzi, którzy walczyli o wolną Polskę, ale także bohaterów, którzy pozostawili po sobie duchową spuściznę i zadania do wykonania: troskę o ojczyznę i wartości chrześcijańskie. Przywracanie ich po przeszło 70 latach na należyte miejsce to jest nasz obowiązek. Ale też uczymy się od nich, jak żyć: jak być pięknym Polakiem, pięknym chrześcijaninem – dodaje salezjanin. – To, że wyklęci wracają, to oznaka tego, że wygrali w sensie moralnym. Militarnie może i przegrali, ich oddziały były rozbijane, oni sami wyłapywani, poddawani torturom i zabijani. Komuniści śmiali im się w twarz, że zagrzebią ich w piachu i nikt ich nigdy nie odnajdzie, nawet nie wspomni ich imion. Moje pokolenie jeszcze być może będzie o tych komunistach pamiętać, następne nie będą już sobie nimi nawet zawracać głowy. Natomiast legenda takich ludzi jak Pilecki czy „Łupaszka” będzie rosła przez kolejne lata – dodaje Marcin Maślanka. Więcej o obchodach Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” w diecezji na: koszalin.gosc.pl.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma