Nowy numer 47/2020 Archiwum

Kilometry, które muszą boleć

To nie fanaberia znudzonych tradycyjnymi formami pobożności, ani sprawdzian dla twardzieli. Wielogodzinne zmaganie się z każdym krokiem, samotność i milczenie pomagają wejść w misterium.

Kiedy spod pilskiego kościoła Miłosierdzia Bożego wyruszają w kilkuosobowych grupach, uzbrojeni w mapę, kamizelki odblaskowe i trekingowe wyposażenie, wyglądają jak zwyczajni amatorzy pieszych wędrówek. Gdyby nie to, że jest środek nocy, a z niejednego plecaka wystaje własnoręcznie wykonany drewniany krzyż.

Telefoniczna pokusa

Większość z nich do sanktuarium w Skrzatuszu dotrze dopiero rankiem, pokonując w ciemnościach 45 km. Dla wielu ze 140 osób, które zdecydowały się podjąć to wyzwanie, to będzie kilkanaście godzin spędzonych sam na sam ze swoim zmęczeniem, zniechęceniem i… Panem Bogiem.

– Dla każdego co innego jest ciężkie. Dla jednych będzie to zmęczenie fizyczne, kto inny będzie musiał zmierzyć się z natłokiem myśli, bo pierwszy raz w życiu zetknął się z ciszą i samotnością – mówi Jan Murach, lider i koordynator rejonu pilskiego, w którym po raz pierwszy w diecezji zorganizowano Ekstremalną Drogę Krzyżową. Tej nocy odprawiał ją w samochodzie asekurując ekstremalnych pielgrzymów. Dwa tygodnie wcześniej pokonał ją z kolegą i ks. Mateuszem na piechotę. – Kryzys? To był jeden wielki kryzys. Po IV stacji ogarnęło mnie totalne poczucie bezsensu. Na szczęście nie miałem do kogo zadzwonić, żeby zabrał mnie z trasy – opowiada o swojej Drodze Krzyżowej. – Ci, którzy teraz idą, mają dużo trudniej. Pokusa, żeby wyciągnąć telefon z kieszeni jest duża. Odpuścić sobie jest bardzo łatwo. Trudniej wytrzymać – dodaje. – Generalnie są dwa sposoby przejścia EDK. Albo się idzie lekko i ma się potężne problemy ze skupieniem, albo ciężko się idzie i wtedy bardzo intensywnie rozważa się każdą stację. Mnie się trafiło przeżyć obydwa sposoby na raz. Szło mi się fatalnie, ale też nie byłem w stanie ani przez moment skupić się na rozważaniach Męki Pańskiej. Byłem wściekły, że dałem się w coś takiego wrobić. Jeszcze w samochodzie w drodze do domu czułem bezsens, pustkę i bezcelowość. Dopiero na miejscu dotarło do mnie, że jednak coś się zmieniło. Azymut postrzegania świata się zmienił. Taka tajemnica mojej duchowości: Pan Bóg musi mi nosa utrzeć, kiedy wydaje mi się, że za mądry jestem – uśmiecha się.

Każdy krok

– Każdy z nas potrzebuje ciszy, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy. Tak, jak każdy potrzebuje spotkania z Bogiem, ale nie zawsze umie z Nim rozmawiać. Potrzeba takiego ekstremalnego doświadczenia, żeby sobie to uświadomić – mówi Jacek Buszkiewicz, pilski radca prawny, który na Drogę Krzyżową wyruszył razem ze starszym synem i kilkorgiem przyjaciół. Zaprawiony w marszu po ubiegłorocznym przejściu razem z żoną Camino, nie obawiał się kilometrów. Ale i jego dopadły kryzysy. – Najtrudniej było między VI i VII stacją. To najdłuższy odcinek, a dopiero połowa drogi. Do tego przejmujące zimno! – dzieli się wrażeniami z trasy. Chociaż i tuż u celu wcale nie było łatwiej. – Widziałem już sanktuarium na wyciagnięcie ręki, jakieś 800 m. I wydawało mi się to tak okropnie daleko. Na ostatnich metrach każdy krok bolał – opowiada. – To jest przeżycie, które niesie ze sobą cierpienie, ale to przecież nic w porównaniu z tym, co wycierpiał Jezus na krzyżu. Każdą stację ofiarowywałem w jakiejś intencji: za sprawy rodziny, przyjaciół, znajomych. My wzięliśmy swoje krzyże w tę drogę, bo mamy za co Bogu dziękować i mamy Go o co prosić – opowiada ze wzruszeniem i zaraz dodaje, że gdyby nie modlitewne wsparcie żony i młodszego syna, którzy nie mogli się z nimi wybrać w drogę oraz wielu modlących się za nich ludzi byłoby jeszcze trudniej.

Lekcja po czasie

– Tuż przed wyjściem dowiedziałem się, że będę musiał czuwać nad całością z samochodu. Pomyślałem: to dopiero będzie moja Droga Krzyżowa. Kiedy się z tym pogodziłem, okazało się, że wszystko przebiega sprawnie i mogę jednak iść. Studenci podzielili się ze mną kanapkami i wodą, wyposażyli w odblaski i kamizelkę – śmieje się ks. Mateusz Chmielewski. Nie jest organizatorem EDK, ale propagatorem idei. Tu nie ma zorganizowanych przemarszów, przygotowanych scenariuszy i zapewnionych zabezpieczeń. Każdy podejmuje się wejścia na tę Drogę Krzyżową sam i na własną odpowiedzialność. Jak wyjaśnia to nie jest droga dla twardzieli. Ani też dla „ultra-wierzących”. – Ale można z niej wrócić wierzącym bardziej niż w momencie wyjścia. Cisza, samotność, zmaganie się z kilometrami i swoim bólem, a także rozważania Drogi Krzyżowej, na które ma się bardzo dużo czasu pomagają wejść w przestrzeń wiary inaczej niż dotychczas – zapewnia. Sam przeszedł tę trasę dwukrotnie. – Część drogi przespałem. Szedłem i spałem – śmieje się. – Ta droga udziela lekcji po czasie. Najpierw dominuje zmęczenie, pewnie też satysfakcja, że podjęło się wyzwanie, pokonało kilometry. W następnych dniach to fizyczne zmęczenie przekłada się na to, co dzieje się w człowieku: kiedy pojawiają się wyzwania, kiedy trzeba dokonywać wyborów, kiedy pojawia się zmaganie z grzechem. Walka ze swoim ciałem przekłada się na walkę duchową. Wiem, że mogę sobie ze wszystkim tym poradzić, kiedy Jezus jest po mojej stronie. A jest – dodaje duszpasterz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama