Nowy numer 43/2020 Archiwum

Miłość najwyższej próby

szczerozłoty dar. To złoto nosili na palcach, szyi, przechowywali w szkatułkach. Przypominało im przodków, ważne wydarzenia, złożone śluby. Przetopili je na koronę dla Matki Bożej Fatimskiej.

Czy można piękniej przyozdobić Jej głowę? Już w średniowieczu teologowie, malarze i poeci zdobili skronie Najświętszej Maryi Panny najróżniejszymi koronami: z gwiazd, kamieni szlachetnych, medalionów, kwiatów i ziół. Duchowość franciszkańska przydała Maryi także inne „korony” – te złożone z modlitw, pieśni, pozdrowień, medytacji nad tajemnicami jej życia. Upowszechniony w średniowieczu zwyczaj istniał już wcześniej, począwszy od 431 r. gdy na soborze w Efezie ogłoszono uroczyście, że Maryja jest Matką Syna Bożego, Jezusa Chrystusa. W tę tradycję wpisali się także parafianie kościoła pw. św. Wojciecha w Koszalinie. Odlali koronę ze złota. Szczerego jak ich intencje. Choć byli też pełni obaw.

W ramiona Maryi

– Kiedy w październiku na radzie duszpasterskiej pojawił się pomysł koronacji figury Matki Bożej Fatimskiej, odczuwałem pewien lęk o duchowy sens tej uroczystości. Aby nie była to akcja, którą się szybko zapomina – mówił podczas uroczystości koronacyjnych proboszcz ks. Andrzej Hryckowian. Nie był również pewien, czy wierni dobrze zrozumieją intencję. Zresztą nie on jeden. Alicja Nowakowska zasiadająca w radzie parafialnej podzielała te wątpliwości. – Czy oddanie złota na koronę dla Matki Bożej to nie będzie tylko zewnętrzny, zbyt materialny gest? – zastanawiała się. Proboszcz nie mógł spać spokojnie. – Bałem się. Przez wiele dni, a szczególnie podczas pielgrzymki do sanktuarium maryjnego w Guadalupe, pytałem, czy tego pragną Bóg i Maryja – wspomina. – I usłyszałem w sercu: nie bój się, nie o złoto tu chodzi. Sprawa, jak każda poważna decyzja, musiała dojrzeć. Bo koronacja to nie to samo, co przymiarka nakrycia głowy u modystki jakiegoś popołudnia. Koronacja, a zwłaszcza ta NMP, ma znaczenie symboliczne. Wyrasta z głębokiej wiary i pobożności ludu, który w ten sposób potwierdza, że Maryja jest złączona ze swoim Synem w dziele Odkupienia i uczestniczy w Jego chwale. W drugą niedzielę Adwentu podczas kazania jeden raz ks. Hryckowian wspomniał o koronie. – Matka Boża nie potrzebuje korony, nawet tej ze złota, ale być może nasza miłość do Niej potrzebuje znaku – cytuje tamtą wypowiedź. – To był jeden z najpiękniejszych dni mojego dotychczasowego kapłaństwa. Wierni zaraz po Mszy św. przynosili biżuterię; małżeństwo obchodzące rocznicę ślubu ofiarowało ślubne obrączki, jedna pani – pierścionek po zmarłej niedawno mamie, a pan – złoty pierścień… Atlantów. Powiedziałem mu, żeby się nie gniewał, ale na koronę dla Matki Bożej ten pierścień się nie nadaje. Zniszczył go, a za dwie godziny przyniósł inny dar. Szczególnie zapamiętałem młode małżeństwo, które przekazało złoty łańcuszek ich nieżyjącej córeczki. Wciąż widzę łzy na ich twarzy i słyszę słowa: „Przez ten dar oddajemy ją w ramiona Maryi”.

Złoty medalion

Za darem parafian szło błogosławieństwo. Wszystko odbywało się w niezwykły sposób. Złotnik miał poczucie, że sama Matka Boża kierowała jego pracą. Jeszcze przed przystąpieniem do warsztatu złotniczego poczuł, że najpierw powinien się wyspowiadać. Poszedł do kościoła i uklęknął przy kratkach konfesjonału. A potem, już z czystym sercem, jakiego wymagała ta bardziej misja niż praca, zresztą zupełnie bezinteresowna, zaczął przetapiać kruszec. Gdy Beata i Kazimierz Sławińscy usłyszeli, że ma powstać korona dla figury MB Fatimskiej, od razu pomyśleli o babci pana Kazimierza. – Babcia była zelatorką. Miała złoty medalion z wizerunkiem Matki Boskiej. Zapragnęliśmy poprzez ten medalion zawrzeć w koronie cząstkę jej miłości do Maryi – mówi Kazimierz Sławiński. Spracowane dłonie, a w nich różańcowy sznur – tak zapamiętała babcię pani Beata. – Przed śmiercią, kiedy przekładaliśmy ją na bok, sparaliżowaną, udręczoną chorobą, to zawsze go szukała. Niekiedy odkładaliśmy go na tę chwilę, by gdzieś się nie zaplątał. Wtedy była niespokojna, przesuwała dłońmi po prześcieradle, by na niego natrafić. Odeszła do Boga w godzinie Apelu Jasnogórskiego, o 21.05 – wspomina pani Beata, przekonana, że babcię odebrała z ziemi sama Maryja. Małżonkowie dostrzegają, jak bardzo Matka Boża jest obecna w ich rodzinie. Poznali się na pielgrzymce na Jasną Górę, należą do Żywego Różańca, codziennie odmawiają go z dziećmi, Maciejem i Julką. – Ten dar złota przypieczętowuje to, co jest na co dzień w naszych sercach – deklarują Sławińscy.

Nawet gdy zgrzyta

To nie przypadek, że parafianie „Wojciecha” przynoszą Maryi swoje pamiątki. Nie jest dla nich jak daleka krewna zza oceanu, którą trzeba podjąć czymś okazałym. Dla wielu darczyńców jest po prostu domownikiem. Mieszka w ich domu, modli się wspólnie z nimi, bo i oni na miarę swych ludzkich sił, starają się Jej być wierni. Dziesiątek Różańca lub cała część, „Anioł Pański” w południe lub Apel Jasnogórski wieczorem. W październiku wychodzą z tą modlitwą ze swoich domów, by w parafialnym kościele modlić się wspólnie przed Jej obliczem, a w maju głosić Jej cnoty w Litanii Loretańskiej. Zbierają się regularnie w ośmiu różach różańcowych żeńskich, trzech męskich i czterech młodzieżowych. Nic im nie może przeszkodzić, nawet 200 km, tyle, ile dzieli Koszalin od Gdańska. Spójrzmy: Koszalin, wieczór w domu państwa Nowakowskich. W sypialni obok krzyża stoi figura Maryi. Alicja i Adam Nowakowscy klękają przed nią, ich gest powtarzają synowie Konrad i Michał. Gdańsk, wieczór na stancji Pawła, najstarszego syna Nowakowskich. Paweł siada przy komputerze. Uruchamia Skype’a. Będzie rozmawiał ze znajomymi? Nie. Nie może go ominąć przywilej modlitwy z ukochanymi rodzicami i braćmi. Naciska klawisz „połącz”. Gdy wszyscy się słyszą, płynie codzienne „Zdrowaś, Maryjo”, praktykowane w tej rodzinie od 10 lat. – Tak jest dzień w dzień – mówi delikatnym głosem pani Alicja. – Klękamy, nawet gdy coś zgrzyta, gdy są grymasy. Bo Ona nas uświęca. Gdy pozwalamy Jej być obecną przy nas, to nazajutrz problemy znikają. Student Paweł bardzo tego potrzebuje. – To niby tylko taka telekonferencja, ale czuję wówczas miłość moich bliskich. Bez tego nie podołałbym studiom – stwierdza. Mężczyzna odmawiający Różaniec to nie jest widok zapomniany w Polsce, ale i nie najpowszechniejszy. W parafii św. Wojciecha mężczyzn, którzy przesuwają w swoich dłoniach paciorki, jest wielu: trzy róże męskie. Do jednej z nich należy Adam Nowakowski. Synowie zasilili róże młodzieżowe. To był świadomy wybór Nowakowskich, by modlitwę rodzinną przenieść na łono szerszej wspólnoty. Chcieli czerpać dary duchowe związane z przynależnością do Żywego Różańca. – I rzeczywiście czujemy, że cały czas jesteśmy pod opieką Maryi – zaświadcza pan Adam. Dlatego przynieśli złoto. Nie chcą mówić, ile. Wiedzą, że prawdziwa wdzięczność nie ma ceny.

Dwa serca, dwa serduszka

Szpitalny korytarz. Pielęgniarka prowadzi łóżko w kierunku bloku operacyjnego. Na łóżku leży Wanda Suproń. Wie, że jedzie na operację serca. Mając w pamięci ranę postrzałową serca, której doznał Jan Paweł II, z wiarą powtarza „Zdrowaś, Maryjo”. To dziwne, ale cały lęk o to, czy wróci do domu, w którym zostawiła małe dzieci, pryska. – Od tego momentu czułam, że Maryja otacza moją rodzinę opieką. Operacja się udała. Zastawki działają bezbłędnie, skoro po przeszło dwudziestu latach pani Wanda leci do kościoła. Leci, nie biegnie, bo coś niesie ją jak na skrzydłach. – W trzy minuty dobiegłam, jak nigdy. Padłam na kolana i dziękowałam Maryi: mam zdrową wnuczkę! Dziękczynienia za łaski było wiele, aż przyszedł czas na to, które mogło przybrać realny kształt korony. – Najpierw namawiałam męża, by oddać obrączki. Ale te nasze nie były wiele warte, miały niską próbę: 333. Pomyśleliśmy, że to nie jest dar godny Matki Bożej. Wtedy postanowiłam oddać szczerozłote serduszko, które nosiłam na szyi na łańcuszku – opowiada pani Wanda. Ten gest zainspirował także jej wnuczka, szczęśliwego z narodzin siostry. „Babciu, skoro przybyło nam serduszko żywe, to ja oddam Matce Bożej moje złote” – powiedział.

Samotna obrączka

Czasem dar złota zawierał domieszkę nie miedzi, lecz goryczy. Dać obrączkę do przetopienia to wielka radość, ale obrączkę, która pozostała jako jedyny symbol małżeństwa, bo ono samo już od dawna nie istnieje… A jednak jedna z parafianek uważa, że jest dla niej wielką łaską, że mogła i taki dar złożyć. – Dałam obrączkę i kawałek łańcuszka. Obrączka to coś, co łączy dwoje ludzi. Człowiek zawiódł, obrączka została – wyjawia. – Podarowałam też fragment łańcuszka. Nosiłam go długie lata, ale ponieważ był za długi i plątał się, dałam go do skrócenia. Co zrobić z małą odrobiną złota, która prawie 30 lat była zawsze na moim sercu, by trzymać najpierw krzyżyk, a potem medalik szkaplerzny? – pyta parafianka. – Jeden złoty krążek i jedna złota nitka, ważne w moim życiu, zostały wtopione w dar, jaki nasza parafia złożyła Pani Fatimskiej. Nic piękniejszego nie mogło się zdarzyć, co tak zbliżyłoby nas do Matki Bożej. Maryja jest naszą Królową, a na Jej głowie jest korona, w której jest także moje małżeństwo – przez obrączkę, łańcuszek i moje serce. – Tylko jeden jedyny raz wspomniałem – powtarza ks. Hryckowian – a materiału starczyło na koronę Maryi i jeszcze na różaniec. Matka Boża miała rację – nie o złoto tu chodzi. Tu idzie o miłość.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama