Nowy numer 32/2020 Archiwum

Niespodziewane skutki Jałty

Gdy w czarnomorskim kurorcie podejmowano złe decyzje, w wielu świątyniach na Pomorzu historia miała zatoczyć koło w nieoczekiwany sposób.

W tym roku przypada 70. ro- cznica zakończenia II wojny światowej. W wyniku postanowień jałtańskich tereny dzisiejszej diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, czyli tzw. Ziemie Odzyskane, znalazły się w Polsce. To, co wydarzyło się 70 lat temu, pociągnęło za sobą skutki nie tylko polityczne. 17 czerwca 1945 roku w koszalińskim kościele Mariackim, czyli w dzisiejszej katedrze, odprawiono katolicką Mszę świętą. Była to nie tylko pierwsza Eucharystia po zakończeniu wojny. Tamtego dnia katolicki ksiądz sprawował w tym kościele Mszę św. po raz pierwszy od ponad 400 lat. W tamtym czasie podobne wydarzenia miały pewnie miejsce w innych średniowiecznych świątyniach diecezji. Dzięki słynnej „Kronice Wendlanda” możemy cofnąć się do początku, czyli lat 30. XVI wieku. Choć są wątpliwości co do ścisłości historycznej niektórych opisów Wendlanda, warto przypomnieć jego relację. Nie dlatego, aby burzyć ekumeniczny dialog, ale z czystej, historycznej ciekawości.

Kaczka i worek

„Do roku 1531 religia katolicka tutaj obecna była. Po tym czasie jednak nauka Lutra coraz więcej miejsca i uznania znajdowała wśród tutejszych mieszkańców” – pisze kronikarz z XVIII wieku. Wendland przytacza pewne zdarzenie, według niego potwierdzone w innych źródłach, które skrzętnie podaje. Przychodząc dziś do katedry i stając przed niedawno odrestaurowanym tryptykiem, można spróbować sobie wyobrazić, jak mogło to wyglądać, choć wnętrze kościoła było wtedy nieco inne. Najpierw kronikarz rysuje tło wydarzenia: „Chociaż nauka papieska w roku Pańskim 1534 w całym kraju ustąpić musiała czystej nauce ewangelickiej, której nauczać można było we wszystkich kościołach, wielu zwolenników religii katolickiej znaleźć można było nadal zarówno w magistracie, jak i wśród gminu”. Wendland przechodzi następnie do dość szczegółowej relacji z osobliwego zajścia: „Tak się w początkach reformacji zdarzyło, że pewien cyrulik nazwiskiem Dinnies Dörinck, który nadal przy nauce papieskiej pozostawał, podczas kazania kaznodziei ewangelickiego do kościoła wbiegł, w jednej ręce dzierżąc butelkę pełną gorzałki, pod ramieniem drugiej ręki zaś żywą kaczkę ściskał, tak, że ta głos podnosiła, i drwiąc z kaznodziei i jego nauki przeróżnymi obelgami i wyzwiskami zwymyślać go zaczął”. Akcja przeniosła się następnie w inne miejsce. Może gdzieś w okolice dzisiejszego rynku, gdzie niedawno zamontowano nową fontannę, przy której ubaw mają nie tylko dzieci. „Zaraz też zwolennicy Lutra zbiegowisko poczynili i tegoż Dörincka pochwycili, do władz doprowadzili z prośbą, aby go do więzienia wrzucić”. Rada miejska nie chciała tego uczynić, ponieważ, jak zauważa kronikarz, ciągle jej większość stanowili katolicy. W związku z tym pisze on o tym, co stało się dalej z „obrońcą Kościoła katolickiego”, dzielnym mieszkańcem Koszalina. „Przewodzący zbiorowisku z zaciekłością zapytał: »Na co sobie Dörinck zasłużył?«. Gdy tylko rozległo się zewsząd »Ad saccum, ad saccum«, tak też zaraz duży worek dostarczono, Dörnicka weń zaszyto, z mostu przed Nową Bramą do wody, która to wówczas głęboka była, wrzucono i tym samym utopiono”. Wendland dodaje po opisie zdarzenia: „Obecnie mieszkańcy przy wyznaniu augsburskim pozostają, przy czym jest też paru wyznania reformowanego, zaś niewielu, zdaje się 3 czy 4, w religii katolickiej trwa. Bogu niech będą dzięki, że od 200 lat religia protestancka do teraz panującą pozostaje”. Wszystko się jednak zmieniło, i to – paradoksalnie – w wyniku decyzji Stalina, Churchilla i Roosevelta.

400 lat później

Zenon Kasprzak, jeden z pionierów Koszalina, tak opisuje tamte powojenne dni w swoich materiałach: „Po 1945 r., gdy na te ziemie przybywali Polacy z różnych regionów Polski, to właśnie świątynia i wiara ojców były latarnią, wokół której jednoczyli się osadnicy. Pamiętam ten kościół z pierwszych lat powojennych i jego otynkowane wnętrze z malowidłami, a także biegnące dookoła drewniane balkony nad bocznymi nawami. Wchodziło się na nie po drewnianych schodach, które prowadziły na górę przy przednich i tylnych (bocznych) drzwiach kościoła. Ołtarz wyglądał inaczej niż dziś. Kościół ten, związany integralnie z miastem i jego historią, przez wiele wieków zachował się w niezmienionej formie architektonicznej, mimo licznych pożarów miasta. To w nim po czterech wiekach historii ewangelickiej – 17 czerwca 1945 roku odbyła się pierwsza Msza katolicka, odprawiona przez o. Nikodema Szałankiewicza, franciszkanina z Gniezna”. W koszalińskiej katedrze do dzisiaj pozostaje pewien osobliwy ślad burzliwej historii tego miejsca – witraże z początku XX wieku. Na jednym z nich widnieje Marcin Luter, a po przeciwnej stronie Filip Melanchton. Z pewnością niewiele jest takich kościołów, a tym bardziej katedr, nie tylko w Polsce.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama